subskrybcja: Posty | Komentarze

co u Klocków?

14 komentarzy

Klocki zaczęły porządnie łazić po świecie wreszcie.
Nosi nas.
Na szczęście Bolo jest zdecydowanie genami naszymi zawładnięty bo ‚wycieczki’ kocha i na hasło: ‚wycieczka’ leci po czapkę, po mniej wygodne spodnie, Mamie buty przynosi a Tacie szalik.
Kocha to jak i my.
Jeździć samochodem ubóstwia. To prawdziwe szczęście bo my wreszcie, nareszcie robimy dokładnie co chcemy i to z Dzieciorem. Szok.
Bolo jest synonimem odwagi… poza domem. W domu, muszę przyznać, że często jest ‚cyckiem’ mamy, małą jęczybułą gdy są goście, przynajmniej przez pierwszą godzinkę.
Poza domem? Inne dziecko. Odważny, dzielny, ciekawski, odcyckowany!
Gada z kim się da albo kto wyrazi na to chęć.
I tak w naszej ulubionej knajpce Bolo zasiada na niedziecięcym przecież krześle i woła: niammm!!
U Pani Kelnerki zamawia zupę.
Zupę mega polecamy – krem z kalafiora i porów. Boski.
Jak i całe miejsce. Doł klimatyczny dla par czy grupek znajomych, góra z solidnym kącikiem dla dzieci.
Całość estetyczna, fajna, bez nadęcia, a przede wszystkim mega przyjaźnie nastawiona na Dzieciory.
Polecamy Warszawiakom, a przede wszystkim wszystkim komu blisko na Ursynów.
Zwykłe miejsce a jakie fajne.
Aha – na zupę Bolo potrafi czekać 20 minut siedząc grzecznie na krześle…serio warto.
Knajpa TU –> CiepłoZimno

W knajpie są też takie głupie, brzydkie, bezsensowne zabawki, które mój syn uwielbia …
Są też mądre i ładne. Zawsze wybierze te pierwsze.

Ale Mama jest Mamą Bolową i Dzieciorowi stara się nadal serwować rzeczy ładne, porządne, fajne i mądre.
Co u nas ostatnio się wielce sprawdziło???
Dwie rzeczy.

Pierwsza to Układanko-Domino-Stonoga-Alfabet…
Wszystko widać na zdjęciach. Jest śliczna!!!
Wykonana z grubego lakierowanego kartonu, któremu zęby niestraszne.
Naturalnie Bolo nie układa alfabetu. To na potem zadanie. Jednak ze mną tak.
Mamy taką zabawę po kąpieli, że ja mówię alfabet różnymi głupawymi głosami a on te głoski powtarza.
Tak potrafi powtórzyć wszystkie oprócz c i z.
I przy tej układance nasza zabawa tez się powtarza.
Ale co najważniejsze? Bolo układa. Ciągle i ciągle coś układa. Ta układanka ma ze dwa metry.
Ułożenie jej zajmuje naprawdę sporo czasu. A efekt powala. Na pół pokoju.
Młodsze dzieci jak Bolo po prostu składają stonogę – noga do nogi do nogi. Super.
Z kolei z drugiej strony jest przeładne domino. To też na za chwilę.
Całość mieszka w fajnym pudełku na magnes. Czego chcieć więcej?
Bardzo fajne – polecamy.


I coś absolutnie genialnego. Wystarczy pomysł i wychodzi takie cacko.
Bolo w fazie ‚wież’ od kilku dobrych tygodni. Układamy wieże z klocków, z kartonów, z ładnych kartonów, z pudełek, z czego się da. Wieża gdzieś do piętra 3 Kurduplastemu udaje się samodzielnie.
Potem potrzebny większy ludź.
I tak mamy wieżę, którą nie tylko Małe buduje w całości samo to jeszcze aż widzę parę jak mu rozumek pracuje.
Że to większe na mniejsze to jednak nie bardzo. A co będzie jak wsadzę odwrotnie? Ok, teraz Mama nic nie mów a Ty Tata już nie rozmawiaj przez telefon bo został ostatni element a to wymaga skupienia.
A potem brawa są strasznie długie, duma na pysiaku, i tradycyjne ‚baaaaBUM!’ i cała robota od nowa.
Te klocki są w kształcie ‚wygryzionych’ kul, cały ich urok, cała magia i spryt polegają na tym, że dzięki ich kształtom wieża może być totalnie krzywa a nadal się trzyma! Do tego są perfekcyjnie wyważone. Oczywiście nadal wymagają pewnej koordynacji, uwagi, balansowania. Ale są strzałem w dziesiątkę na umiejętności manualne 1,5-2+ latków.
Dodatkowo połowa ‚kul’ jest z innego materiału, jakby bardziej gumowego co zapewnia lepszą przyczepność.
Czy muszę dodawać, że Bolo tą wieże układa milionpierdylion razy dziennie?
Hit, hit, hit!
Wieżo-klocki TU –> Tobbles



nieKLOCKOWY post 2.

45 komentarzy

Grudzień 1916 – przychodzi na świat moja babcia, ciąża coś trwała krótko, dziecko waży jedynie 2kg. 100% zdrowe.

Kwiecień 1954 – przychodzi na świat moja mama, po 8 miesiącach ciąży, waży ok 2400g, 100% zdrowa.

Maj 19** – przychodzę na świat ja, 4 tygodnie za wcześnie, ważę 2400g, 100% zdrowa.

Luty 1984 – przychodzi na świat moja pierwsza siostra, 10 tygodni za wcześnie, głęboka Komuna, telefony na żetony tylko przy spożywczym, karetka przyjeżdża po 4 godzinach od zgłoszenia. Mama dociera do szpitala za późno o jakieś 30 minut. Siostra umiera. Zabrakło sił na oddychanie.

Sierpień 1988 – przychodzi na świat Ciocia Bola, 6 tygodni za wcześnie, wychuchana ciąża, waży prawie 4 kg, 100% zdrowa.

Lipiec 2011 – przychodzi na świat mój Bolo, prawie 10 tygodni za wcześnie, waży 1380g, 100% zdrowy.

Często pytacie ile Bolo ma miesięcy. A ja nigdy nie wiem jak na to odpowiedzieć bo Bolo jest wcześniaczkiem.
Do 2 rż powinno się go ‚określać’ wiekiem korygowanym a więc takim, który liczony jest od daty planowanego porodu.
Tym sposobem Bolo ma 17 miesięcy.
Dlaczego tak?
Dlatego, że przyjście na świat wcześniej nie jest żadnym bonusem. Mały człowiek potrzebuje dokładnie tyle samo czasu na rozwój ile drugi w brzuchu Mamy.
Więc gdy Bolo miał już urodzinowy miesiąc, nadal wiek korygowany wynosił zero, bo to był rozwojowo jego 38 tydzień ciąży.

Jak to było?
Nie, nie napisze tu rzewnej historii, nie jest to moim celem.
Bolo urodził się w Pradze i za to dziękuje bogu do dziś, nie dlatego, że nie wierzę w polskich lekarzy.
Dlatego, że Czechy są drugim na świecie państwem z tak doskonałymi wynikami ratowania noworodków.
I czego bym o Czechach nie mówiła, nie myślała, tak za to, że uratowali mojemu dziecko zdrowie a może i życie będę wdzięczna do końca swych dni.
Dlaczego Bolo urodził się za wcześnie? Nie wiadomo.
Ciaża zdrowa i prawidłowa. Dziecko zdrowe. Ja zdrowa. Przeszliśmy oboje miliony badań, nie odkryto przyczyny.
Ja od ok 25 tc coś chyba przeczuwałam, oczywiście wszyscy pukali się w głowy a ja czytałam namiętnie historie wcześniacze odkrywając przerażającą prawdę, że często to czy te dzieci przeżyją zależy od decyzji lekarzy, nierzadko wcale nie przygotowanych do takich zadań.
Gdy Bolo się urodził, siłami natury, za co ogromnie wdzięczna jestem ekipie z praskiego szpitala [dostałam chyba tonę smsów i telefonów z PL, że natychmiast mam żądać cesarki, ja jednak zaufałam lekarzom – podkreślam, że oboje byliśmy zdrowi, Mały był prawidłowo ustawiony, a dzięki temu, że przeszedł całą naturalną drogę uzyskał wszelkie benefity zdrowotne wynikające z takiego przyjścia na świat, co w jego przypadku było na wagę złota]
Tata Bola był przy porodzie. Ciocia za drzwiami. Wszystko było ‚normalnie’ gdy nie to, że na moje dziecko tuż obok mnie, czekał inkubator, sztab lekarzy, respirator…
Mój syn zapłakał jak donoszone dziecko… Zaczął oddychać samodzielnie.
W 3 godziny po porodzie poszłam o własnych siłach na niemowlęcy OIOM.
Sala zapełniona maleńkimi Kurdupelkami, całymi okablowanymi, aparatura wszędzie wyła, piszczała, pipała.
Każdy rodzic z truchlejącą twarzą patrzył czy to brzęczy coś ‚od jego dziecka’.
Prawie zemdlałam. Spodziewałam się ciężkiego widoku, bo jak wygląda dziecko w 31 tc? Twoje dziecko?
I widok był ogromnie ciężki ale tylko dlatego, że nie mogłam tego mojego Okruszka wziąć w swoje ramiona.
A on?
W czapeczce, pod mini kocykiem, założył sobie rączki pod głowę i smacznie spał.
Lekarze biegali, ratowali życie innym dzieciom, tłuamczyli coś rodzicom leżącym na podłodze w rozpaczy a my staliśmy obok inkubatorka gdzie nic nie pipkało, była błoga cisza i śpiący bączek.
W końcu lekarz prowadzący Bola podszedł do nas i powiedział: ‚Your son is doing extremely well. 
He is totally healthy, keep fingers crossed.’
Ja wiedziałam, że jeszcze może być różnie ale nasz syn jest wielkim fighter’em i do dziś to udowadnia.
Ale każdy wcześniak to wielki wojownik o ogromnej woli życia.
Został wypisany ze szpitala w 36tc, z wagą 2005g.

Bolesław nie ma żadnych ale to żadnych powikłań ani innych ‚pamiątek’ ze swojego trudnego startu.

Bo ja poszłam na wojnę z Bogiem.
Jak się czują rodzice wracający do domu bez dziecka?
Jak się czuje Matka wracająca do domu bez brzucha i bez dziecka?
Więc ja siedziałam pod tym jego pustym jeszcze łóżeczkiem i wrzeszczałam do Tego Na Górze, że ja zgody nie wyrażam na jego gorszy start w życie, że nie ma mowy, że masz ty to boże dobrze zrozumieć – ja się nie zgadzam!!!
Zrozumiał, nie miał ze mną szans żadnych.
Bola dokumenty szpitalne zostały przekazane do Akademii Medycznej jako wzór do postępowania.
A Bolek przy wypisie został tak określony przez ordynatora: 
To była taka niedopieczona muffinka, posiedziała w naszym piecyku trochę i jest już pyszna i gotowa.

Mogłabym pisać, że jest cudem, ale cudem jest każde dziecko, mogłabym pisać, że wygraliśmy z losem, z Bogiem. Ale czy tego nie wygrywa każdy rodzic mający zdrowe, wesołe dziecko?
Mogłabym pisać o tym ile bólu, łez, paniki, lęku, niezrozumienia doświadczyliśmy z mężem. 
Mogłabym pisać o tym jak leżałam godzinami na podłodze i wyłam z bezsilności i strachu.

Ale ja to piszę dlatego, że choć swoim słowem nic nie zmienię tak przynajmniej się oczyszczę.
Bo nieświadomość ludzi nt wcześniactwa jest tak samo ciemnogrodzka jak nt invitro.
Gdy Bolo miał już kilka miesięcy zaczęła się coroczna zbiórka WOŚP. 2011. Pieniądze miały być przeznaczone na oddziały ratunkowe dla noworodków, między innymi dla wcześniaków.
I odezwały się katolickie głosy, że to marnowanie środków, że – to jest zadnie, które powoduje u mnie takie ciśnienie, że za siebie nie ręczę… że ‚tak chciała natura, że natura zdecydowała, że te dzieci mają nie żyć, że nie powinno się ich ratować’
Niech więc każda Pani Bożena, każdy Pan Władysław głoszący te okrucieństwa, niech oni nie biorą antybiotyku gdy mają zapalenia płuc. Bo tak chciala natura.
Niech nie jadą do szpitala gdy maja zawał. Tak chciała natura.
Niech nie operują pękniętego wyrostka, guza, niech nie leczą nowotworów.
Tak przecież chciała natura!
I proszę każdą Panią Bożenę i Pana Władysława aby spojrzeli teraz w oczy mojemu dziecku i powiedzieli, że powinien nie żyć bo tak chciała natura.

Nie wolno piętnować nikogo. A szczególnie dzieci. Dziecko wcześniak – dziecko niewcześniak.
To takie samo dziecko, z takimi samymi rodzicami, taką samą szansą na życie, z takim samym PRAWEM do życia.
Wiem, że nie każdy wychodzi ‚tak cało’ jak Bolo z takiego startu.
I dlatego powinno się robić co w ludzkiej mocy, wiedzy, umiejętnościach żeby na ile się da i kiedy się da – to zmienić.




PLEple ple…

32 komentarze

Mama: pleple.
Bolo: plepleple.
Mama szeptem: plepleple?
Bolo szeptem: ple.
Mama: o rany! ple!!!
Bolo krzykiem: PLEPLE!!!

Pleplepleple. Pleple. Ple. Pleple.
Gadamy.

Mama: ple. pleple. ple?
Bolo: pleple. ple. ple!!!

Gadamy.
W łóżku, w kocu, pół dnia. Lenie. Nigdzie nie idziemy. Gadamy. I umieramy ze śmiechu.

Bolo: Mama! Ple!
Mama: no plepleple. i ple.
Bolo: TAK! i szeptem: ple?
Mama do ucha: Ple.
Bolo: pleplepleplepleplepleplepleple….

Krótko.
PlePle rozwaliło mnie nazwą, to na początku.
Potem prostotą. I rampersem, który nie wygląda jak kiepska pidżama. Rampers w rozmiarze 92.
I napy. Solidne. W rozmiarze 92.
I gruba bawełna. Miluchna.
I zielone takie… gdzie niegdzie. Przy szarym, klasycznym.
PlePle – LOW!

a Bolo? Bolo szaleje w PlePle jakby golasem był. Znaczy wygodnie, że o JA CIĘ!

PLEPLE TU –> PlePle
Polecamy tak, że ‚o JA CIĘ PLEPLE!’















wcale nie brownie.

17 komentarzy

Parę dni temu miałam tak ciężką ochotę na brownie, że czułam, że jak go nie zjem to prawdopodobnie umrę.
Mogłam kupić. Mogłam. Ale zmiany, zmiany… Blaszka jest, piekarnik działa.
Znalazłam przepis u Kulinarnego Guru i z radością, późnym wieczorem przystąpiłam do działań.
Kręciła, sypałam, mieszałam. Super.
Wprawdzie pod koniec, gdy ciasto wlewałam, a raczej, no właśnie, przyklejałam do blachy, pod nosem rzekła żem do Taty Bola: dziwne jakieś to ciasto…
Ale co tam! White Plate wie co robi, nie moja to rola oceniać nieupieczone ciasto.
Po 15 minutach patrzę przez szybkę i widzę, że jakoś masło pływa po wierzchu…że naprawdę dziwne to ciasto. Obracam się na pięcie i tępy mój wzrok padł na miskę, taką oddaloną z deczko… z odmierzonym cukrem.
Co robi kobieta gdy bardzo chce zjeść brownie, które z miłością dla swoich facetów piecze a to cholerne brownie nie wychodzi?
Ryczy.
Poryczałam się strasznie. Aż Tata Bola pocieszać zaczął, że może jednak będzie smaczne, że taki chleb kakaowy będzie…
Prawie go zabiłam, żeby mi bzdur nie mówił, że nie ma chleba kakaowego, że ja tak chciałam to brownie.
Chlipałam rozpaczliwie, czując się co najmniej jakbym zawiodła całą rodzinę, a tak się starałam, a ten mi z chlebem kakaowym wyjeżdża!
Zabeczałam pół koszulki Taty Bola aż ten wstał i powiedział, że kupi co trzeba, że pójdzie do sklepu o tej 22.30 żebym zrobiła to cholerne brownie skoro od tego zależy nasze życie.
Zależało. Poszedł.
Obrzydliwy chleb kakaowy wyrzuciłam, blachę wymyłam, robię drugie.
Robię, robię, konsystencja ok, czy cukier wrzuciłam sprawdziłam tylko 38 razy.
Coś mi smrodkiem jakimś powiało, wołam Tatę Bola. Pytam czy jajkiem zepsutym czuć.
Nie. Głupia. Ty tylko jajko do ręki weźmiesz a już wąchasz, że zepsute.
Nic nie śmierdzi, pachnie super.
Ok.
Ciasto bo pieca. Piecze się, ja smrodek, nieduży ale jednak czuję, jednak często jest tak, że smrodki różne urojone wyczuwam więc ignoruję.
Brownie się upiekło. Idealne. Jemy. Tata Bola je 3 kawałek. Ja ten smrodek jednak czuję.
Na wszelki wypadek daję zakaz jedzenia brownie przez Bola.
Od rana Tata Bola ma problemy brzuszne. Skończyło się na 20 kapsułkach węgla. Ciasto już śmierdziało na kilometr.
Co robi kobieta kiedy dwa razy nie wychodzi jej brownie, która urasta do być albo nie być?
Ryczy.
Ale Tata Bola w delegację pojechał i ryczeć nie miała ‚w kogo’.
Na drugi dzień poszłam znowu po te cholerne składniki na brownie. 
Ale kupiłam inne. Kupiłam Bounty, którego nie lubię ale tak mnie wołał, że uległam.
W domu myślę, że nie wolno go jeść, że godzina na bieżni to dwa takie Bounty, nie warto…
I olśnienie!
Tak z przepisu Liski powstał mój autorski, na ciacho banalne w obróbce, lekko kokosowe.
Jemy z Bolem i Ciocią Bola drugi dzień, nikt nie choruje a ciasto wygląda super.
Polecam bardzo, skoro mi się udało – uda się każdemu.

***Bounty daje kokosową nutę i lekko karmelowy kolor [od czekolady] ale można je zastapić Snickersem, białą czekoladą z orzechami, mleczną, czym dusza zapragnie byle się topiło i miało ok 100g

WCALE NIE BROWNIE KiK

2 x baton Bounty
100 g cukru trzcinowego
3 jajka [nieśmierdzące]
110 g mąki
1 łyżeczka sody
szczypta soli
100 g masła

W kąpieli wodnej rozpuścić masło + Bounty + cukier.
Zdjąć z ognia. Wbijać jaja i energicznie mieszać.
Nie miksować.
Na koniec dodać sól, sodę i mąkę.
Wybełtać i siup do pieca na 30 minut 180C. Do suchego patyczka.
Bolo wciąga 2 kawałki na podwieczorek, ja do kawy. Mniam.
Smacznego!

Skoro o gotowaniu mowa – Kurduplasty dostał kuchnię. Kuchnia niebieska [jest też różowa] od MotherCare, którą zobaczyłam u Mamy Dwojga.
Byłam zaskoczona jak i Bolo, i 10 miesięczniak i 4 latek – wszyscy się nią bawili.
Musiałam kupić.
Jak na plastik niebrzydka, ale przede wszystkim fajna. Ma mnóstwo udawanego żarełka, garnki, sztućce, palniki się palą i wydają dźwięk gotowania, są półki, jest chochla, a całość to zgrabna walizka, która mieści te wszystkie rupiecie.
Hit zdecydowanie. I wiem, że można kupić piękne, duże, drewniane kuchnie…
Ale soreczki, jedna duża mi starczy…Polecamy!

I historia z wizyty u Mamy Dwojga.
Dzieci bawią się tą kuchnią. Panowie rozmawiają w innym pokoju. Ja czuję, że chyba Bolo ma przesyłkę pod spodniami więc biorę go do łazienki. Bolo nagle jakoś się wystraszył nowego miejsca, nie wiem, zaczął rozpaczliwie wołać Tatę.
Tata wchodzi do łazienki i zamiera. Na podłodze leży plastikowa parówka z hotdoga z owej kuchni.
Myślę sobie, co on, nienormalny, hotdoga zabawkowego się wystraszyć?
Tymczasem Tata Bola konspiracyjnie, szeptem mówi: 
‚Powiesz Mamie Dwojga, że Bolowi kupal na dywanik wyleciał???’

to ta parówka, którą Bolo zakosił do łazienki…

A na koniec – szczere polecenia – drewniane owoce Plan Toys.
Banalny pomysł. Do krojenia. Na rzepy.
Bolo pokochał, łączy i rozłącza po sto razy dziennie, szczególnie teraz, jak gotuje.
Muszę dodawać jak świetnie to ćwiczy koordynację wzrokowo-ruchową?
I kosztują parę złotych!
Owocki Plan Toys TU–> 



offROAD miejską wyścigówką…

62 komentarze

W czasach przedBolowych Mama Bola i Tata Bola to były dwa wielce niespokojne duchy niemogące usiedzieć w miejscu. 
Jak wspominałam, mieszkaliśmy długo, za długo, w Pradze.
Na Pragę patrzeć już nie mogliśmy bo każde piękno w końcu blaknie i człowiek już tylko minusy widzi.
Tak więc z tej Pragi zwiewaliśmy ciągle i ciągle. Namiętnie.
W weekendy była Bawaria, Niemcy, Słowacja, Węgry czy Włochy [Praga jest świetną bazą wypadową…]. 
Jednak w ciągu tygodnia Tata Bola w końcu pracował więc obmyślaliśmy trasy bliskie, byle z odpowiednim poziomem adrenaliny.
Jak po prostej – to żeby szybko. 
Jak po zakrętach to żeby ostrych.
I tak trenowaliśmy nasze ‚offroady’, bazując na gpsie, w kórego wrzucaliśmy jakiś punkt – i niech dzieje wola nieba.
Wola nieba najczęściej była nam przychylna jeśli chodzi o odpowiednią dawkę przeżyć.
Jak do lasu – to w tym lesie trzeba sturalać się autem z drogi, która akurat była nieutwardzana, mokro jak diabli, a napęd na przednie koła.
Bo droga utwardzona się nagle skończyła więc postanowiliśmy zawracać. Wąsko. Jedno tylne koło lekko zjechało ‚w las’.
I popłynęliśmy
Koła buksowały, mokre liście, ostry spadek, grząsko.
W tym lesie spadliśmy na tyle głęboko, że siły nie było, ani samochodowej, ani męskiej ani kobiece lamenty, nic nie pomogło, trzeba pomoc wzywać.
I super, bo Tata Bola wykupił high-endowe ubezpiecznie, że wszędzie i zawsze mają nam pomóc.Przypominam jednak, że historia dzieje się w Czechach.
Dzwonimy.
Dzięki Bogu za zasięg w lesie bo już plan był, że Tata Bola pójdzie szukać najbliższej wioski a ja zostanę przy samochodzie. Efekt – poryczałam się.
Dzwonimy. Pani pyta gdzie jesteśmy.
Grzeczne: ‚Czy możemy mówić po angielsku?’
Odpowiedź: ‚Neeee…’
Nie nowość w czeskim świecie, damy radę.
‚Jesteśmy w lesie, nie możemy wyjechać samochodem.’
‚A przy jakiej drodze?’
‚Nie ma drogi. Jesteśmy w lesie.’
‚To wyjedźcie na najbliższą drogę i zadzwońcie gdzie jesteście’
‚Ale nie możemy wyjechać, dlatego dzwonimy…’
‚A dlaczego nie możecie wyjechać?…’

Jeszcze raz.

‚Podam Pani namiary gpsa gdzie jesteśmy’
‚Neeee…’
‚Ok, najbliższe miasteczko gps pokazuje, że się nazywa…’
‚To tam jedziemy.’
‚Ale my jesteśmy w lesie…’
‚To podjedźcie do tego miasteczka’
‚Ale my nie możemy wyjechać…’
‚Nie ma drogi w lesie?’
‚Jest ale z niej spadliśmy…’
‚A co to za droga?’
‚Błotnista…’
‚To wjedźcie na drogę….itd itd…’

W końcu, po jakiś 4 telefonach Pani powiedziała, że wysyła pomoc, będą nas szukać.
Po godzinie znalazł nas Pan, który zszedł do nas w ten las na piechotę i powiedział, że on nas nie wyciągnie, sam spadnie mimo, że przyjechał dużą maszyną. 
Błoto się ślizga, znowu pada, droga powrotna pod górę.
Znowu się poryczałam przez wizję akcji powietrznej, a ja przecież do helikopteru nie wejdę. 
Bo spadnie.     
Pan zadzwonił po kolegę, który starym wojskowym łazikiem podjechał. Łazik ciągnął nas, Maszyna Pana z góry ciągnęła łazik…Jak rzepkę…
Ocaleni. 
Offroadów się zachciało samochodem do ścigania… nauczka była.     

Innym razem pojechaliśmy, solidnie po zmroku, na górę Ještěd. Droga jest bardzo kręta, mocno stroma, ostro wąska. Jak to z nami bywa, gdy tylko dojeżdżaliśmy na szczyt zapadła mgła absolutna. 
Taka mgła, że ledwo widzieliśmy własną dłoń.
Mocne przeżycie. My ponad 1000mnpm. Noc. Wprawdzie hotel na szczycie ale Tata Bola podjął decyzję, że będzie fajnie. Zjeżdżamy. Tętno 200. Ocena przez szybkę odległości od barierki. Za barierką przepaść, góry… Prędkość żółwiowa, długie światła. Nie widać nic na 30 cm od maski. Zakręty wg obrazka z gpsa…
Było super.

 Zdjęcie to zrobiłam 5 minut po wjechaniu na szczyt. Potem było tylko gorzej…

Teraz mamy Bola i takich rzeczy robić nam nie wolno. Jednak nadal w nas duch niespokojny, podróżniczy.
Długie trasy, fajne cele. Albo i bez celu, grunt, żeby trasa sama w sobie była wyzwaniem.
Niestety Wawa już tak doskonałą bazą wypadową nie jest, ale co tam, mamy w końcu A2!!!

 Tak parkowaliśmy. Na zupełnego czuja.


Coś doskonałego na podróże.
Oby nigdy nie było potrzeby użyć. Oby. Ale mieć warto.
Wielka aprobata Taty Bola. Apteczka zajęła honorowe miejsce w samochodzie.
Jest sprytna, bardzo pojemna, ładna i ma wszystko co może się, oby nie!, ale może się przydać.
Nawet jednorazowy termometr.
Cały skład apteczki TU –> APTECZKA PIERWSZEJ POMOCY DLA DZIECI WALLABOO
Kupić można TU —> KLIK
Ogromnie polecamy. Dokładnie takich rzeczy brakuje gdy nagle okazuje się, że są niezbędne…
A my póki co – kształtujemy Małego Podróżnika.


A ja mam dla Was aż 3 zielone Apteczki Pierwszej Pomocy dla Dzieci Wallaboo. Wersja TRAVEL.
TAKIE ->  KLIK
Co zrobić?
Napisz w komentarzu jakie jest Twoje Wymarzone Miejsce Na Świecie.
Do odwiedzenia, do mieszkania, na wakacje.
I podaj link do zdjęcia tego miejsca. Może być Twoje, może być z netu, może być z FB…
Grunt żeby pokazywało dlaczego to a nie inne miejsce…. 
Podpisz się.
Udostępnij post. Wyniki na FB w środę, wylosowane ręką Kurdupla.
Powodzenia 🙂

wyniki:
Maszyna Losująca dziś z deczka zaspała co z pewnością odbije się na drzemce… ale ale… wylosowała – wygranych proszę o kontakt na ewa.kwinogrodzka@babyuniverse.com.pl 🙂