subskrybcja: Posty | Komentarze

ROBOstajl-MUFFIN – part ‚mokre’

9 komentarzy

No to dziś o faktycznym pieczeniu. Trzeba nadmienić, że Ciocia, która była zatrudniona do pomocy wykradła Bolowi kucharskie ciuchy i coś mi się zdaję, że jakiś taki zestaw Mikołaj przynieść będzie musiał.
Ciocia Bola jest wielce fit więc piecze i pichci pyszne [o dziwo! jedynie zawsze proszę żeby nie mówiła z czego ‚cosia’ zrobiła bo człowiekowi od razy niedobrze się robi…] smakołyki dla Bola, zdrowe muffinki, zdrowe racuchy, biszkopty, a nawet ‚umi’ ciasto czekoladowe co ma w jednym kawałku tylko 50kcal ale ja już go nie zjem nigdy bo wygadała się z czego jest. Tak więc Ciocia jak zobaczyła ile chemii nakupowałam, barwniki, cukrowe śmierci, biały cukier i mąka, tona proszku do pieczenia … słabo się jej zrobiło ale dzielnie zabrała się do roboty. I chyba nie przesadzę, jak napiszę, że bawiliśmy się we trójkę przesuper, chichrania było co nie miara i nawet wypieków Fit Ciotka dostała jak ciasto w niebieską breję i zielony syf zamieniliśmy. Bola mina nie do opisania. Ale to w końcu ‚robotowe’ muffiny!
Muszę też dodać, że moje dziecko słodyczy właściwie nie zna – takich sklepowych, więc trochę z duszą na ramieniu to wszystko przygotowałam. Jak on to zniesie, tzn jego brzyszydło…
I okazało się, że jak Dziecior nie nauczony to chętnie liźnie to i tamto ale zdecydowanie bardziej zainteresowany był całym procesem i artefaktami. Kurduplasty uczestniczył absolutnie w każdym etapie ze skupieniem i przejęciem.
Na prawdę najmocniej polecam takie spędzenie czasu z Dzieciorem nawet już nastomiesięcznym. Było najfajniej.
A na koniec? Na koniec wyszły nam pięknie wyrośnięte, obrzydliwe w wyglądzie robotowe baby, które kolejną godzinę dokorowaliśmy. I efekty, które zobaczycie są zrobione prawie, prawie przez samego Bola. Dziecior w całości poszedł do kąpieli. A bita śmietana i z ucha i pępka wymywana była.
W smaku były równie obleśne, jednak jedna muffinka artystyczna [Ciocia postanowiła zrobić Planetę Ziemię…] okazała się straaaasznie pyszna dla Chef’a i pochłonięta w całości.
I teraz uwaga, czekałam aż mu wybałuszą się oczy, kolanka zaczną drżeć i spuchną uszy – ale niczego takiego nie doczekałam, spał normalnie, bólów brzucha brak.
Stąd wniosek – nie warto się tak wiecznie napinać i jeśli raz na jakiś czas Małe pożre ‚chemiczny syf’ to świat się nie zawali a wspomnienie zabawy i radochy jest bezcenne.

W planach świąteczne piernikowanie. I będziemy te pierniki dekorować największym syfem dekoracyjnym świata, w końcu i tak mają zawisnąć na choinie.

Bola Czapa TU –> RoboStajl
Bola Fartuch TU –> RoboStajl
Trzepaczka – żyrafa TU –> Giraffe
Zestaw muffinowy – roboty i ufo TU –> Muffinowy Zestaw
Barwniki i syf chemiczny TU –> Spiżarnia


 
 
 
 
 
 


 
 
 
 
 
 
 
 


ROBOstajl-MUFFIN – part ‚suche’

13 komentarzy

+_filtered_filtered

Dziś tylko fotorelacja z akcji ‚na SUCHO’. Jestem rozkosznie umordowana. Bez marudzenia. Całe popołudnie, cały wieczór była tak fajna zabawa, że sama sto tysięcy razy płakałam ze śmiechu a teraz mnie brzuch od tego boli. Kurduplasty miał prawdziwy ubaw, czas płynął jak szalony, Małe padło w trzy minuty i śpi jak zabite.
Super dzień, super pomysł na popołudnie, super rzeczy, które sprawiają, że się chce, że wszystko nabiera atrakcyjności, kolorytu. I powoduje, że jak wyciagam garnek to Bolo leci po fartuch i czapę ‚Chef’a Kuchni.
LOW!
I sobie dokupić muszę!
I już nie mogę się doczekać zakupów świątecznych.
Jutro będzie ‚na mokro’, powiem tylko, że muffiny, które wyprodukowaliśmy są najprawdziwsze – robotowe. HA!

Bola Czapa TU –> RoboStajl
Bola Fartuch TU –> RoboStajl
Trzepaczka – żyrafa TU –> Giraffe
Zestaw muffinowy – roboty i ufo TU –> Muffinowy Zestaw


 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 


jak stodola.

4 komentarze

Mam dziś doła jak stodoła. Bo i tyłek jak stodoła i na diecie jestem i śnię o tym, żeby masłem kakaowym zapchać twarz i tętnice.
Tak więc będzie jakoś takoś od parady.

Pani przedszkolanka pomaga dziecku założyć wysokie, zimowe butki. Szarpie się, męczy, ciągnie…
– No, weszły!
Spocona siedzi na podłodze, dziecko mówi:
– Ale mam buciki odwrotnie…
Pani patrzy, faktycznie! No to je ściągają, mordują się, sapią… Uuuf, zeszły! Wciągają je znowu, sapią, ciągną, ale nie chcą wejść… Uuuf, weszły!
Pani siedzi, dyszy a dziecko mówi:
– Ale to nie moje buciki…
 Pani niebezpiecznie zwężyły się oczy. Odczekała i znowu szarpie się z butami…Zeszły!
Na to dziecko :
– … bo to są buciki mojego brata, ale mama kazała mi je nosić.
Pani zacisnęła ręce mocno na szafce, odczekała, aż przestaną jej się trząść, i znowu pomaga dziecku wciągnąć buty. Wciągają, wciągają… weszły!.
– No dobrze – mówi wykończona pani – a gdzie masz rękawiczki?
– W bucikach!

No nie wiem, śmieszy mnie od wczoraj okrutnie. Szczególnie te zwężone oczy.

A przeczytałam na Chustce – Pewnie większość blogerowców doskonale ją zna, ja jestem bloger mierny więc nie znałam. Mama Dwojga powiedziała, że czyta dwa blogi, mój i Chustkę. 
Nie mogłam się zabrać za czytanie z parę tygodni.
Zgadnijcie, którego dnia zaczęłam czytać…przypadkowo.
I czytam tak od końca, jeden miesiąc na wieczór, a potem kładę się obok Bola i nie mogę przestać zbyt szybko oddychać z emocji, że śnić będziemy razem kolejną i kolejną noc. Choć i tak czuję drżenie nieprzyjemne w mostku, że to wszystko jest takie niepewne, takie rach ciach i nie ma, i gdzieś tam w stronę okna szepnę słówko lub dwa.
Nie będę polecać, kto chce sam sobie zakuma.

No i właściwie miałam pisać o kolejce. Wiadomo, ciuchcia w domu być musi. Miałam wręcz obsesję i manię, że tej ciuchci mój syn nie ma. Najpiew kupiłam ‚madeinfranc’ piękną i drogą. Stoi w szafie. Potem Tata kupił kolejkę Duplo [a trzeba nadmienić, że Lego to Taty Bola wielka low i jak Małe się zalęgło w moim brzuchu to pierwsze z czego się cieszył Chłopina, to fakt, że na legalu Lego kupować będzie. Bolo klocki kocha, innych nie chce i nie potrzebuje bo wiadomo, Lego to Lego, Tata pilnego ucznia ma, razem budują każdego dnia, a Bolo jako roczniak potrafił nie tylko rozłożyć klocki ale i sam je złożyć] – no i co? i z kolejki Duplo budowane jest wszystko tylko nie kolejka, ku rozpaczy Taty. Potem kupiłam kolejkę Bajo, Bajo jak wszyscy wiedzą bardzo lubimy i polecamy – ale nie kolejkę, porażka na całego, źle jeździ, rozwala się, wagony się odczepiają, całość ciężka bardzo logistycznie do złożenia, czeka w szafie na ‚za parę lat’ albo ‚do komisu’.
Ostatnim rzutem postanowiłam spróbować banał, prostotę [to zawsze się sprawdza] kolejka najzwyczajniejsza jaka jest w każdym przedszkolu, sali zabaw, poczekalni u lekarza, świetlicy, jaką każdy zna. Proste wagoniki na magnes, logiczne do złożenia tory, najpostsze dodatki, drewniane, cena normalna, kompatybilne z innymi systemami [np z Ikei, z Teskoł …]
Zaskok po drugim razie, Bolo ciuchcia, Bolo dyszy lokomotywą [tłustą oliwą…] i jedzie aż ‚żar z rozgrzanego jej brzucha bucha’ – i łączy wagoniki, i ładuje pakunki [ np tłok od plastikowej strzykawki ] i na zmianę podjada i ustawia domki, drzewka. Rozłożona mieści się w niewielkim pojemniku – co też sobie bardzo cenię. Polecamy – za ‚najprościej – najlepiej’ i Dzieciory to wiedzą.

Nasza Kolejka TU —> Ciuchcia

Za ‚ciemność’ zdjęć soreczki, nic nie poradzę, że Ekspres Bolesław Mroczny ma wieczorny rozkład jazdy.


 
 
 
 
 
 
 
 
 


obuwie dOMOwe

26 komentarzy


Bolowi wychodzą czwórki, trójki, dziesiątki chyba jakieś też i górna dwójka i job nad joby w mamowej duszy i głowie. Jęczybuła startuje dzień w dzień o 17tej i jęczybuli aż zaśnie. To nie jest już wcale pewniakiem bo pilnowacz mu się włączył ponownie po pół roku i śpi czujnie czy nie odchodzę. Job nad joby. A potem nowe coś nastało – mianiowicie postanawia budzić się w środku nocy, horrorowato wpatrując się w jeden punkt nie śpi po trzy godziny. A ja wiadomo, spać spokojnie nie mogę bo czujnik cholerny w mózgu włączony. Job nad joby.
Nasz syn ma jeszcze kilka irytujących i doprowadzających do wrzenia krwi nawyków.

1. Allahy. Allahy urządza gdy mu czegoś nie wolno a on bardzo ale to bardzo potrzebuje to zrobić. Klęczy na kolanach, wyprostowanymi rękoma modły o podłogę odprawia zawodząc zawodowo. Krzywda nad krzywdy się dzieje i Dziecior dobitnie to pokazuje. Allahy pojawiają się też, gdy źle zromumiemy intencje Kurduplastego i obrazi się Małe na minut wiele. Np. czekał na Tatę aby układać wody w szafce – Tata chciał zabawę uatrakcyjnić i wsadził jedną wodę do ciężarówy. Dramat. Tragedia. To nie te zasady. To nie zabawa. Tata dostał bana na uśmiechy i całusy na całe pół godziny. Allahów było chyba z trzydzieści.

2. Orka przedsenna. Dziecior zanim wejdzie w błogosławioną fazę snu czyli taką, że nie kuma już nic, ma fazę orki na polu. Niby śpi ale nie śpi, będzie sześćset razy rękę wkładał i wyjmował z pod i pod poduszkę, będzie przy tym dyszał, zasysał się na smoku jakby ciężką uprawę roli miał dokończyć, będzie nogą szurał pod kołdrą do usranej śmierci albo szczytowania mojej biednej cierpliwości. Pozycję do spania będzie przyjmował milion razy kręcąc się, stękając, pojekując. Przykryć, odkryć, nie – jednak przykryć ale tylko rożkiem, nie – jednak zimno, to teraz przytul, a teraz za rączkę potrzymaj. Orka.

3. Pan Klocek doskonale wie kiedy już jest najedzony, oznajmia, że ‚nie nie już’ a gdyby Matka miała wątpliwości kaszelek uruchomi oznaczający ‚jeszcze łyżka a będę rzygał’. Jednak całkiem inaczej sprawa się ma z mięsem, mięso jest tak pyszne, że nawet jak brzuch jest pełny to Bolo będzie wkładał do buzi kolejne kęsy ale jako, że już więcej nie wejdzie, przemieli dwa razy i prosto z wywalonego języka pyszne mięso podaje Mamie, która przecież powinna podziękować za dar a najlepiej żeby się darem najadła. W ostateczności dary łądują na Mamy talerzu z którego zaraz znikają bo mięso zbyt kusi i na kolejny podwójny przemiał idą, i znowu – pyszne dary dla Mamy. I koło się zamyka bo jak zabierzesz talerz z mięsem lub Bola od talerza z mięsem to jedziemy z Allahami kolejne 15 minut.

4. To nie Dziecior a ja – bo ja się pytam, dlaczego, dlaczego do cholery przez dziesiąt lat nie nauczyłam się poczekać aż spłynie na prawdę ciepła woda z prysznica tylko zawsze ładuje się te parę sekund za wcześnie na tyle żeby tyłek sobie odmrozić?! No dlaczego?!

Jestem zwolenniczką chłodu w mieszkaniu, no może nie chłodu ale nie znoszę włączonych kaloryferów co zreszta bardzo źle wpływa na wszelakie śluzówki. Tak więc wolę ubrać Małe cieplej niż ‚cieplić’ mieszkanie. Problem pojawił się gdy zrobiła się na prawdę chłodno na podłodze gdzie widomo, że mały potwór spędza swój etat, szczególnie, że mając do wyboru dywan, parkiet, kanapę – wybierze lodowatą terakotę. Tak więc jedziemy podwójnie – bodziak – bluza, rajty – portki, a na stopy? No rajty i skarpety – proste.
Oczywście, że nie proste. Oczywiście, że trzeba awanturę skarpetową uskutecznić, zdjąć je setny raz i próbować przechytrzyć Mamę i wrzucić je do śmieci. Oczywiście. Nic, nigdy nie jest proste.
Kapcie, łapcie, papcie – obuwie domowe. Postrach Mamy Bola, w kapciach człowiek jakby traci godność. I żeby nie wiem jak był ubrany powyżej to kapcie wszystko zabiją. Ale Mama Bola jest grzeczna [w tej kwestii] i skarpet grubych nie zdejmuje, szczególnie na terakocie! Więc obuwie domowe szczęśliwie ją a ona je omija.
Jednak doszłam do punktu w życiu, że przewartościować trzeba czasem poglądy i stwierdziałam oglądając obce Dzieciory, że kapeć dziecku nie taki straszny. Tzn może być straszny i to bardzo ale to już mowa o gustach. I tak u Maków zobaczyłam kapciuchy PreShoes. Maki lubią ‚dobrze zjeść’ więc to zawsze jakiś punkt zaczepienia. Podobnych kapci-bucików widziałam już wiele, często też powala cena [za buty dam dużo, za kapcie nie.] – z drugiej strony wiadomo, szyte, czysta skóra. Design też koszci. Tylko ja nie lubię tych wszystkich koparek, samolotów, aut na chłopięcych rzeczach [zauważyliście?! i czemu zawsze też jest jakiś głupawy tekst o pilotach czy ‚race’ach…] 
I tak Preschoes mnie kupil, tzn ja kupiłam je.
I Alleluja – teraz mamy kapcie na gołą albo rajstopową stopę, nic nie jest zdejmowane, Małe zachowuje się jakby był boso, są mega miękkie, nogi ciepłe bez stu warstw, no i kurde, fajnie wyglądają! Jak na kapcie oczywiście…
Co więcej sam je [no prawie sam…] zakłada. Jest to bardzo proste, za co postokroć dziękuję. Nie mają też żadnych gum, absów itp, sama skóra i nic się nie ślizga.
Polecamy absolutnie, a i cena jest atrakcyjna jak na ten typ ‚obuwia domowego’ [brrr…..]

My mamy TE –> Kapcie, łapcie, papcie…
Inne TU –> PreShoes


 
 
 
 
 
 
 
 
 
 


zombie.

15 komentarzy

‚Mówi się’, że jak kobieta staje się Matką to umiera Kobieta.
Ta moja umarta Kobieta powstaje czasem z zaświatów i jako mocno głupawe, słabe i niedołężne zombie próbuje powrócić.
Zombie ma ochotę na szaleństwa w starym stylu, ma ochotę przepuścić ćwiartkę pensji w dwa dni w spa, ma ochotę na depilację pastą cukrową, ma ochotę porwać Tatę Bola na jedną niegrzeczną noc do hotelu, ma ochotę na nocne picie wina aż więcej się nie da albo nie pamięta, ma ochotę na nieprzystojące, nieodpowiedzialne rzeczy.
I najczęściej to biedne zombie tłamszone jest w zarodku bo ‚perspektywa się zmienia’ i przymus wewnętrzny każe inaczej. Ale jak już się wyrwie i wywalczy swoje to daje na całego.
Jak zombie wreszcie poszła do fryzjera, ale nie żeby się ciachnąć bo ‚już dno’ ale żeby tam się poluksucić to siedziała w salonie 5 godzin i razem z panią fryzjerką wymyślała coraz to nowe rzeczy – byle tylko ‚jej’ coś robili – cięcie, farba, masaż, maska, zabieg jeden, drugi, to może jeszcze to coś na błyszczenie… I tak bosko tej zombie wtedy, że wracając do miłosnego więzienia czuła się jak prawie, prawie nowo narodzona Kobieta. Ale więzienie kieruje się własnymi prawami i pawia sprzątnąć na wejściu trzeba bo Dziecior najadł się kredki, i pranie wywiesić bo zaśmierdnie, bułkę dać, bajkę setną przeczytać, wejść pod stół i bawić się w kurę i słonia [innym razem opiszę, jest mega głupia – Kurduplasty ja kocha]
I tak znowu zombie grzecznie, prawie bez sprzeciwu choć z łezką w oku tyra do wieczora aż nadejdzie nagroda w postaci snu Dzieciora i zamiast pójść się wysmarować karmelowym masłem do ciała Matka bierze szybki prysznic z Nianią na pralce i pędzi sprawdzać czy nawilżacz powietrza dobrze ustawiony, czy goła stópka nie marźnie, czy okno dobrze domknięte. I tylko Tata Bola trochę ratuje sytuacje całusem, spojrzeniem w oczy i średnio romantycznym ‚niezła dupa z Ciebie… Mama.’
Nie ma Kobiety – jest MAMA.

I tak wczoraj postanowiłam moją zombie do głosu dopuścić i randkę Rodzice Bola zaplanowali. Ciocia przyszła na nocne czuwania a my? No tak, niby można na kolację, niby można do kina.
My jednak, przypomniam, mamy diabelne auto [LINK] i pomysł na wieczór inny.
Totalnie zamarzyliśmy za czasem ‚przed Bolem’ Czas przed Bolem nie był za bardzo odpowiedzialny i zbyt grzeczny. Tuż przed pojawieniem się Bola w mojej biednej macicy był plan zdobyć i stale zdobywać tor Nürburgring Ring – no coż, biedba macica tego by nie zniosła a nasze sumienia nie zniosłyby ryzyka.
Plan – zaszaleć na A-dwójce. Dali nam autostradę – korzystajmy.
I Ciocia jedynie oznamiła, żeby nie odwalić czegoś ‚bo ona nie ma czasu na szpitale’ [low] a my ruszylismy.
I w pewnym momencie Tata Bola krzyczy: „^$%$*&^(*)(&^%!!!! zdjęli ogranicznik! Ja pier%#%^! zdjęli ogranicznik!!!” – 240, 250 – 260, i wreszcie 270 km/h jechaliśmy. I adreanlina w mózg waliła rozkosznie i mięśnie się napinały i serce skakało. I wreszcie poczułam się totalnie nieodpowiedzialna i totalnie rozkosznie niegrzeczna. I wreszcie wysłuchałam nowej płyty LaoChe, i wiedziałam, że mi to sprawi przyjemność prawie, że fizyczną – i sprawiło.
A ta adrenalina, jakże inna od tej, która przyjemna wcale nie jest gdy widzisz Dzieciora na krześle i myślisz czy zdążysz doskoczyć zanim zleci na nowe zęby, i inna gdy w panice szukasz zakrętki od czegoś – połknął? Połkął???! A tak pilnowałaś. I inna od tej gdy 40C nie spada po Nurofenie i błagasz niebiosa żeby czopek z Paracetamolu pomógł.
Było bosko. A najszczęśliwsze jest to, że takie rzeczy nadal możemy przeżywać razem, my – ona i on bez onego. I nasze wypieki, uśmiechy na ‚STOPie’, spojrzenia, i banan na mega rozgrzane hamulce. 
Do Onego wrócilismy stęsknieni jak cholera. I Dziecior rano przywitał baaaardzo uśmiechniętych rodziców.
Muszę częściej dawać pożywkę mojemu kobiecemu zombie. Rozkoszne.

ZDJĘCIE z Tatą Bola „przed Bolem’



I jakby nie na temat ale na temat – fajne, inne, totalnie odjechane ciuchy. I zanim zakrzykniecie o cenie to powiem szczerze – spodnie i bluzy jak najbardziej warto kupować super jakości, jak się dobrze dobierze rozmiar to posłużą nawet i 8 miesięcy a może i dłużej. I zamiast dwudziestu par zmechaconych i rozciągnietych spodni mamy par kilka i sobie je bardzo chwalimy miesiącami [ np te LINK ] i przez miesiące nie tracą nic a nic, wyglądają jak nowe mimo masakrowania ich podłogowo dzień w dzień.
Co do bluz – to nasza miłość, nasz ulubiony ciuch ever, każdego członka rodziny, a bluza z pazurem, z czymś ‚gratis’ to już miłość po czasy.
Do kolekcji spodni dołączyły jeany Soho – I dig denim. I serio oni ‚dig’ ten denim bo jeansy to nie jest najwygodniejszy wybór dla Kurdupla. Te są. Są mięsiste, są miękkie, są super wygodne, wchodzi w nie dupal z pieluchą i wygląda zawodowo. Mogą być długie, mogą być krótkie – posłużą na długo. I są zajefajne – jak najlepsze 501-nki.
Do kolekcji bluz dodajemy bluzę Astro – Kuklo. Co tu dużo pisać, ma tak pojechany fason, tak odjechany kaptur, że serce zdobywa każdego o ‚takim’ guście. I nasza Ciocia się wnerwiła, że to już przesada, że Bolo ma tak super bluzę a ona nie – nawet się trochę biedulinka obraziła.
A obie rzeczy z Ouou. Ouou – kopalnia mega marek, kopalnia orginalności, jakości i designu. Dla nas kopalnia dodana na stałe ‚do wykopywania’. Polecamy mocno ‚poDIGać’.

Nasze jeany TU –> SOHO – I dig Denim
Nasza bluza TU –> Astro – Kuklo

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Nie ten palec Synku!, nie ten palec rodzice uczyli’