subskrybcja: Posty | Komentarze

Skrzyneczka – KONKURS

2 komentarze

Gile pokonują nas masywnie więc będzie krótko ale na temat!
O skrzyneczce.
Niepozorna drewniana i mega super.
Kupiłam ją Bolowi ale po rozpakowaniu stwierdziłam, że jest jeszcze na nią za mały.
Jednak w przypływie rozpaczy żeby gorączkę Kurduplastemu zmierzyć dałam jako ‚coś nowego’
Moje Małe zaskoczyło mnie zupełnie! Skrzyneczkę pokochał, zwierzaki wyciamkał a potem
próbował je wkładać w dziurki!
Dodatkowo skrzyneczka jest świetna, żeby te zwierzaki tam schować i wielkim przejęciu wyciągać po jednym – ‚Bolo….a teraz wyjmujemy?????? Zajączek KICKIC!!’ i pisku radości co nie miara.
Rzecz fajna, sensowna cenowo, śliczna w prostocie.
Takie cacka lubimy.
W przyszłości może jeszcze być doskonała do odrysowywania kształtów.

Polecamy absolutnie! Skrzyneczka TU —> KicKic Muuuuuuuu

Uwaga uwaga!!!
KONKURS!
Sklep Pikinini ufundował taką skrzyneczkę dla czytelników bloga!!!
Co trzeba zrobić? Ano trzeba wejść na tego oto linka KONKURS i postepować zgodnie z instrukcją :)))
POWODZENIA!!!



 
 
 
 
 


giloWa niedoLa

9 komentarzy

Gdy rano [pff rano, w nocy! co mój rozkoszny synek ciągle myli…] więc jego rano – moja noc – usłyszałam charakterystyczne siurpanie w nosie miałam ochotę wsadzić głowę w poduszkę, nakryć się kołdrą i zniknąć.
Tak też zrobiłam z tym wyjątkiem, że Pan Klocek Gil Naczelny uznał to za świetną zabawę o 6.03 i nie chciał za żadne skarby uwierzyć, że Mamy nie ma.

Wstałam a raczej powlokłam się zrobić kaszkę [to taki dzień, że wydaje mi się, że mój dzień składa się z kaszki, kupy, bziibzii, kaszki, kupy, myju rączki, kaszki, kupy….]
Kaszka przez gile w gardle w połowie wylądowała na mojej bluzko-piżdżamie [bo każda Matka wie, że odkąd Kurdupel się urodzi wiele granic zanika] co w sumie średnio mnie obeszło oprócz tego, że pawik rozlał się aż na podlogę a to się schylić trzeba.
6:19 – do końca dnia 12h41min.

Potem Gila trzeba z piżdżamy [on ma prawdziwą] przebrać, pieluszydło wymienić, zęba umyć, po czym na klęczkach kawę zrobić z nadzieją, że zadziała.

Nie działa.
6:32
Powtarzam sobie, trzymaj się Mamo Bola, zaraz wybawienie.
6:35. Bajka. 8 minut na drugą kawę.

Potem kości już mniej trzeszczą, stawy jakby bardziej sprawne choć nadal obolałe, głowa napruta kofeiną, krew wreszcie krąży – tzn kapie, na szczęście neurony sflaczałe potrzebne na razie za bardzo nie będą bo nie oszukujmy się – żeby pojeździć drewnianym autem wokół dywanu to zbyt bystrym nie trzeba być. Tylko kolana bolą, i kostki strzelają, i kciuk się ‚wygł’ … a Gil niezmordowany.

W taki dzień jest wieczna walka. Walka o wyciągnięcie gila z Kurduplowego nosa, walka, żeby tegoż nosa nawilżyć [pani doktor: Proszę 3 razy dziennie oczyszczać i nawilżać – ach jak bardzo chce wtedy krzynąć Sama sobie nawilżaj 10 i pół kilowemu wojownikowi na NIE – ale jestem grzeczna i kulturalna mówię jedynie: Tak jest Pani Doktor, ale i tak staram się telepatycznie trochę poprzeklinać], zakroplić, walka o każdą łyżkę zupy, o każdy łyk wody, walka o zmierzenie temperatury [pod pachą nieeeeeee, w uchu nieeeeeeee, nawet bezdotykowym w skroń strzelając też nieeeeeeeeee].

Waleczna Matka w końcu sama dostaje gorączki i cichutko popłakując z burzą niegrzecznych słów poddaje się. Gile lecą nam obojgu po brodzie i generalnie tak samo leżo-tarzamy się [wiadomo kto co] na dywanie.
Matka Bozie o spływ nań ZEN błaga. Zen &*^$%#&!!! nie nadchodzi wcale i Matka od nowa na wojnę idzie.

No dobrze – bo sama chciałam. Bo chciałam mieć przedpołudnia dla siebie i Bolo poszedł się adaptować do fajnego miejsca, ani to żłobek ani przedszkole ale idea zgadza się z moimi wyobrażeniami, jest tam cicho, spokojnie, stonowanie, ciepło, serdecznie a przede wszystkim interaktywne są dzieci a nie zabawki.
Tak więc drugiego Gila w wrześniu zaliczamy a ja nie tylko nie mam przedpołudni dla siebie ale i nocy i nic, nic! No gile mam w ilościach hutowych. Głupia ja.
Klamka jednak zapadła i Bolo uspołeczniać się musi a nawet potrzebuje bo rośnie z niego niezły pępek świata i czas to z niego wypleniać. Tak myślimy przynajmniej my – Mama i Tata Bola – na wszelki wypadek nie czytamy porad na ten temat bo nie daj Boże pomrok na nas spadnie psychologiczno-trendowy i zaćmi rodzicielskie instynkty.

Także weszliśmy w przerażający świat „posyłania dzieciora GDZIEŚ”, gdzie trzeba mieć kapcie i worek, drugie śniadanie i pamiętać, że zabawkę z domu można przynieść w czwartki.
O kapciach i workach a nawet drugich śniadanich będzie bo dzielnie Mama Bola zgłębia temat.
Jednak dziś pisać chcę o fajnej marce, którą odkryłam niedawno co niezmiernie mnie złości bo gdybym znała ją wcześniej prawdopodobnie 3/4 wyprawki niemowlęcej byłoby tej firmy.

Zdecydowany kontrast wizualny dla Bez Dodatku Cukru
Marka ‚z jabłuszkiem’. Bonnie Baby.
Przede wszystkim absolutnie doskonała jakość.
Kaszmir, bawełna i wełna – tak delikatne, że człowiek ma ochotę wtulić nie twarz i zostać tak sobie przez godzinkę. Po drugie kolorystyka – nienarzucająca się ale nie nudna. Te kolory to takie mgielne poranki. Bo nawet nasycone kolory są nasycone inaczej, delikatnie, jakoś tak akwarelowo.
Jak obrazki – to super kreska i ‚na prosto’ – jest pingwin, jest lis, jest ptak. Koniec.
Uwielbiam taki design.
No i trzeba dorzucić fason – fason najprostszy z możliwych. Jak pajac to pajac bez dzikich zatrzasków na boku nogi, jak spodnie dresowe to spodnie dresowe a nie naszywkowa parada. Bluza – tą, którą mamy – to jedyna bluza, która jest w taki zwyczajny sposób ładna a nie ma kaptura! Bo to istna niemożliwość kupić bluzę, taka z suwakiem bez kaptura – a pomyślał ktoś co zrobić z kapturem pod kombinezonem? No robi się gula. Albo co zrobić z kapturem jeżdżąc namiętnie autem wokół dywanu? No kaptur spada na wszystkie strony.
I spodenki i bluzę, które mamy są tak miłe w dotyku, że Bolo potrafi położyć sobie na nich na chwilę twarz gdy się bawi a one leżą w pobliżu. Są dość cienkie ale bardzo ciepłe, to wielka zaleta na teraz. I w dodatku pod spodem mają taki puszek [totalnie kretyńsko się czuję pisząc to słowo, dobrze, że go nie muszę głośno mówić…]
A sweterek? No wybawienie szczególnie gdy nie grzeją kaloryfery a wszystko cieplejsze krępuje ruchy tego tamtego mego Małego. Bo ten ciepły ciuch jest wyjątkowo tolerowany. Wiecznie a to rękaw się ciągnie, a to kolano się zaplącze a to go drapie…. Spokój był jak na bodziakach żyliśmy. Teraz jesienią z dodatkiem przedszkolnego życia wszystko w tej kwestii nam się skomplikowało.
No i co tu dużo mówić – jest po prostu śliczny! Na tyle, że Mamy z Przedszkola pytały o niego a to typy wybredne i dość GAPowe.
Tak więc według zasady – lepiej a mniej – polecam bardzo ciuszki tej firmy. Ja na pewno zanim kupię kolejną bluzę z naszytym miśkiem, rozciągające się na wszystkie strony spodnie dresowe [dobry test to puścić delikwenta w takich portkach do basenu z piłkami, niewiele przechodzi test…] czy nieoddychający swterek z poliestru – sprawdzę co ma jeszcze w ofercie Bonnie Baby. Śliczny, porządny minimalizm.
Polecamy z Bolem wszystkim maluszkom [kolejne O MÓJ BOŻE moje dziecię na pewno będzie miało sporo BB w pierwszych miesiącach O MÓJ BOŻE swego życia] oraz już tym starszym jesiennym Kurduplom.

I jedna uwaga – brytolowe dzieciory jakieś małe na tej fasoli rosną i rozmiary są zaniżone.
Moja przygoda z Bonnie Baby zaczęła się od przepieknego kombinezonu na jesień. Szczerze wierzyłam, że rozmiar 12-18 będzie ok. Niestety nogawki dosięgały kolan a większych rozmiarów już nie było. także Bolo, który nosi 86 na siebie pasujące rzeczy z BB ma na rozmiar 18-24.

Cała kolekcję BB można obejrzeć TU —> BB UK
W Polsce Bonnie Baby można kupić TU —> Bonnie Baby w PL
Bluza TU —> Bez Kaptura
Spodnie TU —> Przeszły Test Basenu z Piłkami
Swterek TU —> Miluszek
Kombinezon, którego nie mogę odżałować TU —> Ach Och.


 
 
 
 
 
 


GUCIEM Przez Świat.

7 komentarzy

Buty.
Zacznę od tego, żem kobitą jest a dla baby buty rzecz święta.
Buty to takie coś co zawsze humor poprawi.
Wnerwił Cię facet? Kup buty.
W robocie Cię niedoceniają? Kup buty.
Jesteś na diecie? Kup buty.
Jesteś chora? Kup buty.
Masz mega doła bo tak? Kup buty.
Niewyspanaś? Głodnaś? Choraś? KUP BUTY!!!

Kupno butów pomaga na wszelkie dolegliwości tego kobiecego padołka.
Najlepiej jak są w jakimś totalnie odjechanym kolorze i mega niepraktycznym fasonie.
Nowo kupione buty wszędzie wygladają pięknie. W torbie zawieszonej na wózku,
obok kilograma marchewki, czekając cierpliwie na ławce w parku czy położone
z nabożeństwem pod zjeżdżalnią na placu zabaw.
Dziecior w końcu padnie a Kobieta sobie buty powolutku wyjmie, pozdejmuje delikatnie metki,
pół dnia będzie myśleć czy zostawić pudełko czy wyrzucić jednak. To ważna decyzja.
Rachunek wyrzuca się od razu, najlepiej jeszcze poza domem żeby niechcący do kosza nie wpadł
i niefortunnie nie wypadł gdy Pan Małżonek swe obowiązki śmieciowe czynić będzie.

No właśnie. Buty to nie jest ekonomiczna sprawa czego Facet zrozumieć nie może.
On ma par kilka – do pracy, sportowe i kapcie. I będzie je nosił do usranej śmierci swojej
lub butów czego On nie zauważy na pewno więc buty męskie podstępami wymieniać też trzeba.
I tłumaczysz prawdę prostą, że to, że masz już buty letnie [co to wogóle za określenie butów – no ale chłop nie rozumi, rozumi tylko, że albo gorąco w nogę – but letni albo zimno – but zimowy] jedne i drugie i trzecie z zeszłego sezonu to nie znaczy przeciez że masz właśnie TE! TE są  jedyne i niepowtarzalne i w dodatku mają TAKI obcas, i TAKI kolor… no nie rozumie, to tłumokowate w kwestii butów jest i będzie.
Nie zrozumie też Facet, że buty raz zobaczone i TOBIE przeznaczone mają moc magiczną i telepatycznie Cię wzywają, kuszą, flirują, że ma się wewnętrzny przymus zawsze koło TEJ witryny przejść, z gulą w gardle CZY SĄ JESZCZE. I, nie daj boże, groza spełźnie na biedną Kobietę gdy widzi, że INNA BABA je mierzy a to może ostatni TWÓJ rozmiar?!
Wtedy zawsze trzeba uruchomić Kobiecą Ekonomię.
Kobieca Ekonomia jest bardzo prosta i logiczna.
Buty były tak przeraźliwie przecenione, i była to tak niepojęta okazja, że Ty, Twój Mąż a nawet cała rodzina mogłaby popełnić straszliwy życiowy błąd gdybyś ich nie kupiła. A prawie NIC nie zapłaciłaś! Taka jesteś dzielna! Bo przecena była o 30%, Ty miałaś kupon na dodatkowe 10% [faceci nigdy nie rozumieją, że promocje się nie łączą] a poza tym do tego była GRATIS idealnie dopasowana torebka więc właściwie to buty były za darmo a za torbkę JAKBY zapłaciłaś te 200 zł, ze skóry przecież…
no i jeszcze – ‚przecież ja NIC sobie nie kupuję! Tylko dziecku! Tylko do domu!’ i oczy Kota ze Shreka.

Facet z reguły jest już bardzo umęczony opowieścią butową gdzieś na etapie 10% – kupon, czuje, że zaraz słabnąć będzie a nawet może kaszleć i rozboli go gardło.
I daje spokój i mysleć o butach więcej już nie chce.
Polecam.

Jest jeszcze inny sposób w razie GDYBY dwie pary butów trzyba kupić było w niedalekim odcinku czasu bo i człowiek na diecie i niedospany i dziecko wyjątkowo jęczy od rana.
Wtedy te drugie buty założyć [te z obcasem!] trzeba nawet do dresiku w kaszy czy legginsów w deserku i krzątać się należy a to tu a to tam. Nieważne, że włosy są z wtorku a lakier na paznokciach z niedzieli. Facet widzieć będzie tylko trzy rzeczy u kobiety wtedy – przody, tyły oraz obcasy.
Dziecię idzie spać a Wy do spraw ekonomicznych już nie wracacie.

No dobra. Buty.
I to śpiące dziecię ich potrzebuje.
Szczególnie gdy chodzić zaczyna ważna to sprawa a jeszcze jak się poczyta i poszuka to okazuje się, że chryste panie!!! złe kupisz, kręgosłup skrzywisz, skolioze wywołasz, pięty pogniesz i zamiast dobrze to dzieciaka do kalectwa doprowadzisz. Brrr..
Pierwsze doświadczenie nasze z butami NA POWAŻNIE mieliśmy jakiś czas temu gdy Bolo dzielnie stał sobie przy piaskownicy a pewna Mama Ortopeda delikatnie lecz stanowczo poinformowała mnie, że Kurduplasty ma buty absolutnie niedopuszczalne i ‚no niech Pani patrzy! jak ta lewa stopa się ustawia!’
Pomrok spłynął na mnie i pytam się ze łzami w oczach co robić?!
Kupić natychmiast buty Antylopy.
Niewiele myśląc wrzuciłam Bola do wózka i z językiem na chodniku gnałam do najbliższego butowego sklepu żeby zdążyć przed 18 i te Antylopy kupić.
Dotarliśmy, dzieciora bułą zapchałam żeby nie przeszkadzał – w końcu MAMA KUPUJE BUTY!
O rany, ależ poczułam ukłucie smutku, przeradzającego się w rozpacz gdy zobaczyłam owe Antylopy.
Jezuuu jakie brzydactwa! Kolorystyka banalna, dla chłopców oczywiście niebiesko-brązowo. Fason. Najfuj!
Jak ortopedyczne lecznicze protezy.
Jednak będąc w tej chwili bardziej Mamą niż Kobietą kupiłam je w duchu, że dla dziecka ma być to co najlepsze dla jego ZDROWIA a nie przeżyć estetycznych Matki. Wybuliłam jakiś 140 zł.
Potem co zakładałam te butki Bolowi to ścisk w brzuchu czułam i fujfuja miałam. Przykre to było bardzo.
I zgodzić się jednak na dłuższą metę nie mogłam.
Tak rozpoczeliśmy poszukiwania pierwszych TupTupów dla Kurduplastego.
Wymagania:
– spełniające wszelkie te przerażające normy i zasady ortopedyczno-fizjoterapeutyczne
– wykonanie – szyte, porządne surowce a nie np. skóropodobne coś wytłaczne w coś co jedynie nasuwa na myśl chiński bazar
– w najgorszym wypadku w miarę fajne – w najlepszym – estetyczne cudeńka
– kolorystyka: koniecznie KOLOROWA, żadne ponurości brązowo-granatowe czy wyszywanki-naklejanki autek rodem z przedszkolnego koszmaru z lat 80tych.

Mama Bola w pocie czoła z buzią pełną wsparcia masła kakaowego rozpoczeła research.
I zanim już całkiem zjadę wszystkie Antylopy – niespodzianka! Buty, które Bolo ma na zdjęciach ‚punkowych’ to właśnie one! TU —> Jedyne Fajne Antylopy
– o dziwno w całej fujfuj kolekcji te mi się bardzo spodobały.

Ale to nadal nie było to. Szukałam dalej. Trop – Clarks. To były pierwsze butki jakie Kurduplasty miał z twardszą podeszwą, piękne i ukochane. Rzepy z butów miesiącami masowały napuchnięte dziąsła a Bolo znany był w okolicy, że jeździ w jednym bucie. Tak więc siup hop – wskoczyłam na clarks.uk pełna zapału z gorącą kartą kredytową. I co? I dupa-l. Nic z nowej kolekcji nie dorównywało tym pierwszym butkom. Żadne nie krzykneły KUPUJ MNIE! Na upartego jedna czy dwie pary by się nadały ale ale…. szukamy tuptaków idealnych a te na pewno, na sto procent nie robią dobrze tym piętom i postawie i tym wszystkim rzeczom, o które należy się martwić.
Szukamy dalej.
Czytałam i czytałam i łzy prawie do oczy napływały..
Buty Aurelka – obrzydliwe.
Elefanten – takie tam takie, że człowiek po minucie nie pamięta co ogladał.
Emel – dla dziewczynek coś się znajdzie, dla chłopców – posucha estetyczna. Taki troche design w stylu wczesnego ZSRR…
Daniel – kapciowate no i naprawdę brzydkie.
Dochodzimy do sieciówek – Zara, H&M, Next, Gap. No tak, najczęściej nawet fajne buty, które absolutnie nie nadają się na pierwsze kroczki. I to jesienią.

I to trochę tak – jak but spełnia te wszystkie wymogi sztywnego zapiętka i giętkiej podeszwy to paskudne raczej. Jak fajne i ciekawe to raczej nie za zdrowe dla dziewiczych tuptupów.
Staneło na tym, że kupimy i Clarksy żeby fajnie wygladało i Elefanty żeby w zdrowotności na placach zabaw ćwiczyć chodzenie.
I gdzieś tam w smutku i poczuciu porażki, po drodze trafiłam na jakiegoś tam bloga, który gdzieś tam mimo chodem wspomina pierwsze buciki.

I wspomniano GUCIE.
Wchodzę na stronę….. i???…..
I w mig z ekranu but piekny zakrzynął: ‚To mnie! To mnie szukałaś Mamo Bola!!! Nie czekaj! Nie czytaj! Przecież chcesz WŁAŚNIE mnie!’

Tak było. Ale Ja, odpowiedzialna Matka odpowiedziałam: ‚Hola Hola Guciu! Macie być pierwszymi chodzącymi butkami mojego Kurduplastego, w ciemno nie kupuję chociaż pięknem mnie zauroczyłeś”
I czytać zaczęłam.
Opatentowany, samousztywniający się tylnik dopasowuje się do indywidualnej szerokości pięty każdego dziecka. Podczas chodzenia zapiętek współpracuje razem ze stópką małego dziecka pionując kość piętową do stawu skokowego. Jest pierwszym tego typu rozwiązaniem na świecie.
Łohooooo!
I dalej:
– łatwość wstawania z pozycji siedzącej przez wygiętą podeszwę wychodzącą na zapiętek
– elastyczna podeszwa
– szwy zewnętrzne chronią paluszki dziecka podczas częstego jeszcze raczkowania
– szerokie przodostopie aby rosnące paluszki miały dużo nieskrępowanej swobody
JaCIE!!!
i dalej:
Naturalna skóra, odpowiednia podeszwa z mikrogumy (od rozmiaru 23 włącznie dodatkowo dodawana jest 3mm podpodeszwa aby dodatkowo wzmocnić spód większego już dziecka) i wyjątkowy zapiętek, który dopasowuje się do indywidualnej szerokości piety, ręczne rzemieślnicze wykonanie każdej pary, kolory jakie dzieci lubią, uczyniły z nich wielkiego przyjaciela dzieci.
Buciki Gucio wytwarzane są prawie całkowicie ręcznie z naturalnej skóry welurowej, a ich podeszwa jest zawsze żółta, zrobiona z elastyczn
ego i bardzo lekkego tworzywa, które doskonale absorbuje wstrząsy – styrogumu.

A w dodatku jest tyyyyyyyyyyyyyyyyle kolorów do wyboru, pięknych i nasyconych.

Czekać nie było na co. Rozmiar 19 poproszę miodowe, rozmiar 20 butelkowe.
Jak butki doszły to czułam podobne przyjemne podniecenie jakie czuję kupując własne buty.

A jak się Gucie sprawdzają w rzeczywistości? W rzeczywistości są jeszcze piękniejsze, są butowymi-dzieciorowymi cudeńkami. To były pierwsze buty jakie Bolo pozwolił sobie założyć z wyjątkową łatwością i o których zapomniał od razu, że je ma na sobie. To zdecydowanie wielki plus świadczący o tym, że muszą być bardzo wygodne bo Dziecior zachowywał się w nich jak w skarpetkach. Nie ma żadnego problemu żeby w nich raczkować [co nie jest możliwe np w Antylopach], swobodnie wstawać [problem Clarksów + wykrzywianie pięt] czy wspinać się [swobodnie staje na paluszkach]
O wrażeniach wzrokowcyh pisać nie będę ale wiedzieć trzeba, że to buty perełki. Zauważalne. Inne.
Na stówę do pudła pt. „Wspominki” gdy już z nich wyrośnie.
I uff uffff – i śliczne i zdrowe.
I jedyne na czym ubolewam to, że nie ma wersji ocieplanej. Bo pewnie pod koniec listopada znowu szukać będę musiała w tłumie paskudztw i strachu, że to Małe krzydwę dozna z powodu niewiedzy i głupoty Matki Swej bo wybierze te piękne i taaaaaaaaakie niezdrowe….

Buty GUCIO TU —> Z Guciem przez Świat
Polecamy z Bolem z pełną odpowiedzialnością.


 
 
 
 
 
 


Guciem przez świat.

0 komentarzy

pięć złotych. więcej NIE DAM!

6 komentarzy

Zacznę od wyznania.
Prawda gorzka jest taka, że nie jestem twórczo-kreatywną mamą, która potrafi wydziergać słonia z poszewki czy koguta ze starych spodni. Nie umi.
Nie umi ta Matka Bola szyć, a gdyby nawet umiła, to nerwowo by się chyba wykończyła tym całym cyckaniem się, czasem który musi być jakiś okrutnie długi żeby własną kołdrę wydrutować a do tego dochodzi jeszcze niewiadomy przecież efekt końcowy. Szlag by mnie prędzej trafił.
Nie jestem też nawet w 1/10 perfekcyjną Panią Domu bo bazalki na balkonie nie hoduję, kiełków nie serwuję, pomidorków od farmera nie wybieram i nie używam razowych makaronów bo pachną tekturą i są brzydkie. Cykoria kojarzy mi się z chomikiem a karczochów się boję
Nie gotuję raczej. No bo ja sobie wszystko wizualizuję. I od razu widzę dramatyczny obraz mnie utytłanej w zabójczych mięsno-jajowych bakteriach a tu Kurduplasty właśnie z kanapy zejść próbuje, albo widzę tą piękna sałatkę w swojej głowie ale do wizji od razu dołącza Bolo mędzący pod nogami a mi jeszcze tyle krojenia zostało…
No mogłabym jak śpi. Ale na Boga! Ja też człowiek! Kawa bez paluchów synkowych w kubku i mi się należy. No.
Sprzątam bo sprzątam, bo lubię ładne rzeczy a ładne rzeczy w bałaganie giną. No to sprzątam.
Z prasowaniem czekam na Tatę Bola ale wyprać umi.
Odkurzyć umi i podłogę i nos Bolowy.
Zmywać musi, bo próbowała nie i kiepsko się to kończyło gdy nagły głód nachodził Kurduplastego a tu łyżeczki ninuninu ani miseczki dzieciowej. Wyjusa u nóg przy zmywaniu mieć nie znoszę. No to zmywam.
Tak więc ani twórcza, ani kreatywna, ani zaszywająca łaty, ani dziury łatająca ani obiady serwująca ta Mama Bola i Żona Taty Bola nie jest. Może chociaż fajna jest myślę sobie bo samoocena rzecz ważna a zaraz mi poleci na łeb na szyję i skończy się czekoladą w paszczy.

A w takie dni jak dziś gdy pada i pada i pada i pada i cholera pada joba Mama Bola z Bolem w domu dostaje. Mam limit czasowy na zabawy z dziecięciem. Trzecia godzina krytyczna się staje i wtedy nawet ja muszę trochę się wysilić żeby dzieciora [kocham, kocham.] od siebie odciągąć choć na parę minut i na parę centymetrów. Jak nie pada to do wózka i kolejne dwie godziny mijają miło i zdrowotnie [ no może nie zdrowotnie dla portfela ] Ale jak pada?! Książki były, tańce były, wszelkie hauhały były, ukladanki, klocki, piłki, muzykowanie było – a czas nie płynie! Gości nie ma bo dzieciorowe ludzie same teraz gile odciągają a niedzieciorowe przychodzić nie chcą w dzień – jak człowiek normalny. I jakieś prace mają i inne wymówki jakieś.

W takie dni trzeba mózg zflaczały wytężyć, wyjść poza schematyczne myślenie i Kurduplastemu rozrywkę jakaś zapewnić w ramach zdrowotności psychicznej Matki. O dziwno często, a wynika to zapewne z desperacji, udaje się cos wymyślić chociaż często wydaje mi się, że już w domu niczego nietknętego przez Bola nie znajdę. Opisaliśmy już jeden pomysł jak można używać fujfuj kawo-herbaty w kapslach.

Ameryki zapewne nie odkrywam jednak podzielę się swą niedolą i niewolą i tak.
Najlepsze jest to, że większość tych atrakcji poniżej nie wymaga żadnego nakładu pieniędzy albo są to sprawy groszowe. No dobra z jednym wyjątkiem będzie za złotych 19.

Spinacze.
No spinacz prawdopodnie kupiony pojedyńczo kosztowałby parę groszy. Cała fura kolorowych spinaczy kosztuje parę złotych a dziecko ma radochę niczym Matka jedząc semifredo.
Spinacze potrafią być krokodylami, poza tym można je pozaczepiać po całym domu w różnych miejscach. Zanim Kurduplasty się wszędzie doczłapie, poznosi to cztery litery matuli na kanapie parę minut zalec mogą.
Jedna ważna uwaga, ‚na codzień’ spinacze muszą być surowo zakazane, u nas wiszą karnie na balkonie i można się tylko objeść smakiem patrząc na nie przez szybę.


 
 
 
Kosz na pranie.
Banał. No banał ale jakiż użyteczny. Można w tym siedzieć, jeździć, wspinać się, wrzucać do środka różności, potem wyjmować rzecz jasna, można potraktować kosz jako chodzik, jako statek, jako auto, jako pudło, jako kryjówkę a nawet jako więzienie [ta opcja Mamę Bola korci najbardziej]

Jarmarczny wiatraczek
Brzydal nad brzydale ale zaczepiony przez Tatę Bola na barierce balkonu zamienił się w boskiego fruuuuuu, reagującego na wiaterek szuuuu. I gdy szuuuu rusza fruuuu Kurduplasty siedzi zahipnotyzowany i powtarza dwie sylaby jak w amoku. I parę minut do przodu znów jesteśmy a może nawet i kibelek w samotności zwiedzić można.

Pacynka
Nie jestem pewna czy takie coś na sznurkach i patykach to pacynka czy raczej marionetka. Tak czy siak rusza się to JAKBY SAMO!!! Minus taki, że jednak dorosły potrzebny jest do kierowania breaktańcami Żaby owej jednak wyrównuje to plus ogromny w postaci totalnie nieopanowanego śmiechu dziecka, trwającego na tyle długo, że się bidol zmęczy i nawet o te pół godziny wcześniej na drzemkę nas opuści [hihi] Ta nasza żaba kosztowała dychę na jakimś starganie, kupiona w przypływie rozpaczy, że w wózku Jęczybuła jedzie i jechać bedzie i jęczybulić dalej.

 
 
 
Kurde Bela
Do zabawy w KURDE BELĘ potrzebujemy miękkiego podłoża [np sofy] i jakiejkolwiek ‚szmaty’. U nas najlepiej sprawdzają się rajty, bo już radocha z ich ściągania sugeruje, że będzie wesoło.

Kurde Bela polega na tym, że ‚napierdziela’ się ile sił w rączkach i pluckach szmatą w kanapę i krzycząc ‚Kurde Bela Kurde Bela!!’ [oczywiście to dorosły drze się a Kurduplasty pada ze śmiechu]
Po paru razach Małe załapuje o co chodzi w Kurde Beli i sam nawala rajtami piszcząc i wrzeszcząc.
Śmiechu kupa. Ale ta zabawa ma pewnien tajny plan. Mianowicie ma zmęczyć Bola i zasugerować drzemkę te pół godzinki [proooosi Mama] wcześniej. Plan jest dobry, tajny i wogóle, jednak nie przewiduje, że po zabawie w Kurde Bela i Mama jest na drzemkę gotowa. Polecamy z Bolem na wyładowanie emocji, czasem złości czy nagromadzonej energii.

 
Dmuchana rękawica
W związku z tym, że prezerwatyw w domu nie ma a balony to dostajemy gratis do każdych prawie zakupów to jedyne co dmuchnąć można [oczekując na Tatę] to rękawiczka do sprzątania.

Taki balon z wymionkami powstaje. U mojego osobistego Kurduplastego wywołało rekację pt. ‚Mama! Mam rzyga na twarzy!’ i do gustu mu nie przypadło. Ale może nie każde dziecko na wymionka takie wrażliwe będzie.

 
PINGU
Mimo, że jestem pedagogiem to dziecku bajki pozwalam ogladać [ i zachodzę w głowę jak w erze przed TV te bidne matule wciskały te zupki we wrednie zacinięte usteczka ukochanch swych pociech…]

Bajki mamy ulubione, wychodzi ich jakies 4 dziennie po 5 do 10 minut. Wierzę szczerze, że mózg mojego dziecka od tego nie dozna uszczerbku a wręcz mogłabym opisać pozytywy ale to nie ten temat.
Tak więc Pingu to KAŻDY pingwin w naszym otoczeniu [a Wy macie dużo pingwinów w swoim otoczeniu?]
Ten oto Pingu poniżej jest najfajniejszym nakręcakiem na jakiego trafiliśmy. Ten cycek do kręcenia jest na tyle długi, że palce nie bolą i łzy nie ciekną gdy Małe prosi 47 razy – nakręć.
Ten Pingu dodatkowo jest z drewna [wiadomo, moja kochana firma Plan Toys] i jest absolutnie sympatyczny z twarzy, taka kulka z nosem [może Bolowi przypomina Mamę i dlatego go tak kocha?]
Pingu po nakęceniu tupta. Mnóstwo pisku i tuptuptuptup mówienia.
Pingu chodzić może wszędzie co wspaniale wspomaga niezrozumiałą dla mnie potrzebę stania mojego dziecka. Szczerze polecamy, super Pingu, pyyyyszny zresztą on też jest jak widać.
Pingu kupiliśmy TU —> TupTup i to on właśnie zaburza nam śrenią cenę bo kosztuje te 19 zł.

 
 
Ty i Ty do BUDY!
No nie wiem czy ta zabawa kwalifikuje się do posta ale powstała z rozpaczy deszczowej i nie wymagała dodatkowych nakładów pieniężnych więc decyduje, że tak.

Potrzebujemy jakiekolwiek figurki zwierzaków i jakiekolwiek coś w co można te zwierzaki wsadzić ale tak żeby było je widać. Bolo jest na etapie miłości absolutnej do psów i kotów więc i one brały udział w zabawie.
Skazanców DO BUDY! stawiamy na górze a Naczelny wybiera kogo wsadzmy do środka. Po wsadzeniu Mama idiotycznie i dramatycznie się drze „Ratuj je Bolo! Ratuj!” i Kurduplasty z wielkim przejęciem wyciąga jednego po drugim biedaku [ co nawiasem mówiąc nie jest proste bo wymaga wielkiej koordynacji wzrokowo-ruchowej ]
A potem znowu – Ty i Ty i jeszcze TY! DO BUDY!
I Mama – Ratuj, ratuj…


[dwa słowa o użytych rekwizytach – stołeczek jest genialny, Bolo używa do głównie w łazience do mycia rączek, różni się tym od zwykłych stołeczków, że po pierwsze ma gąbkowe kropasy, które uniemożliwiają poślignięcie się a po drugie jedną ręką składa sie płaskie coś co łatwo schować – kupiliśmy TU —> STOŁEK-BUDA 


pieski i kotki są z serii klocków miękkich Clemmy – beznadziejne klocki, nie polecamy wogóle! Po przeczytaniu opisów byłam pewna, że kupuje coś fajnego – niestety, klocki ani nie pachną [?] ani nie da się z nich budować, dziecka nie interesują wogóle poza tym, że są z gumy i można je sobie fajnie pociamkać, dobrze, że kupiłam zestaw ze zwierzątkami bo przynajmniej nimi jako tako się bawimy. Klocki Clemmy można zobaczyć [i przeczytać piejący opis] TU —> EEEtam.

 
 
 
 
Żelazko.
O Jezuuuuuuuuuuuuuusie! Co ona daje tamu dziecku do zabawy! Matko Bosko Przenajświętszo!

No tak. Daję takie rzeczy. Wychodzę z założenia, że jak pozna, zbada i przestanie być owocem zakazanym to mam większe szanse uniknąć różnych wypadków domowych. Bo rzeczy dozwolone aż tak nie kuszą i mimo, że nie zostawiamy żelazka tak by Kurduplasty mógł je dorwać to jęk przy prasowaniu zniknął. Bo wie, że jak poczeka [a żelazko ostygnie hehe] to chwilę sobie je pobada. Taki zacny układzik moim zdaniem.
Oczywiście badanie żelazka jest pod ścisła kontrolą Mamy Bola, która wykrzykuje głupoty w stylu ‚Bolo nie do buzi! Tam jest prądek!’
Bo prądek jest groźny o czym Bolo uczył się poznając kontakty. Wyjątkowo niekumaty w kwestii prądka był bo za Chiny uwierzyć nam nie chciał, że prądek kopnąć w główkę może aż zakupiliśmy zatyczki. I nagle jak było wolno to już nieciekawe. I Kurduplasty na prądek miał wywalone aż do czasów żelazka. Z tym, że jak Małe ma rozumieć, że ten sam zatkany gupią zatyczką prądek siedzi w jego kablu…

 
KONIEC. I BŁAGAM! NIECH JUTRO NIE PADA!!!