subskrybcja: Posty | Komentarze

i kot, i spodnie, i jaja – ojacię!

20 komentarzy

Tak się u nas dzieje pochorobowo, że czasu na wszystko brakuje, bo chapać dni chcemy.
I nawet ten 56 dzień lutego nam niestraszny bo Bobek straszliwie jakoś dorósł i zabawy mamy takie, że wkręcamy się w nie po równo, i do rana do nocy śmiesznoty i głupawki nam się chce robić.

Dziś jajeczno-spodniowo-kotowo.
A gdy te trzy elementy ‚dzieją’ się na raz – szał jest i chichranie po pachy.
Kończy się wielkim siniakiem Matki na piszczelu [od uciekania], Ojcem wymazanym Nutellą [jako, że dzień pod hasłem – ‚chcesz – masz!’ wdrożyliśmy w życie. Wprawdzie to trzeci taki dzień z rzędu ale szał nam zaraz minie, bo i słoik grzesznej, okrutnie niezdrowej Nutelli też bez dna nie jest. 
Do tego matka zagroziła, że jeszcze raz ktoś śmie kupić taką rzecz do domu to będzie zmuszona dupkę odchudzać w krajach południowych, w hotelach gdzie dzieci i zwierząt nie przyjmują, że kuracja taka trwać będzie bardzo długo i że ‚intensywna nauka hiszpańskiego z ledwo-letnim studentem included… – groźba podziałała, obiecali a potem bezczelnie przypomnieli, że Matka tą Nutellę to sama na listę zakupową ‚wciągła’…
A co ja zawsze mam rację czy jak???

No nic, dupki rosną, Bobka mam nadzieję też bo wciąga ilości zabójcze dla mojej cierpliwości kuchennej.
25 placków ziemniaczanych starcza na niecałe 20 h.
35 racuchów z owocami poszło w 12 h.
Leczo – godzin kilka + dokładki nocne.
I jojczy ciągle Małe – daj daj niam, jaja daj, placuszki – ‚kuszki’ daj, mięsko i zupkę ale broń boże tą dzidziową ze słoika, musi być taka co Tata lubi, że mocna w smaku i doprawiona.
I klepią się Małe z Dużym po brzuchach, całusy mi dają, a Duży podpuszcza Małe i mówi: Boloo, powiedz Mamie, żeby zrobiła sernik…i klopsy….i może jeszcze taką wiesz, mmmm gęstą pomidorówę z literkami makaronowymi.
Oszaleję.

Dzis zadzwonił dzwonek do drzwi. Otwieram a tam siedzi KTOŚ.
Zblazowany pyta: ‚Hej Mamma, zastałem Bola?’
Bolo spał ale Ktosia wpuściłam mimo, że chmielową przekąskę taszczył.
Mówi, że na 26 lat i jest basistą w zespole rockowym. 
Szybko zrobił się senny, oznajmił, że na wszystko ma….no…wywalone i przekimał aż Bobek wstał.
A potem już sami wiecie.
Jak się chuligan z chuliganem spotkają to mimo, że Matka pilnuje by łbów nie porozwalali, mimo, że Ojciec nagle, jakiegoś młodszego ducha poczuje, płyty stare włączy, wstydu dziecku narobi, mimo, że na obiad wołam do stołu to rąk myć nie chcą bo są przecież zbuntowani, jeść będą ‚w swoim pokoju’, najlepiej na podłodze i z jednego talerza…no i w ogóle Mamaaaa, Tataaaa, weźcie Wy się nie wtrącajcie!

Mega, MEGA czaderski KOT tu –> Sankowo
Naszego już nie ma ale np. jest taki –> Kot Concha

Bolo natychmiast zawładnął tą zblazowaną Kociną, mnie rozwalił jego wygląd, cały jest gdzieś na pograniczu bycia sympatycznym a butnym, kochanym a niegrzecznym, i ta postawa olewcza – całym ciałem. Kochamy.
Jest naprawdę duży i przepięknie wykonany ‚sweterkowo’.
Przyznam, że w natłoku ‚maskotek minky’ to prawdziwa perełka…i to z dobitnym charakterem!


A teraz coś na co czeeeekaaaałam i czekałam.
Kto nie zna Zezuzulli ten gapa.
To był pierwszy blog jaki czytałam i oglądałam jako Matka. I dzięki niemu ‚wciągłam’ się w ten interes 😉
Zezuzulla sobie szyła dla swojego Jula piękności. I każdy też takie chciał!
I teraz mieć może. Uf.
Dziś pokazujemy spodnie CZAD.
Wełna z zewnątrz, milutkowo w środku. Ciepłe, że hej ale nie do spocenia bo wszystko oddycha.
To jedyne takie spodnie, że bez rajtek na terakocie Małe siedzi i w dupala ma ciepło.
To jedne takie spodnie, że przy 3 stopniach na dworze nic na tyłek więcej nie trzeba.
Nic się nie ściąga, nie podwija, nie podciąga. Siedzą na dupalu jak szyte ‚na nim’.
Wygodne, że hej!
Ale, ale… jak one wyglądają!
Powtórzę się o natłoku, jak z zabawkami z minky, na polskim rynku aż się przelewa od stu różnych/podobnych marek z dresami.
Ponownie – Zezuzullowe spodnie to perełka.
Jak dodamy do nich czerwone trampki to mamy wyjechany punkrockowy czy streetowy klimat. NAJLOW!
No i całość – fason, szeroki pas na górze, te boskie, dłuuugaśne ściągacze na dole, miejsce na pieluszydło…
Jednym słowem, co jednym nie jest – to szyła MATKA dziecka w podobnym wieku do mojego osobistego, która doskonale wie, czego Kurduplowi i Matuli do szczęścia potrzeba.
Zezuzulli kłaniam się w pas i szczerze polecam. Zresztą popatrzcie sami…

Nasze spodnie TU –> SPODENY
Reszta kolekcji TU –> KLIK

A na koniec – pisankowo po Klockowemu, full zabawy, marne efekty i najbardziej wyczesany koszyk na święconkę ever!
Kredek i farb używamy tych –> KLIK




z potrzeby piękna…

20 komentarzy

Dziś mało treści – dużo obrazu.
Zupełnie szokujące dla mnie odkrycie – róż może być świetny.
Czas dorosnąć Matka i przestać się obrażać na ten ‚infantylny’ kolor.
W połączeniu z głębokimi fioletami i delikatną lawendą – mniam!

I tak też, dzięki dwóm miejscom, przestawiam moją inspirację na świąteczny stół.
Na razie jeszcze nie pokazałam ale do całości, aby przełamać klimat dodam mnóstwo
dodatków w kolorze miętowym…

Do Marthy Stewart mi daleko, i daj boże trzymaj jak najdalej, ale przyznaję, że taki ‚stół’
ma klimat niesamowity i nawet Tata, który na ‚róże’ ma alergię podsumował, że ‚zaj….ście’, co wprawdzie jest  mało eleganckim określeniem ale jakże wymownym.

W poście występują:
Kule z Cottonballlights
Wszelkie naczynia w tym absolutnie przepiękna deska z Zpotrzebypiekna
Ciastka owsiano-czekoladowe z książki WhitePlate – Słodkie
Bolo z Klocka&Kredki

Na końcu ‚piękny’ konkurs.
I przepis.

CIASTKA OWSIANE Z CZEKOLADĄ [autorstwa WhitePlate]

230 g masła
250 g brązowego cukru [w oryginale jest 100g białego i 150g muscovado]
2 jajka
430 g mąki [w oryginale 200g owsianej i 230g pszennej]
100g płatków owsianych
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki cynamonu
1/4 łyżeczki soli
1 tabliczka mlecznej czekolady [w oryginale są jeszcze rodzynki ale ja fuuuuj…]

Masło utrzeć do puszystości. Dodać cukier, potem jajka.
Połączyć mąkę, płatki owsiane, proszek do pieczenia, cynamon, sól i dodać do masy maślanej.
Czekoladę drobno posiekać, dodać do całości.
Przy pomocy 2 łyżeczek układać ciasteczka w odległości ok 5 cm.
[ja robiłam rękami kulki, lekko spłaszczałam i widelcem odcisnęłam wzorek]
Piec w 150C z termoobiegiem przez ok 12-15 minut.
Ilość na 3 blachy.

Ciastka są PYSZNE! Kruche z zewnątrz i miękkie w środku.
Szczerze mówiąc to najpyszniejsze ciastka tego typu jakie jadłam.
A Bobek? Zajada aż się uszy trzęsą.
Wczoraj ciastko musiało iść spać razem z kapciami. 
To wielki zaszczyt!
A Tata? Tata zjada 4 na raz bo mówi, że mniej się nie opłaca…
POLECAMY!

KONKURS ‚Z POTRZEBY PIĘKNA’

1. Wyślij nam zdjęcie swojego wyjątkowego miejsca w domu… może to jest stary fotel? może fragment ukochanej kuchni? może kącik w pokoju dziecięcym a może szafka z książkami???
Albo poranny stół z dymiącą kawą? Albo niepościelone łóżko z ukochanymi poduchami?
Pokaż nam to co kochasz w swoim domu, co jest dla Ciebie piękne, wyjątkowe, zdobyte, wymyślone, 
a może wykonane własnoręcznie???
a może to wasze buty… jeden obok drugiego…
Pokaż nam swój skrawek PIĘKNA.
2. Zdjęcie wyślij na klocek.kredka@gmail.com do 5 kwietnia do godz. 20.00
[ważne! zdjęcie nie może przekraczać wymiarów: 800px na dłuższym boku i wagi 500kb]
3. Jedna osoba może wysłać jedno zdjęcie. Nie przyjmujemy kolaży.
4. Ogłoszenie wyników nastąpi 7 kwietnia ok godz. 20.00
5. Polub nas na FB, nie musisz ale tam podajemy wszelkie aktualizacje, no i tak czy siak zapraszamy :)
6. Udostępnij PLAKAT na FB, na blogu, na forach…

DO WYGRANIA:

I miejsce: 20 dowolnie wybranych kul Cotton Ball Lights + książka WhitePlate – Słodkie
II miejsce: 20 dowolnie wybranych kul Cotton Ball Lights
III miejsce: książka WhitePlate – Słodkie
NAJNOWSZE INSPIRACJE CBL TU –> KLIK 
WIĘCEJ INSPIRACJI CBL TU –> KLIK
KSIĄŻKA WHITE PLATE SŁODKIE TU –> KLIK





prefectumMOBILE

52 komentarzy



Nie tak dawno Matka Makówa pisała, że nie ma wózka idealnego.
Albo komfort albo lekkość i malutkie rozmiary parasolki.
I ma rację.
Jest jednak wózek, którego szukałam od urodzenia Bola.
A znalazłam niestety dopiero teraz. Niestety i na szczęście bo przed nami jeszcze miesiące a nawet lata wózkowania.

Wózek Easywalker June

Śmiem twierdzić, że to pojazd łączący wszystkie zalety ‚luksusowego tarana’ i lekkiej parasolki.
Jak to możliwe?

Easywalker jest mały ale nie maleńki. Na tyle mały, że bez problemu wjeżdża się nim do osiedlowych sklepików, stoi w kolejkach, wchodzi do apteki i porusza między półkami supermarketu.
Na tyle mały, że jak kurier przyniósł pudło to szoku doznałam, że mogę je sama, z łatwością podnieść a pudło było płaskie jak stół.
Na tyle mały, że stoi w przedpokoju i zajmuje mniej [!!!] miejsca niż nasza ukochana spacerówka PegPerrego.

Na tyle duży, że Bolo, który mierzy 88 cm, w grubym kombinezonie miśku, zakutany w śpiwór – nadal ma luzy i miejsce do swobody ruchu.
Czary!

Wózek zaprojektowany jest dla dzieci 0-4.
To jedyny, chyba, wózek na rynku do 4 roku życia.
Dla nas to bardzo ważne, bo choć wiem, że z wózka korzystać z czasem będziemy mniej i mniej i jestem zdania, że wózek to pomoc a nie główny atrybut spacerów, to przy naszym trybie podróżniczym jest on niezbędny i koniec kropka.
Często widzę 2-3 latki wciśnięte jak sardynki w maleńkie spacerówki, które przy nich wyglądają jak wózki dla lalek. Jest to ok dopóki mamy trasę piekarnia-dom. Gorzej gdy mamy do przejścia
całą Volterrę 😉

Pompowane koła. Takiej kombinacji jeszcze nie widziałam. 
Wiadomo, pompowane koła to komfort, nie tylko dla dziecka ale i dla prowadzącego.
Tu mamy koła z ‚jeepa’ zamontowane w zgrabnej, sportowej BMce.
Dla mnie ideał.

Dalej – siedzisko – obszerne, wygodne, ‚wyściełane’ na miękko. Jednym ruchem je kładziemy do pozycji leżącej – bezszelestnie!
Siedzisko możemy montować przodem [czego baaaardzo mi brakowało jak Bolo był młodszy] i tyłem. Jednym klikiem.
Buda – ach jaki tu mamy patent! Buda się całkowicie chowa za siedzenie gdy nie jest w użyciu. Nic nie wisi, nic się nie marszczy, nic nie opada. Po prostu jej nie widać!
Pięciopunktowe pasy, które z łatwością zmieniamy w 3-punktowe.

Składanie wózka? Jak parasolkę – klik i już.
W samochodzie, mimo kół [!!!] zajmuje tyle miejsca co blat popularnego stolika z Ikei, leży sobie i nie przeszkadza, niewielki, płaski kwadrat.
Rozkładanie? Z dzieckiem na ręku – żaden problem, szczerze, to nawet to prostsze niż mechanizm parasolki.

Montowanie wózka zajęło Tacie i Bolowi chwil parę.
Bolo zakochał się w mgnieniu oka w nowej furze a my nie mogliśmy się nadziwić jaką rewelacyjną formę ma ta bryka – jak mały quadzik…

Coś co, nie oszukujmy się, ma dla mnie wielkie znaczenie – wygląd.
Śliczny! Zgrabny, proporcjonalny. Skrojony perfect.
A do tego – czarne, szczotkowane aluminium? Ajjj, i to cała, calutka konstrukcja a nie fragmenty…

No a jak się prowadzi? 
Po przesiadce z parasolki było dziwnie. Bo wózek płynie.
Ma się wrażenie, że jedzie sam. Nie ma problemu żeby prowadzić go jedną ręką.
Chodniki? Jak po maśle.
Krawężniki? Łyka jednym podejściem bez wysiłku.
Zaspy śnieżne? Cyk, i przejechane.
Las, polna droga, bruk, żwir? Czuję je tylko pod butami, na wózku nic nie robi wrażenia.
Jest też idealnie wyważony, nie fika kozłów bo dziecko wstało, mimo, tylnego obciążenia, nie czuć ciężaru kilkukilogramowych siat przy ‚podjazdach’.

Ładowność? Można zobaczyć na zdjęciach – dzień jak co dzień…A ten wózek to przyjaciel Matki i jej przyziemnego żywota.

Wózek Easywalker June to świetny wybór na lata, kompromis bez strat.
A do tego świetny design. Co dzień spotykamy się z pytaniem – a co to za wózek?

Do wyboru są indywidualne zestawienia koloru ramy, bud i wkładek do siedziska. 
A co już zupełnie jest mega sprawą, to to, że wózek można testować za darmo, a sklep pokrywa koszty przesyłki. Nie ma już kupowania w ciemno, wg opinii ‚for’, pod wpływem ‚pani ze sklepu’


Podsumowując – ja swojego nie oddaję. Planuję z nim spędzić mega wakacje a na co dzień mieć przyjemność z użytkowania mądrych i bardzo estetycznych rozwiązań.
Polecam z pełną odpowiedzialnością.
I wiem, że z wózkami jest jak z autami, Ci co jeżdżą ‚niemcem’ psioczą na ‚amerykany’, Ci co wożą dupki ‚japońcami’ mają polewkę z ‚francuzów’.

Niezależnie czym się woziliśmy do tej pory – stawiam tezę, że Easywalker June to perfectumMOBILE.

Aha a wady?
Są jak zawsze. Ale są na tyle głupiutkie, że nie przyćmiewają ani na milimetr zalet.
– brak pompki [myślę, że tej klasy produkt powinien być w nią zaopatrzony, na szczęście działa każda pompka do roweru i do piłek]
– brak uchwytu na kubek – niby głupotka ALE – PegPerrego nas do tego przyzwyczaiło i każdy spacer to kawa na wynos… dobrze, że taki uchwyt można dokupić…
– niemożność zawieszenia siatek na rączkach – bo ‚trzymadło’ jest jedno – może to nie wada ale jak ktoś, niczym ja, używał parasolki jako transportera zakupów, musi nauczyć się nowych rozwiązań, są – tylko trzeba poszukać – co widać na zdjęciach.

Wózek Easywalker June kupić i przetestować można 
TU –> Hej June!
Poczytać więcej, sprawdzić wyróżnienia, obejrzeć filmiki 
TU –> BabyUniverse 


[oczywiście plan był na więcej zdjęć, w wiosennej aurze, w podróżach…choroba pokrzyżowała plany ale nic straconego, do Easywalker’a wrócimy…]













I dwa gadżety wózkowe bez, których żyć ja nie ‚umi’.

Torba SipHop – i na ramię i na wózek – nie jest to wór, a mega pojemna, świetny, graficzny design, zaczepy pasują na każdy wózek.
To nasza druga już. Do PegPerrego mieliśmy taką KLIK bo wózek był pomarańczowy i fajnie to wyglądało. Teraz wybraliśmy taką KLIK z którą i Tata na ramieniu się nie wstydzi…

Śpiworek JJ Cole Collections – o matko ile ja się naszukałam czegoś co się nie ściąga, nie spada, nie plącze. Ten jest piękny i zawsze na miejscu. Kolorystyka w mojej estetyce a futerko najmiziowe na świecie.
Na zdjęciach widać, że jedna część jest odpięta i mamy świetną, ciepłą wkładkę.
Tą funkcję wprost uwielbiam, gdy trzeba mam ciepły śpiwór, gdy jest cieplej, jesień, wiosna – mam przemiłą i śliczną wkładkę. Wystarczy odpiąć jeden, gruby [to ważne!!!taka rzecz a ułatwia życie] suwak.
Nasz śpiworek TU –> KLIK








ostatnie śniegi.

20 komentarzy

Siedzimy w domu.
I dostajemy pierdolca.
Dziecior czuje się dobrze więc nie kuma dlaczego nie możemy wyjść na spacer, na wycieczkę.
Urządza dramaty pod drzwiami, allahy i wyjce pod balkonem.
Bo śnieg przecież ‚kapkap’ pada, więc ‚Matka nie świruj, daj mi czapkę i lecim’
A Matka twarda. I Ojciec twardy.
Mimo to pękają powoli i ze łzami w oczach robią tysięczny raz ‚akuku’, setny raz czytają książki, układają wieże i budują stacje kosmiczne z klocków.
Rysują, świrują, mają dość.
Zdrowe, zamknięte dziecko to dramat. Rodzinny.
A ten śnieg ciągle, bezczelnie w Dzieciora oczach, kapkap robi, kusi i przypomina, że mamy przekichane.

Tak więc Matka z potrzeby chwili:
a. żeby Dzieciora ucieszyć, wychichrać, zmęczyć
b. wyżyć się trochę fotograficznie
c. zrobić coś głupiego, dla rozluźnienia
wymyśliła – śnieg kapkap w domu.
Ryż dmuchany i odkurzacz. Więcej nie trzeba.
No może Taty, który obieca, że to on odkurzy.

Ryż we włosach, w paluchach, w uchu…
Ryż potrafi się też cudem dostać do pieluchy.
I nawet Dziecior sobie podwieczorek sukcesywnie z suchego ryżu konsumował.
A ile śmiechotów? Milion.
Mnie brzuch bolał, Bolo odpał ryżowy miał, rzucał, tarzał się, jadł, znowu rzucał, przyklejał do nogi, z nogi zjadał, w misce mieszał zawzięcie a potem wsypywał na nowo.
Ryżem rzucał, w ryż dmuchał, w ryż się chował a Tata robił prawdziwe, śnieżne kapkap tyle, że na sucho i we własnym łóżku.
Ten Tata to nawet miał chwilę odlotu i sam wskoczył w górę ryżową, konsumując swój podwieczorek przy okazji, i tak tarzał się z Bolem dopóki się nie pokapował, że ryż ma w spodniach i to nie w nogawkach.
Najśmieszniej na świecie było, na stówę powtórzymy i polecamy, pół kilo ryżu – kilka złotych, to jedna z najtańszych zabaw świata!

A liski widzicie???
To moje cudowne odkrycie – niedawne.
Marka Little Green Radicals totalnie mnie kupiła.
Nie przepadam za ubraniami dla dzieci pełnymi naćkanych wzorków.
Ale tu jest inaczej. Te liski, te kolory, rozwiązanie graficzne? LOW!
Do tego jaka to bawełna!!! [mówią, że to 100 % bawełny organicznej certyfikowanej Fairtrade] ale mi to trochę lata – grunt, że jest gruba, bardzo mięsista, delikatna, ‚radykalnie’ miękka a do tego się zupełnie nie zniekształca. No i te liski… liski i borsuki same w sobie mieć musiałam. A jeszcze jak je widzę na tym swoim Kurduplu to serce me estetycznie bije mocniej.
No i łaty na łokciach…..

Little Green Radicals to też bluzy i kurtki. Afkorsik, że kupiłam, będę jeszcze pokazywać bo co warte uwagi – ceny wcale aż tak nie zwalają z nóg.
A teraz? Teraz w podlinkowanym niżej sklepie całą gamę Little Green Radicals można kupić w dobrej przecenie. Taka jakość za 30 – 59 zł [bluzki, bluzy] – 75 zł [wiosenna kurtka]? Ja im mówię: tak, dajcie więcej!

Nasze Liski Little Green Radicals TU –> Tuliluli – Liski i Borsuki
Nasza kurtka Little Green Radicals TU –> Tuliluli – Kurtka z kapturem
Nasza bluza Little Green Radicals TU –> Tuliluli – bluza jagodowo – beżowa

A Mamy dziewuszek, zerknijcie jeszcze TU –> Sowa i TU –> Drzewo

Spodnie, które ma na sobie Bolesław mamy już długo, pisaliśmy o nich TU –> KLIK



 


choroboUMILACZE.

10 komentarzy

Walczymy.
Wirula pokonaliśmy, niestety infekcja zeszła na oskrzela i zmieniła się w bakteryjną. Walczymy i się nie poddajemy choć na pyski padamy.
Chore dziecko to najsmutniejszy, najbardziej siekający serce widok.
Dziecko, które od rana do nocy ma tonę energii, pomysłów, chęci i uśmiechów, nagle zamienia się w swój cień, nie ma siły chodzić, nie ma siły jeść, uśmiecha się ledwo i rzadko a każde światło go razi.
Oczka cały czas półprzymknięte, coraz lżejsza waga, na zmianę blady i rozpalony.
Ta gaduła wieczna jedyne co powtarza w gorączce to ciche: ‚mama’.
Nic tak nie boli Matki jak bezradność, niemoc i to lecące przez ręce Małe.
Co pomaga? Bliskość Mamy i Taty, ich kojące ręce i spokojne głosy, które starają się nie pokazać jak bardzo się martwią, jak bardzo cierpią.
Pomaga też sen. I najlepiej byłoby gdyby taki chory Kurdupelek mógł spać non stop.
Ale czasami jest chwilowa poprawa, czasami pogorszenie, czasami już zwyczajnie nie da się spać i co wtedy?
Jak półtoraroczne dziecko utrzymać w łóżku?
Nie da się.
Ale można się starać.
I my tym staraniem odkryliśmy trochę fajności. Łóżkowych – lub blisko łóżka.
I życzymy wszystkim aby je sami odkryli tyle, że w innych okolicznościach.

Dziś bez zdjęć Małego bo wcale nie chcę aby miał pamiątki z takich ciężkich dni.

Niedawno aktualizowałam naszą Biblioteczkę – a choroba spowodowała, że poszerzyła się ona znacząco.
Bo nie ma NIC lepszego niż czytanie książek w łóżku.
I u nas nagle okazało się, że książki czekające ‚na później’ zupełnie niepotrzebnie czekały!
Nie doceniłam Bola i zdolności i gotowości do słuchania dłuższych bajek z bardziej rozwiniętą fabułą niż zdanie na stronę, książek bez śmiesznotek, bez okienek, bez bajerów.
Ot, książka – tekst i ilustracja tworzące opowieść ‚na dłużej’.
Nie spodziewałam się, że to ‚już!’ i z radością przyjęłam ten fakt. 
I mimo, że nadal czytamy tą samą książkę po 4 razy 4 razy dziennie to ta książka ma stron dwadzieścia parę, ma historię wciągającą, ma tekstu akurat do spokojnego, łóżkowego czytania bez przewracania w szaleńczym tempie stron.

Pierwsza – ‚Gdzie jest moja czapeczka?’ wyd. Dwie Siostry.
Niedługa, przeurocza, i zadziornie przekorna.
Miś gubi swoją czapeczkę, chodzi i pyta czy ktoś jej nie widział.
Pyta też zająca, który ma ową czapeczkę na głowie, jednak miś tego nie zauważa a zając kłamie w żywe oczy.
Nie powiem jak się kończy ale to bardzo życiowa, edukacyjna książka.
A ilustracje? O rany, wiecie, że kocham taki minimalizm, oszczędność kolorów, dbanie o szczegóły bez ich natłoku.
Taka właśnie jest ta książka. Twarda okładka, pięknie wydana, spory rozmiar.
Cudowna do łóżkowych czytań przy choróbskach i przy zdrowiu. Dziecko świetnie kuma sens, fabułę i pewne… napięcie.
Polecamy Klockowo na 100%!
Gdzie jest moja Czapeczka TU –> Suspens dla najmłodszych.

Drugi hit ‚upgrade’owanego czytania to seria ‚Kacper’.
Być może kojarzycie bohatera z bajek z JimJam.
Bolo go nie lubi. Nie wiem czy wynika to z kiepsko podłożonych, mało sympatycznych głosów, czy dlatego, że bajka jest do bólu anemiczna…
Jednak inna sprawa się ma z książkami o Kacprze.
To była miłość od pierwszego czytania.
Tekst jest tak akurat, ciut, ciut przytrudny dla Bola, na tyle to ciuciut działa, że słucha jak zahipnotyzowany.
Rozumie całość, ma ukochane fragmenty.
Ilustracje – proste, delikatne, ciepłe.
Świetnie obrazują ten ‚dłuższy’ tekst. Bez niepotrzebnych popierdółek.
Kupiliśmy Bolowi najpierw dwie książki o Kacprze, w czasie choroby dokupiliśmy kolejne dwie, niestety więcej nie ma.
To są już prawdziwe opowieści, z rozwiniętym wątkiem, z elementami zwrotu akcji…
I nam, dorosłym sprawia ich czytanie radość, przyjemność słuchanie.
Opowiem o jednej, wykochanej do granic możliwości ale polecamy wszystkie bo słowo daję, kup jednego Kacpra a pożałujesz 😉

Kacper – Pudło z zabawkami.
Kacper robi porządki w swoim pudle z zabawkami bo ktoś wygryzł w nim dziurę.
Kacper ma tylko sześć zabawek. Te sześć zabawek to ogromny przedmiot pożądania Bola.
Liczy je razem z Kacprem i prosi Mamę: dajdaj.
W każdym bądź razie stan pudła się nie zgadza.
A nocą, jednak z ulubionych zabawek zaczyna uciekać. Skarpetek [musieliśmy zrobić Skarpetka Bolowego bo gotowy był wydłubać palcem tego Kacprowego prosto z kartki…]
Kacper trochę się boi, chowa się za swoją Dużą Sowę. Ojjj…. tą Sowę to też Bolo by taaaaak baaaaaardzo chciał – Mama.Dajdaj.
Okazuje się, że w Skarpetku schowana jest myszka i to ona i jej mąż wygryźli dziurę w pudle.
Kacper i myszy dochodzą do porozumienia i wszystko byłoby ok gdyby wkrótce nie pojawiły się …. myszkowe dzieci!
Polecamy mega bardzo. Aż dziw, że o tych książkach jest tak cicho…
Twarda okładka, śliczne, delikatne wydanie.
Seria z Kacprem TU –> Kacperkowe Opowieści

I na koniec nieksiążkowo.
Walizki.
Bolo dzień w dzień chce iść na ‚wycieczkę’.
Tak nazywaliśmy każde wyjście na obiad, do Dziadka, do sali zabaw, na plac zabaw bez wózka…
Chory Bolo nadal chciał chodzić na wycieczki i wpadał w płaczliwy stan co kroiło serce jeszcze mocniej.
I wymyśliłam, że przecież możemy mieć wycieczki w domu!
I tak Bolo albo w łóżku albo przy lepszym samopoczuciu, na dywanie – pakuje walizki i idziemy do innych pokoi na wycieczki.
Jak można zaobserwować pakowanie się proste nie jest, wymaga przemyślenia co na wycieczkę zabrać należy.
Oprócz tego, że te walizki fajnie wyglądają w dziecięcym pokoju, są świetne do przechowywania różności.
Super alternatywa dla koszy i pudełek.
A do tego genialnie stabilizują chód dziecka. Mamy je już dość długo, na początku pomagały utrzymać Bolowi równowagę przy chodzeniu, teraz z nimi balansuje.
To jeden z takich zakupów: ‚nawet nie pomyślałam, że to może….’ bo Bola wyobraźnia walizkowa nie ma granic.
Polecamy na długie, twórcze zabawy i szybkie i ładne sprzątanie.
Komplet walizek TU –> W siną dal…
Bolo z walizkami TU –> I tyle go widzieli….

A na koniec – brzydactwo, badziewka jakaś z osiedlowego sklepu. Kupiłam na szybko bo biegłam do Chorutka.
Tito.
Ten osobnik został ochrzczony imieniem Tito – przez Bola.
Ameryki nie odkrywam ale Tito pełni wszelkie niemiłe dziecku funkcje. 
Bolo nie chce zupy – Tito zje.
Bolo nie chce inhalacji – Tito się poinhaluje.
Bolo boi się Pani Doktor – Tito da się zbadać pierwszy.
Bolo nie chcę iść spać – Tito pójdzie pierwszy.
Bolo boi się psikania do gardła – to nic, Tito weźmie przed dawkę…
Proste, stare, skuteczne.
Kluczowe było, że Tito pojawił się u nas razem z chorobą.

A my dziękujemy za setki wiadomości na blogu, na FB, na pw, w mailach z życzeniami zdrowia i ciepłymi, serdecznymi słowami. Tyle dobrych myśli frunie do nas… przecież musi nam się udać!

To jeszcze na drugi koniec.
Książka kupiona za późno bo zdecydowanie dla młodszych dzieci. Jako książka.
Jako ‚zabawa’ idealna od 1 do 99.
No słowo Wam daję, że czy gorączka u dziecka czy totalne zmęczenie u dorosłego – 
MUSISZ SIĘ UŚMIECHNĄĆ!
Bardzo polecamy – W Dżungli TU –> Do chichrania