subskrybcja: Posty | Komentarze

Tata! Daj mi na teatr!

40 komentarzy


Teatr jako jedyny jest syntezą wszystkich sztuk tworzących kulturę. [Temida Stankiewicz-Podhorecka]

Jak to jest z tym teatrem? 
W szkole to często przykry obowiązek, lub też, ratunek od klasówki.
Potem przechodzimy przez fazę: ‚jestem młodym człowiekiem kultury i sztuki, pójdę na spektakl o Morrisonie albo o schizofrenii’. 
[Moją mekką w latach nasto była Stara Prochownia, teatr wystawiający sztuki o wątpliwej wartości artystycznej, które, wtedy, przemawiały do mnie pełną mocą. Przypominam, że byłam ciężko [jestem?] zbuntowaną osobą i pan aktor tarzający się w roztopionych świecach na scenie robił na mnie pożądane wrażenie. Co się dzieje ze Starą Prochownią teraz? Przykro mi stwierdzić ale nie mam pojęcia, moje ‚pojęcie’ oscyluje gdzieś bliżej nowej kolekcji jakiejś sieciówki niż tego, co obecnie jest grane na deskach teatrów w Warszawie. Czerwona lampka!]

Potem? Potem są studia. Do teatru chodzimy na eventy, na wydarzenia, albo z okazji takiej oto, że Kuba Wojewódzki też jest aktorem teatralnym. Ewentualnie wtedy gdy, gdzieś coś występuje Pani o prawie, prawie gołym biuście.
A jeszcze potem? Jeszcze potem jest praca. Rodzina. Czasu na film w domu nie ma!
Do teatru chodzimy raz na 3 lata, może rzadziej, i tylko wtedy, gdy ktoś nam wręczy zaproszenia albo kogoś ze znajomych olśni, że ‚bożeeee, jak ja dawno nie byłam w teatrze!’.
Ubieramy się wtedy ‚elęgancko’ i spędzamy czarowny wieczór, przy sprzyjających warunkach, kończący się jednym kieliszkiem dobrego wina za dużo. 
Stajemy się mocno uduchowieni, nagle czujemy, że jesteśmy nieziemsko opiniotwórczy, prowadzimy leniwe, rozległe, intelektualne rozmowy. I znowu nie idziemy do teatru przez kolejne 5 lat.

My poszliśmy. Z Bolem. Na spektakl dla dzieci. Dla dzieci 1-4.
Co to za pomysł w ogóle? Większość mam, z którymi rozmawiałam mówiły, że ‚w życiu!’, że ‚nie usiedzi!’, że ‚wstydu narobi’, że ‚umorduje’…
Przyznaję. Nie wiedziałam na co się piszemy. Ale ja z tych, które jak nie spróbują to wypowiadać się nie będą. Przynajmniej nie na amen.

Teatr Małego Widza. Niedziela. Godzina 10.00 rano. ‚For mła’, zdecydowanie za wcześnie na ukulturalnianie.
Upał. 
Umówieni jesteśmy z dwoma dwulatkowymi rodzinami .
Wchodzimy. Przyjemnie. Piwnica. Chłodno. Klimatycznie.
Przed spektaklem przygotowane kątki dla dzieci z kredkami, klockami, książkami. Fajnie.
Czuć napięcie. Nigdzie, ale to nigdzie nie czuć ‚tego’ napięcia tak intensywnie przed wejściem na salę, jak właśnie w teatrze. Teraz też tak było. Dzieciorzyźnie się udzieliło. W końcu to najprawdziwszy teatr, może dla totalnych Kurdupli ale nadal! To nie zajęcia w klubiku, to nie warsztaty w klubokawiarni. Małe to czują.

Sala nieduża. Scena biała. Na scenie ‚biała Pani’. Nie ma miejsc, nie ma krzeseł. Halo! Ktoś tu naprawdę pomyślał o docelowych widzach! Są podesty, poduchy. Nikt nikomu nie zasłania. Mali widzowie mogą leżeć, mogą ciągnąc cycka, mogą zwisać z kolan taty.
I co najważniejsze – mogą głośno wyrażać swoje emocje. Czego nie omieszkają robić…
Czego nie wolno? Nie wolno wchodzić na scenę dopóki się ich o to nie poprosi. I nie wypada jeść. 
W końcu to teatr.

‚Kurtyna w górę’. Biała Pani zaczęła robić wygibasy, mówić śmieszne, dźwiękonaśladowcze słowa.
Po 3 sekundach zamarcia połowa widowni, docelowej była gotowa do niej dołączyć.
Tu pierwsza piękna lekcja. Nie wolno. I koniec.
Bolo po 3 minutach stwierdził, że ‚on też chce, ale na zakaz zareagował jednym stęknięciem. Zwyczajnie to co działo się na scenie, nie pozwoliło mu koncentrować się na żadnym jęczybuleniu.
Totalnie przępiękną sprawą był fakt, że obecne dzieci, w wieku 1-4, miały ogromne poczucie humoru, z tym, że każde śmiało się w innym momencie, w zależności od rozwoju. LOW!

Co parę minut na scenę wpadał jakiś desantowiec, migiem ściągany przez rodzica.
Bolo przyjął taktykę ‚ruch posuwisty na tyłku jest mało zauważalny ale pozwoli mi na osiągnięcie celu, czyli dotarcie do tej konewki z wodą…’
Zgarnęłam delikwenta i obiecałam, że po spektaklu będzie mógł tę konewkę ponosić.
Zrozumiał. Zaufał.
Bo Proszę Państwa, po ‚sztuce’, mali widzowie zapraszani są na scenę i mogą wszystko [prawie] pomacać, łącznie z Białą Panią. LOW!

Sztuka trwa ok 30 minut. Ja miałam wrażenie, że jednak bliżej 20 minut. Miałam niedosyt, jako dorosły.
Sądzę jednak, że twórcy dobrze przemyśleli ten aspekt i być może, każde kolejne 5 minut byłoby coraz bardziej frustrujące dla tak małych ludzi, którzy właśnie przeżywają bombardowanie zmysłów i emocji.
Zabawa na scenie to ok. 15 minut. Ogólnie w teatrze spędziliśmy niecałą godzinę.

Spektaklu opowiadać nie będę. Zobaczycie na zdjęciach a poza tym, jeśli się wybierzecie, to całkiem odbiorę Wam element podniecenia.
Ale warto. Ogromnie warto!
To pierwszy kontakt z tego rodzaju sztuką. 
To wiele nauk, pozytywnych wrażeń, ogromnych emocji i ferii doświadczeń. 

Ostatnio, przed snem, po czytaniu, Bolo prosi żebym opowiadała bajki, w których główną postacią jest ‚Grucha’. Grucha przeżywa dokładnie te same przygody co Bolo. Do hitów należą: urodziny, wyjazd na basen, szukanie szyszek dla wiewiórki, gra w ‚gole’ z Wujkiem i właśnie teatr. Właściwie to teatr jest nr 1.

Teraz trochę dziegciu. To droga impreza. Opiekunowie płacą tyle samo co dzieci. Wyjście we troje to 120 zł. Przy dwójce dzieci i obojgu rodziców – 160 zł. To sporo jak za godzinę atrakcji.
Nadal jednak uważam, że warto, tym bardziej, że całość odbywa się na Starówce więc ‚po teatrze’ idziemy na obowiązkowe lody i spacer i tym sposobem spędzamy naprawdę wyjątkowe przedpołudnie. 
A Dzieciorzyzna pada nam na drzemkę w sekund dwie. Warto.

Byliśmy na spektaklu ‚Rozplatanie tęczy’. Starszliwie zabrakło mi jakiegoś ‚chlapnięcia’ farbą na zawieszoną białą dekorację. Być może brak tego elementu wiąże się z aspektami bezpieczeństwa, chlapnie taka farba w oko roczniaka i afera gotowa… Jednak straszliwie mi brakowało choćby tyci ‚chlapnięcia’ noo..

Pani przez cały spektakl nie posługuje się ‚normalnym’ językiem. Mnóstwo ‚tuptup, bumbum, bimbom, bach, kuku’ itd. I tak jak dla mojego dziecka – czad – tak dla tych na wyższym poziomie językowym może to być mała zagwozdka. Rozpiętość wiekowa 1-4 jest na tyle duża, że roczniak a dwulatek to już ogromna przepaść, a dwulatek a cztero? Na obronę napisze jednak, że ta sprawa też jest prawdopodobnie super pomyślana. Bo mimo wszystko ten sposób komunikacji jest czytelny dla wieku każdego, nawet po 30tce, a spełnia funkcję bardzo ważną – niesamowicie koncentruje uwagę.

Nieodłącznym elementem teatru jest publiczność, pełni bardzo ważną rolę w spektaklu. Bez niej nie ma teatru. Teatr tworzy się dopiero w relacji sceny z widownią, w przytomności widza.  
[Temida Stankiewicz-Podhorecka]

Poniżej przedstawiam opinie dwóch mam. Kasi – Mamy Jaśka, prawie dwulatka [22mies]. 
Oraz Magdy – Mamy Mili, ‚ponaddwulatki’ [27mies.]
Moją, Agi – Mamy Bola, dwulatka [24mies.] już znacie.

Całą, a nawet większa ekipą wybieramy się ponownie. Może tym razem coś dla słuchu? Albo dotyku?
Serio, serio, wczytajcie się w repertuar. 
Może zaszczepimy fajnego bakcyla przyszłym ‚człowiekom’ tego świata, a jeśli nie, to chociaż nie będziemy ględzić: ‚bożeee jak ja dawno nie byłam w teatrze’ 😉

Teatr Małego Widza Spektakle

 
Opinia Magdy, Mamy Mili:
Nasze wrażenia (dalekie od obiektywnej opinii), wyrażane oczywiście przez pryzmat i potrzeby „osobistego” Dwulatka.
Wielki plus za inicjatywę – możliwość wprowadzenia Malucha w magiczną przestrzeń teatru. Bez stresu, że jego reakcje (te na plus, bądź minus – brrr) nie będą zaskoczeniem dla współoglądających, bo tutaj wszyscy jadą na tym samym, nieprzewidywalnym, wózku – dla mnie WOW!
Dla mojej Dwulatki (trochę już doświadczonej w „normalnym” teatrze, gdzie dominuje słowo i muzyka), tematyka nieco za… dziecinna 🙂 Mila przez 20 minut patrzyła z niedowierzaniem na Panią Aktorkę, która grała małe dziecko – „Ta Pani nie umie mówić…?” (potem poszła osobiście się przekonać, czy Pani oby nic nie dolega i można się z nią po ludzku dogadać – odetchnęła z ulgą!). Chyba nie do końca kupiła ideę teatru pantomimy 😉 Dobrze, że za rogiem były Prawdziwe, zupełnie Normalne i Dorosłe lody – wszyscy się usmarowali i byli przeszczęśliwi 🙂

Opinia Kasi, Mamy Jaśka:
Od razu po wyjściu miałam mieszane uczucia. Za tą cenę biletu spodziewałam się czegoś więcej. Zaczęłam jednak zastanawiać się z punktu widzenia Jaśka. I dla niego to było super trwało tyle ile mógł wysiedzieć. Sztuka zawierała elementy dokładnie trafiające w zainteresowania dwulatka. Ale ale. Na sali były dzieci w różnym wieku i można powiedzieć, że każda grupa wiekowa śmiała się w innym momencie, czyli spektakl był tak pomyślany aby był dla wszystkich maluchów. Chętnie zabiorę Jaśnie Jana na inne ich przedstawienia.


a dupa.

73 komentarze


Na wstępie już zaznaczam, że można zacierać ręce i cieszyć się, że i Kredce nie wszystko się udaje a w dodatku jak już nie wychodzi to po na całej linii…

A było tak.
Jeden z wieczorów. Przeglądam blogi. Przeczytałam recenzję cudnego miejsca [ KLIK ] na fajnym blogu TasteAway. Kazimierz Dolny. Pomysł na weekend. Pięknie, wygodnie i pysznie.
Dwa słowa z Tatą Bola – decyzja – jedziemy. Za minut 10 rezerwacja zrobiona.
Toż przecież trąbię wszem i wobec, że spontan to super sprawa, że Bolo podróżnik zagorzały, że my takiego nosa mamy…
I tak zaczęła się rzeźna a ja nigdy nie byłam w większym błędzie…

Wyjechaliśmy tuż po drzemce. W super nastrojach, podśpiewując autorską piosenkę, że jedziemy na wycieczkę, bierzemy Bola w teczkę.
Bobek jak zawsze nakręcony, szczęśliwy, pomaga pakować, nosić do auta. 
‚Tata! Lalallaaa!’ – włącz muzę Tata i śmigamy, jak zawsze…

A dupa jak zawsze.
Ledwo wyjechaliśmy z Wawy, moje podróżnicze, kochające jazdę dziecko zaczęło leciutko świrować. Daj to, nie, daj tamto, pić, jeść, nie pić, nie to pić, baw się, śpiewaj, tańcz kaczką, nie, teraz tańcz pingwinem…
Nigdy tak nie było. Bolo wsiadał, jechał i podśpiewywał…
Po 20 minutach już byłam zmęczona i czułam, że jeszcze raz przeprowadzimy zabawę ‚pukpuk – kto tam?’ i tu Matka wymienia tonę zwierząt choć i tak wiadomo, że zawsze to kaczka przychodzi… czułam, że albo się poryczę albo będę krzyczeć. Bez sensu. 
Ale Jęczybuła nie odpuszczała, uatrakcyjniła grę, bo wcale tym razem nie przyszła kaczka tylko gąska. 
A kaczka szła tuż za nią… <ściana>

Trasa – koszmar. Nasz ukochany śmigacz z obniżonym, twardym zawieszeniem siekał mi nerki i kręgosłup.
[bo fotele kubełkowe, Proszę Państwa, są z przodu a nie tam gdzie siedzą dzieci, zwierzęta i cały plebs czyli z tyłu, na Boga..]
Dziura na dziurze, koleiny, rowy, wąsko, ciasno, cała masa traktorków i innych udupiaczy podróży.
Ja zirytowana to i Bobek wnerwiony, on wnerwiony, żona marudząca, to i Ojciec wnerwiony. 
W aucie jedna wielka bomba czekająca na wybuch. Kłótnia i krzyki wisiały w powietrzu.

Ale przecież my podróże kochamy. Zaraz dojedziemy, będzie nowe miejsce, nowe emocje, nowi ludzie… Będzie super przecież!
Wjechaliśmy do Kazimierza. Tknęło mnie, że jest jakoś inaczej niż pamiętam… 
Ale, ale, fochy na bok.
Hotel.

Największa porażka moich wyborów od czasów urodzenia się Bolka.
I proszę pamiętajcie – to moja subiektywna, wnerwiona, umordowana opinia.
I cokolwiek napiszę dalej – hotel nic a nic nie zawinił.
Zawiniła moja [nie]zdolność oceny potencjalnej sytuacji.

A sytuacja była taka. Maleńki hotelik. Wszystko skupione, zero przestrzeni. Przemiła obsługa.
Pyszne jedzenie. Pięknie urządzony. Klimat i wypas. Mały basen.
Dla nas tragedia.
Bolo dostał joba. Ale o tym za chwilę.

Pani zaprowadziła nas do przygotowanego pokoju. Na piętrze. Pokój piękny. W pokoju … wanna…
Marzenie. Dla pary.
Zapaliła mi się żarówka w główce – a co będzie wieczorem? Bolo pójdzie spać ok 21 i co dalej? Będziemy leżeć obok niego? 
Przecież nie zostawię 2 latka w pokoju w obcym miejscu chociażby żeby zejść na kawę.
Może zostać jedno z nas, a potem zamiana. No piękne spędzenie wieczoru razem…
I pytam Panią, może coś z balkonem, z tarasem – bo ja, tłumok, nie sprawdziłam czy w ogóle taka opcja jest.
No więc nie ma. Możemy dostać pokój wychodzący bezpośrednio na ogród. Tak, bierzemy.
To była jedyna słuszna decyzja tego dnia.
Niestety pokój nie był już tak piękny, był raczej mocno brzydki, śmierdział wilgocią, miał łazienkę z drzwiami ‚na abyaby’ 30 cm od łóżka. Gdy ktoś spuszczał wodę na górze, my o tym doskonale wiedzieliśmy…
Hotel ma 4 gwiazdki, myślę, że ten pokój nie wchodzi w skład oceny…

Ale zaznaczam. Wybór był nasz. Wybraliśmy jako taką wolność wieczorem w zamian za wystrój i wygody.

Zaczęliśmy od basenu. Było już dość późno a Bolo miał obiecane pływanie. Szykował się na nie pół dnia, sam pakował rynsztunek, który zresztą bez dwóch zdań założył [mimo, że tłumaczyliśmy, że nie trzeba wszystkiego na raz..] i pomaszerował do wody. Ta godzina spędzona na basenie, z Bobkiem z rozkosznie  wykrzywioną okularami twarzą, w  [za]wielkich motylkach, w ‚butach do pływania’ to był jedyny promyk całego wyjazdu. Było przesuper. Ale. Ale woda była lodowata. Ale nie było płytkiego zejścia dla dziecka.
W ogóle nic nie było dla dziecka bo przestrzeni też żadnej nie było.
Ot, proste, nie robione z myślą o dzieciach – kumasz Kredka???
Zakumałam. Za późno. Bo potem było tylko gorzej.

Obiad. TasteAway zachwala u siebie dania. Zamówiłam dokładnie to co polecali. Pierogi z boczniakiem i orzechami i zalewajkę. I co? 
Nie mam pojęcia jak to wszystko smakowało. Nie pamiętam, że jadłam.
Bo Dwulatek postanowił rozwinąć dwulatkowe skrzydła i odstawić taką manianę jakiej nigdy jeszcze nie doznaliśmy.
Walił sztućcami w metalowy stół, ściągał ze stołu co się dało, klinował się w krześle, uderzał krzesłem o stół, ciągnął, szurał, stukał, biegał, zaczepiał, a co najgorsze – nie mówił, a ciągle krzyczał!

Tu dwa słowa o naszych przekonaniach. Oboje, z Tatą Bola uważamy, że wcale a wcale nie jest tak, że dziecku wszystko i wszędzie wolno. Nie należę do tych oburzonych mam, które twierdzą, że dziecko ma swoje prawa [ bo ma ale jak wszystko i te prawa mają swoje granice ] i wolno mu krzyczeć np. w restauracji. Nie. Wręcz przeciwnie. Są miejsca do tego przeznaczone, gdzie reszta gości musi się z tym liczyć, że będzie głośno, będzie harmider, że po prostu będą dzieci. Są tez miejsca z założenia ‚dziciorofree’ i Panie, dzięki Ci za nie… Szanujmy je i respektujmy…
Bo i ja, gdy idę z Tatą Bola na kolację nie chcę aby w tym czasie jakiś Kurdupel biegał obok naszego stołu, aby krzyczał, aby płakał, aby zawracał wszystkim gitarę. 
Nie tylko dzieciom mnóstwo się należy ale i dorosłym też. Chociaż kapeczka. W tym czas bez ‚nich’.
Do tej pory było tak, że nawet jeśli zabieraliśmy Bola w jakieś bardziej ‚dorosłe’ miejsce to chłopina kumał bazę, a my pękaliśmy z dumy i łechtaliśmy własne ego – ach jak my go fajnie nauczyliśmy, ach jak on super rozumie, och jak potrafi się zachować…
A dupa. Tu nie potrafił a raczej pokazał się wszystkim jako rozwydrzony dzieciak, którego sama bym nie lubiła gdyby nie był mój. I widziałam siebie, taką jak te inne osoby, siedzącą z boku i rzucającą samej sobie piorunujące spojrzenia. Prawie słyszałam jak głośno krytykuję… tyle, że samą siebie i swoje dziecko.
Ewentualnie byłoby mi, samej siebie, żal…
Było nam wstyd. Było nam źle. Wiedzieliśmy, że przeszkadzamy. 
Wiedzieliśmy, że komuś psujemy randkę, rocznicę, urlop…
To nie było z naszej strony w porządku. 

I tak, aby zminimalizować te szkody, stawaliśmy na głowie aby tego Jazgota ujarzmić.
I znowu. A dupa…
Im bardziej się staraliśmy tym jazda była większa.
Poszedł do kelnera i sam zamówił lody. Ok. Na lody czekaliśmy godzinę [tu mały minus, bo tak jak rozumiem, że piękne dania slowfood wymagają długich przygotowań tak nałożenie dwóch gałek lodów do pucharka i wrzucenie na nie trzech malin nie musi chyba trwać 60 minut…]
Jak opisać co się działo przez tę godzinę?
Hałas, wrzaski, walenie czym i o co popadnie, wymyślanie głupot typu, że wejdzie do cudzego auta, że będzie siedział na cudzych rowerach, że zaprowadzi Pana Kelnera ‚na basen’, żeby się z nim bawił…
Koszmar… Ludzie starali się odsunąć od nas jak najdalej [nie dziwię się!] ale się nie udawało.
Ten huragan był wszędzie! A my, jak te młotki, lataliśmy za nim, tłumaczyliśmy, pokazywaliśmy, wymyślaliśmy zajęcia… Co jakiś czas chowaliśmy twarz w ramię i bezgłośnie acz siarczyście klęliśmy. 

Nadal jednak wierzyliśmy, że to chwilowe, że wszystko będzie jak zawsze, czyli fajnie, na luzie z bananami na twarzach.
Wybraliśmy się na spacer. 
Ciasno, tłoczno, uliczki zawalone samochodami, rowerami, brudno. Śmierdzi.
Cała chmara ‚artystów’ zaczepiających nas: daj na kiełbasę, daj na herbatę, daj na fajka, daj na piwo…
[w Wawie, nie zdarzyło mi się jeszcze żeby menel zaczepił o cokolwiek gdy byłam z dzieckiem…]
Ok, byle wyjść z rynku, byle wyjść z tłumu, dojdziemy do Wisły, będzie zachód słońca, trawa, woda, cud miód…
A dupa.
Spacer polegał na gonieniu rozszalałego Bola, który jakby usilnie starał się zrobić sobie krzywdę. 
Nie pamiętam nic ze spaceru oprócz dziur, murów, skarp, samochodów, psów i leżących pijanych ludzi.

Wróciliśmy. Bolo się słaniał ze zmęczenia. My też. Godzina 21. Poszedł spać.
Tu okazało się, że serio dzięki bogu wzięliśmy ten paskudny pokój, bo zostawiliśmy otwarte do niego drzwi a sami zasiedliśmy na zewnątrz. Kawa. Sernik. Szarlotka. Pyszne! Pierwszy świadomy smak od rana…
Ale byliśmy tak zmordowani, że ani na chwilę nie czuliśmy żadnego ‚klimatu’. Intuicja podpowiadała mi żeby zapakować śpiocha do auta i wracać. Jednak pomysł wydawał się na tyle głupawy, że dałam się przekonać Tacie Wiecznemu Optymiście, że ‚jutro’ już będzie dobrze…
[pozor! po to, Babo, masz intuicję żeby z niej korzystać! – to notka do mnie gdy znowu dostanę amnezji i wpadnę na pomysł, że na Kaukazie, w listopadzie może być fajnie…]

Noc. Chłopaki spali. Ja nie. Budzili mnie wszyscy wracający z knajp goście. Nie byli specjalnie głośni ale słychać było każde słowo, każdy ‚zdejmowany but’. W dodatku ta toaleta tuż przy łóżku z niedomykającymi się drzwiami i co 2 minuty spuszczana woda…

Bolo wstał o 6.30. Nasz dramat się ciągnął. Bo weź tu człowieku utrzymaj Kurdupla w czterech ścianach jak jest ‚na wycieczce’… Z drugiej strony pora straszna, ludzie mają urlopy, wczasy – chcą się wyspać! 
A ten lata po ogrodzie, drze się, woła nas tak jakbyśmy byli sto metrów a nie 3 cm od niego…
Śniadanie od 8. Byle dotrzymać i polecimy na spacer, wybiega się, innym damy spokój.
Zanim nastała ósma ja byłam bliska płaczu a Tata Bola bliski stwierdzenia, że ‚opuszcza to pomieszczenie’…
Sytuacja z obiadu powtórzyła się ze dwojoną siłą… Nawet nie mam słów by to opisać. Nie wiem co jadałam. Chyba jajecznicę…
Po śniadaniu szybka decyzja. Spadamy. Zmywamy się w trybie ASAP! Nie wytrzymamy ani chwilki dłużej.
Niech już ten koszmar się kończy. Szczęśliwie Tata Bola znalazł trasę alternatywną, wprawdzie dłuższą ale nie wybijającą mi nerek a Bolo zapięty w swoim brumie zaczął wracać do normy…
Żadne z nas, łącznie z Małym, nie cieszyło się jeszcze tak mocno z powrotu do domu.

Podsumowując. Dałam dupy.
Wszystko było pomyślane źle a raczej niepomyślane.
Spontan tak, ale nie z Dwulatkiem.
Miejsce tak ale na randkę, na rocznicę, na ‚sztukę wypoczynku’.
Tym samym przepraszamy wszystkich, którym tę sztukę zamieniliśmy w sztukę przetrwania i dziękujemy, że nikt nam wprost nie zwrócił uwagi… może dlatego, że naprawdę się staraliśmy.
Kazimierz – paskudny. Nudny. Brudny. Ciasny. Brzydki. 
Kolejne błędy – nie w sezonie. Nie na weekend. Nie do kamaralnego, klimatycznego miejsca. 
Jak mantrę powtórzę – nie  z Dwulatkiem. 
Nie pchać się z Nim tam, gdzie z założenia ma być spokój, cisza, relaks. Bo raz, że innym, którzy przecież do tego odpoczynku mają prawo, psujemy pobyt, dwa, psujemy go sobie wiecznym upominaniem, pilnowaniem, i poczuciem, że się przeszkadza…
I jeszcze złota myśl – Kredko – możesz myśleć, że z reguły nie doceniasz Dzieciora więc jak zawsze wszystko się fajnie uda – a dupa. Tym razem go przeceniłaś. I to nie jego wina a twoja.
Nie wina hotelu. Nawet nie wina miasta. Błąd wyboru. Błąd oceny.
Bo wynudzone, trzymane non stop w ryzach dziecko, szczególnie tak mobilne i ciekawe świata jak Dwójkowicz prędzej,czy później dostanie w takim miejscu kociokwiku a Ty razem z nim.
I co z tego, że ‚Bolo zawsze tak pięknie podróżuje, tak fajnie się zachowuje, taki z niego czaruś, tyle rozumie…’
A dupa. 
Jak widać nie zawsze.

[ A dziś byliśmy w teatrze. My i jeszcze dwójka dwulatkowców. Ale o tym opowiem za dni niewiele…]



OQO na TAKO.

21 komentarzy

Oqo na Tako mieliśmy już dawno.
Prawie rok temu kupiłam pierwsze książki z tej kolekcji, które mnie zachwyciły. Nie. 
Raczej rzuciły na kolana.
Można o nich poczytać TU – KLIK
Wtedy Bolo zauroczony ilustracjami i moimi ‚malutkimi’ historyjkami ‚czytał’ je namiętnie na dywanie.
OQO poszło do szafy. Na potem.
Potem nadeszło.
Jak pisałam już kilka razy, czytamy, czytamy, pełne, mądre, piękne książki CZYTAMY.

[Dostałam od Was tonę komentarzy, maili i pw apropos Bolka ‚czytelnictwa’ – chcę Was zapewnić, że każde dziecko jest inne i każde jest tak samo idealne 🙂 Pewne natomiast jest to, że jeśli dom wypełniony jest książkami, dziecko widzi nasze ‚do nich’ uczucia, chłonie nasze emocje to prędzej czy później przesiąknie tą miłością. Jestem jednak zdania, że jednym z kluczy jest odpowiedni dobór ‚lektury’, nie tylko do wieku ale i do naszych gustów. ‚Bylejakości’ nie znoszę i takiej pozycji z pewnością nie czytałabym z bijącym sercem. Ale jeśli biorę do ręki literackie dzieło sztuki to moje wypieki, westchnienia i zachwyt udzielą się Małemu.
Bo Kurduple to nasze lustra. 
I jeszcze jedna rada-nierada – niech czytanie będzie wydarzeniem. Niech się świeci specjalna lampka, niech wyjątkowy koc Was okrywa, niech będzie cisza i błogość, tak aby skupić się wyłącznie na słuchaniu, oglądaniu, i tuleniu… w naszym przypadku prawej stopy…
A potem porozmawiajcie. Choćbyście to Wy mieli ‚robić’ całe gadanie – warto. 
Warto streścić, zapytać, pogadać… a w oczach Kurdupli, jeśli przyjrzycie się bardzo dokładnie zobaczycie cały ten świat, o którym mówicie. Zobaczycie te liski, te świnki, wilka zobaczycie i księżyc z wielkim nosem…
I niech niektóre książki nie będą ‚zawsze dostępne’ jak zabawki w koszu… 
My mamy dwie Biblioteczki – ta do czytania ‚przy okazji’, czasem na szybko – to książki 1+, kartonowe, krótkie, gdzie rządzi obraz – takie książki Bolo od ok pół roku ‚czyta sam’ i wtedy kiedy chce. Mieszkają w niego w pokoju.
Druga Biblioteczka jest w naszej sypialni. Jest czarodziejska, pozycje to piękne wydania a Bobek z przejęciem wybiera, którą teraz czytać będziemy. 
Pozycje OQO od Tako są w tej drugiej… a Bolo potrafi je przytulać…]

I tak oto nasze OQO znowu zamarło na Tako.
‚Niedźwiedź łowca motyli’
Jak każda pozycja [mamy na razie cztery więc jak każda NASZA pozycja] to plastyczna pięknota.
Tym razem to senna, leśna kolorystyka. Mam wrażenie, że do każdej barwy została dorzucona kapeczka brązu. Ciepło, subtelnie. Cała masa kresek łącząca się w czarowną całość. W obraz tak silnie działający na wyobraźnię, że natychmiast przenosi nas w baśniowy, błogi, dobry świat.
Znowu to co kocham, stonowanie, delikatność, magia…

Jest oto niedźwiedź, taki co to lubi poobiednie drzemki i przechadzki. Lubi też zbierać różności. 
To co znajdzie pakuje do starej łodzi, którą wszędzie ze sobą ciągnie.
Czego on tam nie ma? 
Ma dwie parasolki, lunetę, zegar z budzikiem, lustro, książkę, melonik, fotel i gramofon.
Już sam zbiór tych, a nie innych przedmiotów wywołuje we mnie przyjemne emocje i wrażenia wizualne a u Bola niesamowitą ciekawość – [Co to? Co to Mama??? – i tak pół godziny oglądamy co tam niedźwiedź uzbierał mimo, że w tekście o tym ani słowa…]

Pewnego dnia Niedźwiedź o imieniu Niedźwiedź znajduje siatkę do łapania motyli.
Zupełnie nie wie co z nią zrobić dopóki nie ratuje jednego, tonącego w jeziorze.
Motylka kładzie sobie na nosie i czeka aż jego skrzydełka wyschną. 
Ten, gdy się budzi, ze strachu odlatuje.
Niedźwiedź jednak nadal, każdego dnia, ratuje w ten sposób tonące motyle, suszy je sobie na nosie [LOW!] i z leciutkim uczuciem smutku patrzy jak całe i zdrowe odlatują.

Razu pewnego Niedźwiedź ratuje Motyla Ogromnego. Największego na świecie! Jest tak duży, że gdy suszy się na jego nosie to skrzydłami przykrywa prawie cały jego pyszczek.
Ten wielki motyl wcale a wcale nie boi się Miśka. A w dodatku ma na imię Blanka.

Teraz cytat, absolutnie mój ukochany. To jeden z piękniejszych tekstów o przyjaźni, o miłości…

‚Niedźwiedź i Blanka zaprzyjaźnili się. Spędzali razem dużo czasu.
 Ona uwielbiała łaskotać go za uszami i bawić się w chowanego.
 On lubił opowiadać jej sekretne historie o lesie i delikatnie dmuchać w jej czułki’

W tym fragmencie jest taka ilość uczuć, namiętności i czułości, że mi dech zapiera…

Co dalej?
Niedźwiedź sam wpada do jeziora. Topi się. A Blanka jest mimo wszystko za mała aby go wyciągnąć.

Jak się kończy ta historia? Możecie się domyślać ale ja szczerze radzę przeczytać. Razem z Małymi.
To przepiękna książka o tym, że dobro powraca. I mimo, że życie pisze różne scenariusze to warto uczyć młodych ‚człowieków’ tej zasady. 
Efekt może być tylko jeden – będzie więcej ‚dobrego’ w ich świecie…

Z pasją polecamy ‚Niedźwiedź łowca motyli’ – wyd. TAKO [OQO] TU –> KLIK







Zakochaj się w Warszawie – Rodzinnej

24 komentarze


Zwyczajne, letnie popołudnie w mieście.
Poszukiwanie alternatywy dla parków, Wilanowa, Łazienek czy w końcu dla pięknych ale ciągle tych samych placów zabaw.
Postawiliśmy na Park Fontann. Stare Miasto, tuż przy Wybrzeżu Gdańskim.
W końcu woda a w dodatku w dużej ilości i to skacząca to zawsze atrakcja dla dużych i małych.

Tak też zrobiliśmy. Po odwiedzinach Targu Śniadaniowego [w porze obiadu ;)] na Kabatach [będziemy o nim jeszcze pisać bo to impreza cykliczna] wylądowaliśmy na Rybaki. Zaparkowaliśmy, o dziwo, bez większych problemów.
Hop siup lecimy na fontanny.
Pierwsza zabawa – małe, strzelające z ziemi fontanny dla Dzieciorzyny w każdym wieku. Takiej ilości zmasowanej radochy nie widziałam dawno. Golasy, golasy w pieluchach, piski, szał, skoki, wrzaski.
No bo w końcu nigdy nie wiesz kiedy i z jakiej dziury wyleci woda.
Mega zabawa. Rozebrałam Bolka, mimo, że bardziej chciałam siebie i śmignęliśmy w wir zabawy.
Bolo złapał małego stresa i odmówił aktywnej zabawy, za to ile razy pękł ze śmiechu obserwując innych, w wieku od ok 8 miesięcy do 8 lat to jego. I nasze.

Ruszyliśmy dalej. W kierunku faktycznego Parku Fontann. Już z daleka widać obietnicę wrażeń i dobrej zabawy.
Ale tam nie dotarliśmy…

Bo po krokach paręnastu dotuptaliśmy do czegoś w rodzaju bramy. W owej bramie siedziały Panie przy biurkach… Brr… Tata Bola od razu zadecydował: ‚Eee, pewnie jakaś płatna impreza…’
Ja się uparłam. Sprawdźmy.
I tu wielka niespodzianka. Całe, wielkie boisko zostało przeistoczone w cudowny raj dla Dzieciorów!
Wstęp wolny a Panie przy biurkach są jedynie po to aby spisać imiona i wiek dzieci do statystyk oraz aby dać Bąkowi naklejkę z imieniem – ‚żeby Panie pomocnice nie zwracały się bezimiennie do Maluchów…’
Bolson naklejkę przykleił na spodnie i tyle ‚go widzieli’…

Co robiliśmy w większości zobaczycie na zdjęciach. Bawiliśmy się WSZYSCY prawie 3 godziny do utraty tchu. Robienie baniek na sznurkach, samolotów z kolorowych kartek, dekorowanie ciasteczek [hit!], gra w piłę, zaglądanie do rakiety kosmicznej, pingpong itd itd..
My, dzieci PRL’u poczuliśmy się ciut ‚jak w domu’… ale w sensie pozytywnym, brak ‚nowoczesnych’ bajerów, za to cała masa sprawdzających się przez dziesięciolecia zabaw…
Niby nic, niby nic nowego ale świetnie zorganizowane. Przestrzeń. Cała masa Pań Pomagających. Gdzie trzeba jak cień, gdzie trzeba – animatorki z prawdziwego zdarzenia. Idealnie kontrolujące sytuację a nawet ewentualne konflikty. Każda atrakcja przemyślana do A do Z. Nic nikomu nie zabrakło, nic nie ‚leżało bez opieki’. 
Muszę dodać, że cała masa rodziców bawiła się równie dobrze jak my a Dzieciaki, w każdym wieku, były w siódmym niebie.

Całość ogrodzona. Dostępna pitna woda. Wyłożone leżaki [!!!] i koce na polegiwanie dla starszyzny.
Bolo biegał od stanowiska do stanowiska, z językiem na brodzie brał udział w zabawach, grał w piłkę z dorosłymi, 10 letnimi chłopakami…
Do tego osobne, specjalne Miejsce Maluchów z całą masą podwórkowych zabaw, często zapomnianych.
[np taka zabawa, że na dwóch sznurach jeździ ‚puszka’ – nie możemy sobie przypomnieć nazwy ale z Tatą Bola bawiliśmy się tym  z 15 minut, nie za bardzo dopuszczając Kurdupla…]
Ze stolikami i zabawami manipulacyjnymi. Bobek spędził tam połowę czasu a na nas nawet nie spojrzał.
Efekt był taki, że do fontann w ogóle nie dotarliśmy, wróciliśmy ‚uchachani, nałykani słońca’ i bardzo szczęśliwi. A Małe padło w 5 minut po zjedzeniu prawie 200ml kaszy [!!!].

Więc w czym problem?
Ano w tym, że znaleźliśmy to miejsce przypadkiem. Wprawdzie nie słuchamy za dużo radia, TV oglądamy bardzo mało, bo w dzień jak śmiga to leci Peppa a wieczorami z Tatą Bola oglądamy filmy i seriale wg własnych gustów. Jednak nigdzie ale to nigdzie o tym wydarzeniu nie słyszeliśmy. Nie widziałam ani pół billboardu, ani słówka w necie, nic na ścianach metra. No ‚wtf’ skoro jest wszystko sygnowane jest przez władze miasta pod pięknym hasłem ‚Zakochaj się w Warszawie Rodzinnej’? Nawet specjalnie z okazji tego posta szukałam wczoraj w necie ‚ich’ strony, info na stronach Wawy, jakiegoś harmonogramu…
Nic. Filmiki z 2012 roku…
Ktoś zapomniał, że oprócz zorganizowania, świetnej przecież, inicjatywy, rewelacyjnej ekipy, super miejsca to trzeba jeszcze rodzicom o tym powiedzieć. Toż my, Matki, to nie wróżki. 
A może zabrakło kasy na promocję? Nie wiem ale szkoda. 
[oczywiście mogę się mylić i być może w mediach są/były informacje, ja piszę z własnej perspektywy, dość aktywnej kobity, do której żadna taka informacja nie dotarła, nawet na portalach parentingowych…]

Bolek dostał numerek 514. Była niedziela, lipcowa niedziela, późne popołudnie, środek miasta…
Pięćsetka dzieci przez cały dzień. Jak na stołeczne miasto to smutna liczba.
Pytałam Panie ‚przy biurku’. Powiedziały, że to i tak dobry wynik.
Jednak oprócz braku nagłośnienia jest jeszcze jeden problem. Właśnie te przyrośnięte do blatów Panie.
Tak jak Tata Bola od razu założył, że ‚trzeba płacić’ tak większość rodziców, którzy jak my, przyjechali tam ‚na fontanny’ albo zwyczajnie spędzający czas na Starówce, zakłada to samo. 
Dzieci ciągną: Mamo! Taaaam! a Mama na to: ‚Nie nie Kochanie, nie mam dziś pieniążków’…
No bo nie ma. I mieć nie musi.
Nigdzie ale to nigdzie nie zobaczymy, że wstęp jest wolny. 
I jeszcze te Panie przy biurkach, jak nic, muszą sprzedawać bilety. Bo tak to wygląda. 
Takich podobnych dialogów słyszałam przy wyjściu kilka. Gdy wtrącałam, że nie, że darmoszka, to mówię szczerze, ulga dorosłych i podniecenie dzieci była wielka.

Niezależnie od niedociągnięć medialnych polecamy bardzo bardzo. Cudna alternatywa na letni dzień w mieście. Chciałam Was zapewnić, że impreza działa co dzień ale nie mogę bo nie znalazłam żadnych informacji. Jednak Panie Biurkowe zapewniły mnie, że są na posterunku w każdy weekend 😉




Książka jest niczym ogród, który można włożyć do kieszeni.

42 komentarze

Na naszym balkonie, za roletą, śpi Mama Kurka z trójką małych kurczaków.
Obok, po cichutku chodzi kaczka i gotuje zupę dla Taty.
Pod naszym łóżkiem Dziadek Peppy ma swoją łódź.
Na plecach Bola mieszka maleńka, tyci maciupka, aż jej nie widać, biedronka.
Czasem gryzie.
Dla Mamy Bola jest słońce. Dla Taty gwiazdy. Zaordynował prezenty Syn.
Nasz samochód jak się naje benzyny mówi, że go brzuch boli.
A za pralką mieszka dwóch krasnalków, którzy całymi dniami szukają swoich czapek.

Wyobraźnia.
Moje dziecko popłynęło. A ja pękam z dumy i bawię się tym wymyślaniem razem nim z radochą po pachy.

Pani Doktor jest wiewiórką i mieszka na drzewie na naszym placu zabaw.
W poduszce śpi Wróżka Gruszka, o której opowiadamy wymyślone na żywo historie.
Wczoraj ta Wróżka Gruszka miała urodziny. Zaprosiła na nie jagódkę, kiwi, pomidora i pora.
Potem dmuchali świeczki i puszczali bańki.
Gdy pytam Bola gdzie coś jest – prawie zawsze odpowie mi niespodzianką – [oczywiście w swoim narzeczu…]
Gdzie Twoje trampki Bolo?
‚U gąsek nad stawem’
Gdzie Twoja buła?
‚Zjadł dinozaur’
Kto zjadł całą czekoaldę?
‚Tata Peppęł’

Bo Bolo odmienia. LOW.

Wyobraźnia.
Jestem pewna, że jej rozwój i wybuch zawdzięczamy czytaniu i opowiadaniu.
Przed snem cztery książki to minimum. Potem dochodzą historyjki z głowy żyjące swoim życiem.
Gdy idziemy do księgarni moje dziecko zachowuje się jak w sklepie z cukierkami.
„Tą, i tę, i to i tamto Mamo!”
Gdy kupimy książkę idzie z nią do domu, trzymając kurczowo. Niczym ukochaną zabawkę.
To mnie uszczęśliwia. Tak mocno, że nie potrafię tego wyrazić. I wiem, że uszczęśliwia jego.
Bo to szczęście wielkie gdy rodzic i dziecko mają wspólną pasję.

Niebawem pokażemy Wam nasze nowości w biblioteczce. 
A tymczasem przytoczę słowa Wisławy Szymborskiej:
‚Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła.’

Ostatnio Zezuzulla przytoczyła słowa Umberto Eco – ‚Kto czyta książki żyje podwójnie’.
To blog, który był jednym z najmocniej inspirujących mnie miejsc przed decyzją o założeniu KlockaiKredki.
Nadal jest.
Tam jest taka masa miłości do książek, do czytania, do oglądania, ale bez przegadania, że nie da się nie wracać.
I jest tam Julo. Julo, tak jak Bolo, zarażany jest ‚książkokochaniem’ od maciupkości.
To wielka wartość.

Kto jeszcze nie wie, ten teraz się dowie, że Mama Jula szyje. Cudnie szyje. Bo szyje dla mojego syna.
Oczywiście to przenośnia bo szyje dla swojego.
Ale przez to, że te ubranka powstają niejako na żywym modelu sprawdzają się nieprawdopodobnie.
O spodniach wiosenno-jesiennych pisałam tu: KLIK
Słowo daję, że Bolek [kupiliśmy 3 pary] przechodził w nich całą wiosnę. I planuję powtórkę na jesień.
Jakość ma tu kluczowe znaczenie bo te spodnie noszą baaardzo lekkie ślady użytkowania.
Jak na tonę godzin w piaskownicy, na betonie czy zjeżdżalni – szok.
A teraz letnie wygody.
Zdjęcia ani u Zezuzulli ani u mnie nie oddadzą ich wyjątkowości. Bo mówiąc szczerze, to oprócz super kroju i fajnej grafiki nie spodziewałam się wiele więcej. Dopóki ich nie dotknęłam a potem nie zobaczyłam na moim dziecku.
Jednie czego żałuję to tego, że tak późno ‚w lato’ się na ten zestaw zdecydowałam. 
I z pewnością musimy ‚domieć’ spodenki krótkie.
To rodzaj takich ubrań, które dziecko akceptuje ‚z buta’. 
Bo wygodnie, bo miłe dla ciała, bo komfort przede wszystkim.
To rodzaj takich ubrań, które z miejsca akceptuje Matka, bo jakość [naprawdę mięsista, nie tracąca kształtu bawełna], do design wyjątkowy, bo z oryginalnym pomysłem, nie do podrobienia.

Polecamy Zezuzulla po raz drugi ale zapewne nie ostatni.
Bo ja szczególnie cenię marki, które nie są jednorazowym hitem i do których po jakimś czasie wracam z pełnym zaufaniem. Wielokrotnie.


Mamy dla Klockowych Czytaczy zabawę – na wyobraźnię!
Możecie wygrać poniższy zestaw trzech Zezuzullowych ciuchów w dowolnym rozmiarze odpowiadając na pytanie:


Co robiliby, razem, Julo i Bolo gdyby zostali na godzinę sami w domu?
Na pytanie odpowiedzcie w max 5 zdaniach w komentarzu.
Podpiszcie się.
Na odpowiedzi czekamy do niedzieli  28.07.2013 do godz. 18.00
Ogłoszenie wyników na fanpagu Klocka i Kredki.
Polubcie też profil Zezuzulli – ot, bo warto.