subskrybcja: Posty | Komentarze

Garść – marzec.

23 komentarzy
Garść – marzec.

Kończy się miesiąc. A więc czas na garść fajności. W tym miesiącu garść mała ale jakże pełna.

Jak wiecie, albo nie wiecie, bo jesteście z nami krótko, bardzo rzadko gotuję. Może to nie jest najświetniejsze określenie bo owszem, pichcimy, ale tylko wtedy, gdy mamy na to ochotę i dla przyjemności. Uwielbiam z Bolem spędzać czas w kuchni, dodając składniki, mieszając, wąchając a potem zerkając do piekarnika – już? Już??? Pyszne sprawy, ciasta kokosowo-wiśniowe, placki z gruszkami, ciężkie czekoladowce na maśle orzechowym… Pichcimy placuszki, racuszki, naleśniki. Często gotujemy razem zupy warzywne albo koktajle jogurtowo- owocowe. Robimy shape'owe kanapki albo 'pyszności zielonejnóżki' czyli chleb w jajku… 

To czego nie lubię i nie robię to gnębienie siebie i swojego czasu w kwestii obiadu. Nie znoszę babrać się mięsie, nie znoszę tony naczyń do zmywania, nienawidzę całej kuchni w oparach kapuściano-klopsowych… Z przyjemnością przygotuję domowe pesto z suszonych pomidorów ale prędzej się popłaczę niż utłukę kotleta. Nie lubię i nie robię. Zamawiam. Przez ostatnie dwa lata, gdy wróciliśmy z Pragi do Wawy, wynalazłam nam kilka fajnych miejsc, z których zamawiamy obiady. Zwyczajne, smaczne, domowe. Panie, które tam gotują zawsze wiedzą, że obiad będzie jadł też maluch, więc polecają np: 'Pani Agnieszko! Dziś mam świeżutką pierś indyka z koperkiem..' Ufam im, a my, prawie każdego dnia, jemy coś innego przy czym Bolo próbuje całego mnóstwa smaków. 

Wiem, że to nie po polsku, nie po matczynemu ale ja mówię stanowcze nie robieniu czegoś na siłę, z obowiązku wydumanego, czegoś co nie sprawia mi ani krztyny przyjemności. A przyczynia się do masy frustracji.

IMG_6558_filtered

Tak dochodzimy do sedna tej części 'Garści'. Gdy napisała do mnie Olga z FoodPandy, czy nie miałabym ochoty wypróbować tej aplikacji uśmiałam się szczerze bo używałam już jej od jakiegoś czasu. Jest bardzo fajna, bardzo pomocna i bardzo Wam ją polecam. Na czym polega?

IMG_6542_filtered

IMG_6557_filtered

Wpisujecie w aplikacji swój adres a ona wyszukuje wszystkie restauracje, które są w stanie dowieźć szamanko do waszego domu. Dalej, po wejściu w każdą knajpę, macie menu z cenami. Klik, klik i do 'koszyka', zamawiasz. Dostajesz smsa z potwierdzeniem i telefonem do knajpy oraz maila ze szczegółami twojego wyboru. 40 minut i gorące jedzenie jest na twoim stole. 

Bez dzwonienia. Możesz sobie na spokojnie, przy kawie, gdy dziecko drzemie, wybrać coś smakowitego, poszperać. Po prostu wszystko jest w jednym miejscu. I co najważniejsze – działa. A co może jeszcze ważniejsze – jest to aplikacja darmowa

Tak więc nieważne czy masz ochotę na pizzę w sobotę, na sushi z kumpelą wieczorem, na zwykły obiad czy na tajską zupę. Bez spędzania godzin w necie, bez poszukiwań, porównywań, wszystko to masz w jednym miejscu. Szczerze polecam. Korzystamy często. To apka nie tylko dla imprezowiczów Moje Drogie ale zdecydowanie i dla Matuszek!

FoodPanda TU –> KLIK

FoodPanda aplikacja na telefon TU –> KLIK aplikacja dostępna na Android i iOS'

IMG_6903_filtered

IMG_7023_filtered

IMG_7030_filtered

IMG_7053_filtered

IMG_7306_filtered

Druga część 'Garści' to ta przeurocza kratka. Czyli LolayLoloyBolo….

Zupełnie wcześniej niż się spodziewałam Małe wyrosło z pościeli 135×100 co było dla mnie nielada przeżyciem. Dla nas. To już? Już??? Przesiadka w 'dorosłą' pościel. Poszukiwania to jak zawsze przyjemność ale i masa rozczarowań. W sumie nie powinnam się dziwić bo gdy pokazywałam Wam nasze ukochane marki pościelowe wiele z Was pisało – to za małe! Nie ma normalnych rozmiarów! Często też pisałyście Matule, że macie dwójkę, trójkę i, że najlepiej jakby każde Małe miało to samo. A każde spi w innym rozmiarze.

Ale uffuff są! U LolayBola znajdziecie piękne, przepiękne! pościele dla Kurdupli w aż 3 rozmiarach w tym także, w rozmiarze 'dorosłym'.

IMG_6924_filtered

To co ujmuje niesamowicie już na poziomie oglądania to tkaniny i ich nasycenie, ich wibracja, ich szaleństwo kolorów. Normalnie pokiwałabym głową, że pewnie pstrokacizna… wiecie, ja nie lubię. A tu ciach! Kolory świrują a jest nadal pięknie! Wiosennie. Dziecięco. Ale ze smakiem. Aj pysznym smakiem.

Kratkę, którą widzicie na zdjęciach pokochałam tak mocno, że mimo, że my dorośli śpimy w pościelach [zgadujcie… 😀 ] no oczywiście w moich ukochanych szarościach, to zamówiłam i nam ową kratkę, tyle, że z obu stron. Bo ta kratka ma jeszcze jeden sekret. Jest tak rozkoszna w dotyku, że każde z nas, z Bolem na czele tuli do niej twarz, dłonie, stopy. Nie jest to zwykła bawełna, to taka tkanina, która ma hmm… jakby micro włoski, jest delikatnie, subtelnie 'miziakowa'. Przecudowna. Ma Bolo – chcemy i my.

IMG_7148_filtered

Czasem jak mam napisać o jakości takich rzeczy to czuję się dziwnie bo powinno to być oczywiste, że tylko najwyższą pokazujemy i najlepszą kochamy. Tak jest w LolayLolo. Jest perfekcyjnie. Kryte suwaki, idealnie wszyte lamówki, doskonale dobrane kolorystycznie.

My pokazujemy Wam kratkę + autobusy [które Bols liczy przed snem… taka odmiana dla baranów]. Ale poszperajcie. Kolejny raz czuję, ze dokładnie wiedziałabym co kupić gdybym miała też córę. Ale kurka bela… Mam siebie, jakiś pierwiastek kobiecy jednak jest. Taaaak, może właśnie Mama wtuli się w to – KLIK lub to – KLIK – te zestawienia kolorów porażają mnie wprost swą energetycznością, wesołością. Widzę te pościele w białym łóżku a obok wielki bukiet tulipanów… I ciepłe rogale na kołdrze, i bose stópki wtulone pod pachą… Cudowności.

Nasze autobusy na kratce TU –> KLIK polecamy z kocią przyjemnością!

IMG_7069_filtered

IMG_7107_filtered

IMG_7221_filtered

A ostatnią 'rzecz' jaką chcę polecić w tej Garści to… to dzień sam na sam. Mama sama w domu. Nie wyjście, nie wyjazd. Bycie samej dla siebie w swoim domu. To jest coś tak cudownego, że chyba nadaje się na osobny post… Co potrzebujemy? Fajną Teściówę mieszkającą na tyle daleko, że to wyprawa na caaaaały dzień, dobrego męża, który sam taki wypad z dzieckiem proponuje, wannę, dobrą książkę, dobre jedzenie i .. i nie patrzenie na zegary. Wspaniale jest się porządnie stęsknić – samej, w swoim domu….


ależ proszę Pani!

179 komentarzy
ależ proszę Pani!

Proszę Pani, czy Pani zwraca mi uwagę, że nie mam czapki? Czy Pani komentuje, wprost do mnie, że jestem za chuda, za gruba, za mała? Czy podchodzi Pani do mnie w sklepie i poprawia mój szalik? Czy zwraca mi Pani uwagę, że nie powinnam jeść lizaków? Nie? To dlaczego Pani robi to wszystko w stosunku do mojego dziecka?

Proszę Pani, moje dziecko jest moje i jego taty. Jest Pani dla niego obcą osobą. Obcym, całkiem nieznanym człowiekiem. Ale też, proszę Pani i on, mój syn, jest dla Pani obcym człowiekiem. Nie dzieckiem. Człowiekiem. Dlaczego więc, tak łatwo Pani przychodzi dotykanie go, poprawianie, komentowanie, zagadywanie, pouczanie, przestawianie? Czy to, że ma metr a nie półtora daje Pani prawo do traktowania go inaczej niż mnie? Niż siebie? Otóż nie proszę Pani. Nie daje. A ja głośno Pani mówię, że nie tylko nie ma Pani do tego prawa ale ja, jego rodzic, Pani zabraniam. I do tego prawo mam.

Proszę mi powiedzieć, czy gdy ja stoję wraz z mężem w sklepie i dyskutuję czy kupić daną rzecz wtrąca się Pani w naszą rozmowę stając przy okazji po czyjeś stronie wygłaszając swoje racje? Nie? Aha, bo to nie Pani sprawa prawda? Bo to by było takie dziwne, że miesza się Pani w rozmowę przygodnych osób. Hmm… to dlaczego, gdy w dyskusji bierze udział dziecko, nagle zyskuje Pani odwagę i prawo do informowania go o tym, że mama ma rację, albo, że mama nie racji, albo że powinien słuchać mamy?

Czy jeśli ja idę bez czapki po ulicy to podchodzi Pani do mnie mówiąc, że jest za zimno na chodzenie bez czapki? Czy jeśli ja jem loda i się ubrudzę komentuje to Pani głośno, wprost do mnie? Czy jeśli stoję w miejscu, w którym Pani w czymś zawadzam to przestawia mnie Pani jak przedmiot czy grzecznie [daj boże] prosi o przesunięcie się?

Nie? To dlaczego robi tak Pani dzieciom?

Czy jeśli uważa Pani, że jestem za gruba albo za chuda to zagaja mnie Pani na ulicy z informacją co powinnam jeść aby schudnąć albo przytyć?

Nie? To dlaczego robi tak Pani dzieciom?

Czy pyta mnie Pani dlaczego mam krótkie włosy skoro jestem kobietą informując mnie przy okazji, że wyglądam jak chłopak?

Nie? To dlaczego robi tak Pani dzieciom? Dlaczego mówi Pani temu chłopcu, że wygląda jak dziewczynka? Może niech on powie jak według niego wygląda Pani? Jak Buka może? Nie? Niegrzeczne by to było prawda?

Czy wyraża Pani głośno i wprost swoją opinię, że jestem za niska na swój wiek? Aha, zapomniałabym, najpierw zapytałaby Pani ile mam lat. A czy ja Panią pytam? Czy moje dziecko Panią pyta?

Czy jeśli zsunie mi się apaszka to mi ją Pani poprawi? Jeśli rozwiąże się but to Pani go zawiąże? Czy zapina mi Pani ostatni guzik kurtki? Czy dotyka mnie Pani wtedy kiedy się jej zachce?

Nie? NIE?! A dlaczego? Bo tak właśnie Pani robi dzieciom. Nie swoim. Obcym. Obcym ludziom przypominam.

Ależ proszę Pani! Czy jeśli uznaje mnie Pani za wyjątkowo piękną kobietę a mojego męża za bardzo przystojnego mężczyznę to czy głaszcze nas Pani po włosach na parkingu? Czy zachwyca się Pani naszą urodą mówiąc, że mogłaby nas Pani zjeść? Nie? To proszę nie mówić mojemu synowi, obcemu człowiekowi, że ma Pani ochotę go zjeść. I proszę go nie dotykać. To nie dobro narodowe. To człowiek. Obcy.

Czy jeśli zobaczyłaby Pani w moich ustach… hmm… powiedzmy wielkiego lizaka to czy podeszłaby Pani do mnie ofukując mnie, że w moim wieku to to nie przystoi? Nie? Wstyd trochę co? Zapewne opowiedziałaby Pani w domu o wariatce i tyle. To dlaczego podchodzi Pani do dzieci ze smoczkiem w buzi złorzecząc? To nie Pani wnuk ani syn ani siostrzenica. To obcy człowiek. Niech Pani opowie o tym w domu swym, a dziecko niech Pani zostawi w spokoju. Obce.

Czy pyta mnie Pani czy mam dziś założoną podpaskę? Nie? Okropne? To dlaczego pyta Pani obce dzieci czy noszą jeszcze pieluchy? Czy pyta mnie Pani czy dziś załatwiłam się w toalecie czy pod prysznicem? Nie? Fuj? To dlaczego pyta Pani obce dzieci czy nadal robią w majki?

Ależ proszę Pani! Czy podchodzi Pani do mnie i mówi, że mam wyjątkowo brzydkie spodnie? Albo, że mam legginsy a to nie spodnie? Albo, że niedobrze robi się Pani gdy widzi Pani dorosłe kobiety z gołymi brzuchami a to nie plaża? Nie? To dlaczego głośno wygłasza Pani opinie, że to dziecko jest ubrane poprawnie a to paskudnie? Dlaczego myśli Pani, że ma Pani prawo do głośnej oceny i potępienia sposobu ubierania się danej rodziny? Zwróci Pani uwagę ojcu? Nie. A synkowi? Ależ oczywiście. Dlaczego?

Czy gdybym miała blizę na twarzy to podeszłaby Pani do mnie z wytkniętym palcem pytając: 'Co tu masz?' Czy gdybym kulała pytałaby się mnie Pani dlaczego krzywo chodzę? Czy ja pytam Panią dlaczego ma Pani bliznę na brodzie? Czy moje dziecko Panią pyta?

Czy gdy głośna młodzież skupia na sobie uwagę całego autobusu to czy Pani, proszę Pani, wstanie i zwróci im uwagę w bardzo nieprzyjemny sposób? Nie? Strach trochę co? I można miejscówkę stracić… to dlaczego każe się Pani uciszyć niemowlęciu albo podśpiewującemu 3 latkowi? Bo to małe. Nie odpysknie. Przewaga co?

Czy nazwie mnie Pani niegrzeczną, gapą, gnojem, niewychowańcem, bachorem, brudasem, sikumajtkiem, ciamajdą, grubasem wprost w moje oczy?

Nie? Nie wypada? To dlaczego wypada nazywać tak dzieci? Czy wypada obrażać, poniżać, oceniać, komentować, wtrącać się? Coś Pani powiem proszę Pani, nie tylko nie wypada ale i nie ma Pani takiego prawa. Ja Pani zabraniam.

Nieważne droga Pani jakie ma Pani intencje. Mogą być najjaśniejsze na świecie. Proszę sobie zapamiętać. Dziecko, to człowiek taki jak ja i jak Pani. Nie dotykaj, nie wtrącaj się, nie pouczaj, nie wypytuj, nie komentuj i nie oceniaj. Mnie nie dotykasz bo jakże to tak, nie wtrącasz się bo jestem obca, nie wypytujesz bo co cię to obchodzi, nie pouczasz bo jestem dorosła, nie komentujesz głośno bo wstyd, nie oceniasz prosto w oczy bo nie wypada. Proszę Pani, niech Pani przełoży te same zasady na dzieci.

Aha! Chce Pani wyrazić opinię? Pani ma takie prawo? To niech Pani powie co leży na sercu sąsiadce. Może i ona nie znosi legginsów u kobiet… Albo na litość boską niech Pani zajmie się sobą, swoją wagą, wiekiem, fryzurą, czapką i tyłkiem… i swoimi, nie-obcymi bliskimi.

Proszę Pani, niech Pani sobie wypisze na lodówce: dziecku należy się tyle samo poszanowania ile nam dorosłym. A nawet więcej. Bo dziecko jeszcze nie zdążyło zamienić się w Panią.

—————————–

Rozmawiam z Bolem pod sklepem. Bolo bardzo chce żebyśmy kupili jeszcze buraki. A ja nie chcę, bo spacer przed nami, jesteśmy bez wózka, będzie mi ciężko. Rozmawiamy. Bolowi diabelnie zależy na tych burakach. Proponuję, że kupimy w drodze powrotnej. Ale Bolo ma 2,5 roku, chce 'teraz teraz teraz!'. Nie płacze, nie krzyczy. Ale zaczyna się denerwować, 'proszęęęę mamusiu, ociupinkę buraków mamusiuuu' – nagle odzywa się Proszę Pani. Musiała słuchać. Ja jej nie widziałam. I Proszę Pani mówi: Słuchaj się mamy chłopczyku bo jak będziesz niegrzeczny to cię zabiorę!' i puszcza do mnie oko.

Wyjęłam telefon i spokojnie mówię: Właśnie dzwonię na policję z informacją, że grozi Pani porwaniem mojego dziecka.

Proszę Pani była tak szybka, że prawie zgubiła kapcie… a ja stałam tam dalej tłumacząc mojemu dziecku, że Proszę Pani nie była mądrą Panią i, że mówiła 'bzdurki'. I, że nigdy przenigdy nie pozwolę, żeby ktoś go zabrał. I potem przy zasypianiu tez obiecywałam… i w nocy też…

Czy rozumie już Pani, proszę Pani, jak głupie, jak złe, krzywdzące i niedupuszczalne jest takie Pani zachowanie???

————————–

Powyższe 'przykłady' są zbiorem moich obserwacji, rozmów z mamami i naszymi zdarzeniami.

————————–

Proszę Pani! Niech Pani zawsze ale to zawsze wtrąca się gdy dziecku dzieje się krzywda. Zawsze! Co? Nie bardzo? Kłopoty? Sądy? Policja? Zeznania? Tak, ja wiem… zawracanie głowy, no i co się Pani będzie wtrącała do nie swoich spraw przecież….

EDIT piątek godzina 12.00 – Drodzy Czytelnicy, od tej pory, komentarze, które są nie na temat [nie na temat są wypowiedzi o bezstresowym wychowaniu, nie na temat jest rozmowa na temat sytuacji zgoła odmiennych od opisanych przeze mnie], które traktują straszącą dziecko kobietę jako ofiarę sytuacji, które 'podsumowują' mnie i inne matki w sposób obraźliwy, które wskazują na całkowity brak zrozumienia całości, wyciagające pojedyńcze przykłady z kontekstu – nie będą publikowane. Można się nie zgadzać, można dyskutować ale na litość boską, warto przy tym myśleć. Wybaczcie, ręce już mi opadają i jestem zdruzgotana faktem, że wiele z powyższych zachowań okazuje się normą. Straszne.


Prosto z Ameryki.

35 komentarzy
Prosto z Ameryki.

Zaraz po wojnie, siostra mojej babci wybyła godnie do Ameryki. To były lata 40te i to było, oczywiście, Chicago. Ma Ciocia-Babcia była zawodowym fotografem a jej mąż… hmm… jej mężem. Za zadanie miał kochać, dogadzać i wielbić. Robił to ponad 60 lat. Ciocia w Ameryce, w dobrobycie, rozmnożyła się solidnie. Jej potomstwo jeszcze skocznej i mocniej zasiedlało ziemie za oceanem i tak, zanim ja przyszłam na świat, miałam tonę rodziny. Rodziny z USA.

W moim wypadku pojęcie 'Ciocia z Ameryki' nabierało większego wymiaru. Bo Cioć z Ameryki miałam kilkanaście chyba. Nie każdą rozróżniałam, nie każdą znałam. Ale, za to, każda, łeb w łeb, była osobą kochającą słodycze.

Ot, typowy obraz Cioci z Ameryki – poliestrowe seledynowe spodnie w kancik, różowa koszula i 'adidasy'. Ałłł! Każda z tych Cioć, przynajmniej raz w życiu, odwiedzała Ojczyznę Swą, zwożąc nam, szarakom, smutasom komuchowym, różne różności, przyprawiające nas o bicie serca.

M&Msy… Ememki znaczy się. Całe torby, kilogram dla każdego dzieciaka w rodzinie. Toż ja godzinami segregowałam sobie kolory, dzieliłam kupki na dni, chowałam 'zapasy'.

Cola w puszce. 7Up. Sprite. Dr. Peppers…

Marsy. Snickersy. Bounty. MilkyWay'e…

Nie – gniecące się koszule. Majtki jednorazowe. Mydło w płynie [!!!]. Odplamiacze.

I hit nad hity mam, sąsiadek, koleżanek – kobiet jednym słowem – słodzik. 

To były czary. Mała tableteczka tak słodka, że zastępowała łyżeczkę lub dwie cukru. A Ciocie z Ameryki mówiły: i…. drogie kobitki to nie tuczy!!!

Taaa… mówiły kobitek miny…. Jasne… takie słodkie i nie tuczy?! I z wiarą w naukę zajadały te małe tableteczki, rozpuszczały w mleku, kawie, herbacie. Ciocie wracały do dobrobytu a one do białego cukru, po który nota bene, nastać się musiały w kolejach po horyzont.

Miałam kilka lat gdy poznałam COŚ zwanego słodzikiem, coś co potem, w otaczającym mnie świecie, wiele razy wywoływało dużo za dużo emocji, dużo za dużo histerii [w obie strony] i dużo za dużo niedomówień.

—————–

Nie tak bardzo 'potem' wyjechałam do Kanady. Na prawie 4 lata. Tam okazało się, że słodziki są normą. Są polecane przez lekarzy. Kobiety się 'na nich odchudzają', chorzy na cukrzycę ratują tym rodzajem słodyczy. Dzieci piją słodzone słodzikami soki i napoje. Jogurty są podrasowywane słodzikiem a nawet majonezy…

—————-

Nie tak bardzo 'potem' rozpętała się wojna. Słodziki to trucizna! Toż to sztuczne, w laboratorium robione, z jakiś ciężkich do wypowiedzenia, związków – o boże – chemicznych! Słodziki powodują raka, guzy mózgu, utratę wzroku a kobiety, spożywające słodziki gromadzą owe trutki w ciele, a potem rodzą chore dzieci z deformacją nóżek.

No tak. Nastała era – zdrowo – naturalnie – eko. Konserwanty, barwniki, wzmacniacze smaku… zaczarowane, groźne słowa. W tym – aspartam! Chemia. A chemia zabija. Zuoooo!

—————-

No i generalnie miałabym całość w najgłębszym poważaniu, bo jak pisałam wiele, wiele razy, wyznaję racjonalizm bez radykalizmu. Bo aspartam najzwyczajniej w świecie mi nie smakuje, czuję zawsze posmak na języku. Bo jeśli mam zjeść słodkie to zjem bez większego zastanawiania się czy posłodzone to jest miodem, syropem z agawy czy melasą. Na ile się da trzymam się z dala od białego cukru. Grunt, jednak, by było wybornie. Bo gdy 6 lat temu odstawiłam całkowicie cukier z buraka zwyczajnie przestałam słodzić kawę. Przestałam używać go w kuchni. Po prostu znikł z mego życia. Bo mogę tak, bo potrafię, bo chcę. Piję wyłącznie wodę i kawę. Inne napoje mnie nie dotyczą. Mnie i mojej rodziny [  wyjątkiem Taty Bola, który zdecydowanie lubi ‚walnąć’ sobie energetyka… słodzonego słodzikiem oczywiście]

Ale. Załóżmy, że nie potrafimy zrezygnować ze słodkiej herbaty. Że kawa bez cukru nie wchodzi a kofeina potrzebna. Że nie potrafimy rozstać się z Colą, czy innym słodkim napojem. Że słodzimy soki. Że słodzimy przetwory. Że używamy 2 szklanek cukru do ciasta. Że dosładzamy musli, jogurty i ser biały… Załóżmy, że policzymy te łyżeczki, łyżki, szklanki białego cukru na co dzień w naszych domach. I co nam wyjdzie? Tona cukru, tona kalorii i tona problemów zdrowotnych.

I z tego powodu zgodziłam się na ten artykuł. Aby podać pod rozwagę, pod rozmowę. Żeby zestawić: szkodliwość cukru [naturalny, bardzo kaloryczny a szkodliwość udowodniona] a szkodliwość aspartamu [ sztuczny, bez kalorii a szkodliwość nie tylko nie udowodniona ale i obalona ]

Słabo wypada tu nasza ukochana naturalność niestety.

Popatrzcie:

infografika EFSA

/infografika sponsorowana infografika – aktywne linki / Źródła: www.sweeteners.org www.efsa.europa.eu/en/press/news/131210.htm www.diabetyk.org.pl/uploads/stanowisko.pdf /

———————————

A więc widzę to tak. W idealnym świecie miód miałby 3 kcal/ słoik i zerowy indeks glikemiczny. Ale tak nie jest… Aspartamu nie lubię, nie smakuje mi. Nie używam. Ale moja koleżanka cukrzyczka – tak. Mój tata, który nic nie słodzi i bardzo dba o zdrowie, gdy pije kawę – tak. Mój syn [czasami, zależy ‚co kupię’] i my – używamy w pastach. Mój mąż, gdy jedzie 1000 km na spotkanie, pije w drodze energetyki – więc on też. A ja nie wyobrażam sobie zjedzenia obiadu a potem pójścia na meeting… taki z całusem… bez gumy! Słodzonej czym?… No. Czyli używam.

Racjonalizm. Bez histerii. Bez wymysłów. Bez plotek. Jeśli chcesz – to możesz. Nie chcesz – nie musisz. Ale krzywdy słodzik Ci nie zrobi. Jest to alternatywa a my mamy wolną wolę i własny rozum.


Najstarszy obywatel

8 komentarzy
Najstarszy obywatel

Lubił samotność. Miał zwyczaj wieczornych spacerów. Lubił przechadzać się po zmroku, oglądał przechodniów, marzył… Nade wszystko szanował porządek, rytuały, powtarzalność. Dobry dzień to przewidywalny dzień. Kochał spokój. Spokój umysłu, spokój ducha, tylko czasami niepokój ciała dawał się we znaki. Gdy pierwszy raz zobaczył ją była prawie dzieckiem. Pięknością o burzy blond włosach, wesołą, skoczną, krzykliwą. Zobaczył ją na jednym ze swoich spacerów. On już bardzo dojrzały. Ona – dopiero co podlotek.

Od tego zerknięcia świat przewrócił mu się do góry nogami. Każdego wieczoru wychodząc na spacer wypatrywał tego jasnego, cudownego stworzenia. Z boku obserwował jej radość życia, dziwiąc się, że można czerpać tyle szczęścia ze skakania po trawie, z biegania od drzewa do drzewa. Ot dla samego, hucznego celebrowania życia. Ona, wydawało się, że całą sobą krzyczy: Patrzcie, podziwiajcie! Jestem piękna i mogę wszystko!

Prawie dziecko wyrastało na wysoką, smukłą blond boginię a on każdego dnia podglądał jej spacery. Mijały miesiące a on zbierał się na odwagę, żeby podejść, żeby zagaić. Serce waliło mu jak młot gdy już, już zbliżał się do niej na kilka metrów i… i łapał go cykor tak duży, że robił unik, schodził z parkowej ścieżki i nadal podziwiał ją tylko z bezpiecznej dla jego serca odległości.

Każdego wieczoru, po swoim rytualnym spacerze, po swoim stałym posiłku o stałej porze, po toalecie, siadywał późną nocą w oknie balkonowym i cichutko szeptał słowa tajemne. Słowa tak sekretne, że przeznaczone wyłącznie dla jej uszu. A potem długo w ciemną noc, wpatrywał się w księżyc i gwiazdy marząc o tej bombie żywotności, piękna i szaleństwa.

Czasami zawył.

Mijały lata. Ona dojrzała przemieniając się w rozkoszną, postawną i bujną pod każdym względem cudowność. On, nadal cichy, nadal samotny, niezbyt wysoki, czerpał przyjemność z obserwowania jej po zmroku. Ona z wiekiem przestała biegać, przestała skakać ale paradowała chodnikami dumna, z uniesioną głową. Godna i piękna. On mial wrażenie, że jej prze-zgrabne nogi sięgają nieba a oczy są niczym innym jak prototypem gwiazd…

Każdego wieczoru, po swoim rytualnym spacerze, po swoim stałym posiłku o stałej porze, po toalecie, siadywał późną nocą w oknie balkonowym i cichutko szeptał słowa tajemne. Słowa tak sekretne, że przeznaczone wyłącznie dla jej uszu. A potem długo w ciemną noc, wpatrywał się w księżyc i gwiazdy marząc o tej bombie żywotności, piękna i szaleństwa.

Czasami zawył.

Pewnego wieczoru, gdy wyszedł na spacer i jak zawsze czekał na nią pod starym dębem gdzie rozpoczynał swoją obserwację – ona nie przyszła. On czekał a ona nie przychodziła. Ze spuszczoną głową, sam nie wiedząc kiedy, wkroczył na chodnik i zaczął iść. I iść. Przed siebie. Bez celu. Serce miał roztrzaskane na tysiąc kawałków. Ze zmartwienia marszczył czoło tak mocno, że rozbolała go głowa. Nie poczuł, nie zauważył, że ktoś z nim zrównuje krok. Najpierw lekko, cicho, potem już całą pewnością. Tak, ktoś szedł tuż obok, ramię w ramię, bardzo blisko, celowo. Spojrzał w prawo i zobaczył… zobaczył ją.

Nogi zaczęły mu się plątać. Ledwo oddychał. Nie wiedział co powiedzieć. Nie wiedział nawet czy powinien się odezwać. Ale ona delikatnie przysunęła się do jego boku, poczuł jej ciepło, poczuł, że to raj. Tego wieczoru nie zamienili ze sobą ani słowa.

Każdego wieczoru, po swoim rytualnym spacerze, po swoim stałym posiłku o stałej porze, po toalecie, siadywał późną nocą w oknie balkonowym i cichutko szeptał słowa tajemne. Słowa tak sekretne, że przeznaczone wyłącznie dla jej uszu. A potem długo w ciemną noc, wpatrywał się w księżyc i gwiazdy marząc o tej bombie żywotności, piękna i szaleństwa.

Czasami zawył.

Przez kolejne tygodnie, miesiące wędrowali wieczorami razem. Bok w bok. Czasem przysuwając się bliżej, z czasem na dłużej. On wąchał jej włosy, ona opierała na nim swój ciężar. Zdarzało się, że siadali na trawie i patrzyli sobie w oczy długo, ale czy namiętnie? On nie wiedział. Bał się każdego ruchu. Bał się ją spłoszyć. A ona? Ona śmielsza, za każdym razem opierała się o niego silniej, mocniej, pewniej.

Świat się narodził pewnej majowej nocy. Gdy żadne z nich nie miało ochoty na powrót do domu. Ze ścieżek parkowych zboczyli w głąb krzaków, chaszczy, usiedli pod wierzbą. Zostali tam do rana. Nikt nie miał prawa ich podglądać.

On wrócił do domu i nie zjadł swojego stałego posiłku o stałej porze. Zapomniał o toalecie. Zapomniał usiąść w oknie balkonowym. Ale tuż przed zaśnięciem zawył. Inaczej zawył. Zawył szczęśliwie.

Następnego dnia nie mógł doczekać się wieczoru. Już późnym popołudniem czekał przy ławce niedaleko jej domu. Nadszedł zmrok. Jej nadal nie było. Wieczór zamienił się w noc. Ona nie nadeszła. Czekał do świtu. Czekał następnego dnia. Ta wysoka blond bogini o słodkim zapachu i czystym sercu już nigdy się nie pojawiła.

Każdego wieczoru, po swoim rytualnym spacerze, po swoim stałym posiłku o stałej porze, po toalecie, siadywał późną nocą w oknie balkonowym i cichutko szeptał słowa tajemne. Słowa tak sekretne, że przeznaczone wyłącznie dla jej uszu. A potem długo w ciemną noc, wpatrywał się w księżyc i gwiazdy marząc o tej bombie żywotności, piękna i szaleństwa.

Zawsze wył. Dowiedział się od sąsiadów, że tamtego ranka, tuż po nocy pod wierzbą jego sens życia wpadł pod samochód. Ciach i koniec. Bezpowrotnie. Na zawsze.

Zawsze już wył w nocy.

——————————————–

Obecnie jest najstarszym obywatelem warszawskiego Ursynowa. Ma ponad sto lat. Nadal chodzi wieczorami na spacery, je posiłki o stałych porach i mnóstwo czasu spędza pod balkonowym oknem. Ma siwą brodę, prawie nie widzi, jest głuchy na jego ucho. Bierze leki na serce i na nerki. Czasami dopada go niedowład a czasami śpi kilka dni pod rząd. Ale nadal wyje nocami pod balkonym oknem…

——————————————–

On – Spaniel Springer, zaraz skończy ludzkie 20 lat.

Ona – Chart Długowłosy, odeszła w wieku 6 lat.


Na czeko-haju.

31 komentarzy
Na czeko-haju.

Natura wymyśliła sobie kilka najpiękniejszych smaków i zapachów świata. To smak i zapach kawy, to 'smak' i zapach niemowlaka oraz smak i zapach czekolady. Bez pierwszego i ostatniego żyć nie umiem. Bez środkowego – da się, mam nadzieję… Dziś o czekoladzie. A raczej o tym co zdetronizowało czekoladę w formie tabliczki w naszym domu. Kremy czekoladowe. Kilka wybranych, różnych, obezwładniających. Zerkniemy też na składy.

Od dawna powtarzam: 'Źle ci? – To wciągnij odrobinę kakaowca!'… Ja wiem, wiem.. ciężko wciągnąć małą dawkę i przestać. Ja wiem, wiem… że żeby faktycznie uwolniły się endorfiny podobne do tych, które torpedują nasz mózg po dobrym seksie lub po solidnym wysiłku sportowym, to trzeba by było tej czeko wciągnąć kilogramy. Ja wiem, wiem, że to głównie tłuszcz i cukier. Wiem i mam w poważaniu głębokim. Nic tak nie poprawi nastroju, nie wprowadzi naszych zmysłów w chwilową ekstazę jak łyżeczka – no dobra, łyżka – pysznego kremu czekoladowego. Zróbmy sobie dobrze na boga!

Przedstawiam kilka moich typów. Napiszę co w nich siedzi, w jakich proporcjach. Na zdjęciach zobaczycie kolory, faktury i konsystencję. Jednym bardziej zawróci głowę wytrawny krem ze skórką pomarańczy, inni odlecą na punkcie białej czekolady z miazgą z orzechów laskowych. Będą też tacy, którzy są fanami/fanatykami Nutelli. Wolna wola – wolny wybór. Ale jak nie spróbujesz to się nie dowiesz… Zachęcam do skosztowania…

IMG_6513_filtered

IMG_6516_filtered

IMG_6519_filtered

Na początek WEDEL – krem z białej czekolady i orzechów laskowych. O boże! Nie powinnam zaczynać od hitów ale… ale to arcydzieło. Aksamitna konsystencja. Rewelacyjny skład [jak wiecie skład czytamy tak, że to co pierwsze – tego jest najwięcej, i tak w dół…] – 22% miazga z orzechów laskowych, tłuszcz roślinny, cukier, mleko, biała czeko 8,5%, miód, mleko pełne, pasta waniliowa.

Nasze kubki smakowe wyczuwają przede wszystkim prażone orzechy laskowe, wanilię, 'mleczność'. Krem jest gęsty, ma cudny biszkoptowy kolor i co tu dużo mówić – uzależnia. Nie jest przesadnie tłusty ani słodki. Ideał i cudowna alternatywna dla 'zwykłej czekolady'. Jest to absolutnie krem 'na łyżkę', co znaczy, że ja nie wyobrażam sobie mieszać tej rozkoszy z innymi smakami…

Dalej KRAKOWSKI KREDENS – krem z orzechów laskowych. To nie do końca krem czeko ale jest na tyle ciekawą pozycją, że postanowiłam go tu umieścić, tym bardziej, że zawiera kakao. Skład: cukier [!], olej rzepakowy, orzechy laskowe, kakao, mleko. I ten skład byłby genialny gdyby nie dwa fakty. Krem jest bardzo tłusty [aż wydziela się olej na powierzchni] i bardzo, za bardzo słodki. To daje efekt gęstego syropu a nie kremu. Faktem jest, że jest bardzo orzechowy i mimo, że brzmi jak krytyka to co powyżej – warto go mieć w szafce kuchennej. Wprawdzie nie nadaje się na ‚wciągnięcie łyżką’ bo to ulep ale jest świetny w połączeniu z twarożkiem [takie trochę lody orzechowe…], super na lody [jako alternatywa syfnych i sztucznych sosów] i cudny w polewach na ciasta.

Kolejny NICOLAS VAHE – krem z gorzkiej czekolady i pomarańczy. Piękny skład: cukier trzcinowy, ciemna czekolada 20%, woda, pasta z orzechów laskowych, smażone skórki pomarańczowe, olej słonecznikowy, mleko. Krem jest bardzo gęsty. Bardzo intensywny. Dość wytrawny. Osoby lubiące połączenia czeko z owocami padną. Całość roztapia się na języku pozostawiając pomarańczowe drobinki, które za chwilę też się rozpływają. Idealne do naleśników.

IMG_6522_filtered

Następnie mamy Nutellę czyli krem o smaku czekolady i orzechów. Trochę celowo napisałam 'o smaku', bo Nutella, choć jest niezaprzeczalnie klasykiem, ma najgorszy skład, i subiektywnie rzecz biorąc, najgorszy smak z prezentowanych kremów czeko.

Skład: cukier, olej roślinny, orzechy laskowe 13%, kakao 7,4%, mleko 6,6%, serwatka.

Głupio tak pisać o Nutelli bo każdy ją zna. a czasem nawet wkłada głowę w 5 kg słoiki.. Jest pyszna, w końcu to krem czeko! Ale smakując inne alternatywy dochodzimy do wniosku, że jest dość tłusta [oleista] i jednak za słodka. To trochę jak z Milką. Dla mnie to 'już' nie czekolada a megasłodkie mleko w papierku. Jednak co ciast, wypieków i ogólnie celów innych niż 'łyżkowanie' i Nutella i Milka sprawdzają się, szczególnie, że to ekonomiczne wybory.

Kolejny to WEDEL – krem z ciemnej czekolady z orzechami laskowymi. O nim pisałam TU KLIK na samym dole postu. Po tej publikacji [ 😀 naprawdę! ] kremy Wedla znikły na kilka miesięcy z rynku, szczęśliwie nadrobili braki magazynowe i znów można umierać… Krem wrócił na półki dużo bardziej gęsty. Tak samo nieziemski.

Skład: cukier, miazga z orzechów laskowych 23%, tłuszcz roślinny, czekolada gorzka 8,5%, tłuszcz kakaowy, mleko, kakao. Obłęd!

Ostatni [dziś!] to NICOLAS VAVE – krem z gorzkiej czekolady i pistacji. Hmm… jadłam kiedyś krem z pistacji, 98% pistacji i to było coś wspaniałego. Krem NV nieco mnie rozczarował, a to za sprawą zbyt mocno wyczuwalnego aromatu… no właśnie, jak co ciasta. I mimo, że w składzie nie ma nic sztucznego to to przeszkadza. Jednakże to smak inny, wyjątkowy, wart naszych kosztowań. Niezwykle gęsty, mocny, trochę wytrawny. Męski bym powiedziała…

Skład: cukier trzcinowy, ciemna czeko 22,5%, woda, pasta z pistacji 10%, olej słonecznikowy, mleko, pasta z orzechów laskowych.

IMG_6523_filtered

Hmm… piszę i chyba skoczę po 'jakąś' łyżkę na pracę mózgu…

Do czego kremy czeko jeśli nie na 'łyżkę'? Na czekokanapki [cudownie smakują z razowym chlebem albo ciemnym na miodzie..], do naleśników, omletów, placków, na lody, do ciast, do jogurtu, do sera białego.. wszędzie!

Idąc tropem kubków smakowych i naszych dorosłych, i tych kurduplastych, zaczęłam dochodzić do wniosku, że skład i jakość składu ma dla nas ogromne znaczenie. I bardzo wpływa na smak. Cudownie byłoby gdy cukier, najlepiej trzcinowy był na 4 miejscu, orzechów było 70% a tłuszcz na końcu i to rzepakowy… Idąc tym tropem wiecie co znalazłam.. gdzie zawitałam??? Może się domyślacie, ale dowiecie się dopiero za tydzień. W części drugiej 'Czekohaju'. Tymczasem – Za łyżki Kobity! Zróbmy sobie dobrze…

IMG_6520_filtered

IMG_6521_filtered

IMG_6531_filtered

IMG_6534_filtered

NICOLAS VAHE TU KLIK

WEDEL TU KLIK

NUTELLA – TESCO

KRAKOWSKI KREDENS TU KLIK

IMG_6531_filteredxxx