subskrybcja: Posty | Komentarze

Inni

46 komentarzy
Inni

Wieczór. Dzwoni do mnie koleżanka. Mama 6 letniej Mani. Pociąga nosem. Głos jej się łamie. Aga… Mania wróciła dziś z przedszkola, zapłakana, roztrzęsiona. Dzieci powiedziały, że jest zombie…

I ona mnie pyta, Mamuś, kto to jest zombie? To ktoś bardzo brzydki i zły prawda? Ja nie jestem zła, jestem przecież miła! Płacze.

Mania ma prawie 6 lat. Jest piękną, mądrą, dobrą i czułą dziewczynką. Kocha zabawy we wróżki i marzy aby mieć jednorożca. Mania ma plamę /naczyniak/ na policzku. Skazę. Dla dzieci jest zombie.

—————–

Jedziemy z synem autobusem. Wsiada pan, pani i pies. Pies macha ogonem i jest podekscytowany jazdą. Pani to wyjątkowo ładna kobieta, trzyma za rękę pana. Wyglądają na trzydziestolatków. Moje dziecko 'gada' z psem, pyta pana czy może go pogłaskać. To jedna z naszych kluczowych zasad. Zapytać. Pan, zdziwiony, odpowiada, że oczywiście, to łagodny psiak, kocha dzieci i ciasteczka. Mamo! Mamo! Zalewa się łzami dziecko me – ale mi zostało już tylko jedno ciasteczko! Wiem, dam mu lewy kawałek a prawy zachowam dla ptaszków na przystanku. Psiak zajada ciacho, pan podaje rękę synkowi, mówi, że super koleś z ciebie. Ściskają prawice. Mi jest ciepło na sercu.

Nagle odzywa się inna pani, z innym z synkiem, starszym, szkolniakiem. Niech pani nie pozwala mu go dotykać! Zarazi się! Ja w panice patrzę na psa, szybko myślę, że przecież zaraz umyje ręce. Bez przesady. Jednak niepokój pozostał. Syn tej innej pani coś mówi, słyszę strzępek zdania:….. powinno być zakazane żeby tacy jeździli z normalnymi…

Jak grom trafia mnie. Nagle to widzę. Pan od psiaka i ładnej pani jest cały w plamach. Czerwonych, łuszczących się. Widzę nagle wyraźnie, że cały autobus stoi w 'bezpiecznej odległości', pilnuje by nie dotknąć, by się … by się nie zarazić? Przecież to łuszczyca, myślę, czemu tak reagują. Ze strachu? Z inności? Ładna pani mocniej ściska za ramię swego ukochanego, on spuszcza głowę, zerka tylko na moje dziecko i swojego psa, uśmiecha się na smutno.

Wysiadamy. Bolo na pożegnanie woła: Pan jest bardzo miły! I jego psiak! To prawda synku, to miły pan z miłym psiakiem.

W domu dziecko opowiada zdarzenie. Ani słowa o plamach.

———–

Mama Mani płacze. Może zrobię ten laser. Ale to pod narkozą. To przecież sprawa kosmetyczna. Robić z niej medyczną? Tak narażać małe ciałko? Czy warto? Boi sie decyzji. Każda jest zła. Mania smutna, myśli, że jest brzydka, zła. 'Aga… ale to nie dzieci pytają o tego naczyniaka, przynajmniej nie na początku, to zawsze dorośli.' Wprost, jakby dziewczynki przy tym nie było: a co jej tu jest? a co to? a to zaraźliwe? nie usuwacie? nie boisz się, że dzieci będą się śmiały?

A dzieci, co to prognozowane są na te, co śmiać się będą, stoją obok. I słuchają.

Przyjedź z Manią. Jak chcesz porozmawiam z nią. Przyjeżdżają. Mania nasuwa maniakalnie włosy na ten jeden policzek. Nie patrz tam Ciociu, to jest plama zombie… Oczy – szklanka. Rozmawiamy. Opowiadam jej o ludziach. O ludziach po prostu. O tych w okularach, o tych z odstającymi uszami, o tych sepleniących i jąkających się. O takich co kuleją jak idą i o tych, którzy nie mają jednej dłoni. O takich co mają pieprzyki i o takich co mają blizny. O grubych, chudych, wysokich i niskich, o karzełkach i takich z chorym kręgosłupem. O takich z ciemniejszą skórą i takich z krzywymi zębami, i o takich, którym zębów brakuje… Opowiadam o ludziach po prostu.

Mania słucha. Zadaje pytania. Czy oni wszyscy są inni? Inni od kogo dzieciaku? Ode mnie? Od ciebie? Od pani w autobusie i od sąsiadki? Nie! Ja mam bardzo zadarty nos, ty masz plamkę na policzku, pani w autobusie ma haluksy a sąsiadka jest prawie łysa… Wszyscy jesteśmy tacy sami. Tacy sami – inni. Bo każdy jest inny w swej wyjątkowości ale taki sam – człowiek po prostu.

——————-

Ciociu czy jak ktoś nie ma nóg to jest kaleką?

Kaleka to stan umysłu, najczęściej tych prześmiewców chowających kolejnych na swe podobieństwo. Jak ktoś nie ma nóg to nie ma nóg, jest nie w pełni sprawny fizycznie. I tyle. Nic więcej. Czemu pytasz Maniu?

Pyta bo w jej bloku jest pan bez nóg, i jest dziewczynka z zespołem Downa. A ludzie, dorośli ludzie, nie mówią o nich pan Łukasz, nie mówią Karolka… Więc pyta. Bo dzieci wołają: ta kaleka z pod czwórki…

—————-

Pośród mazurskich lasów, w stadzie pięknych klaczy i ogierów, przychodzi na świat zebra… Zanim zebra zacznie 'szkołę' dowie się, że jest inna, że nie pasuje do drużyny białych koni, do drużyny czarnych też nie pasuje…

Mała zebra dużo płacze. 'Nie pasujesz do nas! Jesteś inna!'

'Córeczko, dlaczego jesteś taka smutna?' pyta Mama Klacz i gdy dowiaduje się co się stało szepce w ucho: Jesteś inna bo jesteś zebrą! To cię czyni wyjątkową! Ale pamiętaj, wszyscy jesteśmy ważni, i wszyscy jesteśmy wyjątkowi…

————–

Konie bawiły się do późnej nocy, a kiedy nadeszła pora na sen, przytuliły się do siebie – białe, szare, czarne i pstrokate…

/Nic więcej nie napiszę o tej książce. Kupicie ją tu i jeśli macie 3 latka … to już pora. KLIK "Zebra", Ifi Ude, ilustracje Nežka Šatkov/

IMG_3716_filtered

IMG_3717_filtered


Łagodnie.

36 komentarzy
Łagodnie.

No i stało się! Po miesiącach przybijającej, ponurej zimy, po półroczu chłodnawego wiośnia i przedwiośnia nadeszło upragnione, ukochane i wyczekane. Tygodnie rodzinnych narad, przekomarzań, zmian planów, długie dyskusje – gdzie jedziemy? Może morze? Polskie morze? – dziękuję za krioterapię! Eeee, nie lepiej w góry? Z dzieckiem? O nie, za małe jeszcze jest! W Polsce? Za granicę? Do Włoch? Drogo! Na Mazury? Stado komarów, ale pięknie tam…. i tak w kółko.

W końcu, prawie jak co roku, wybór pada na nasz polski swojski kochany. Bałtyk. Juhuu! Rezerwacja zrobiona, urlop wpisany w kalendarz. Pozostaje tylko odliczać dni, kompletować wakacyjną wyprawkę oraz nakręcać się nawzajem wizjami leniwych dni na plaży, pląsami wśród fal i zabawą wśród zamków z piasku. Rodzina RAZEM. Okazuje się jednak, że spakowanie trzylatki na taki wyjazd to nie lada wyzwanie! Holidaygate prawie ! Zawsze myślałam, że spakowanie MNIE na wakacje to już jest wyczyn, ale odkąd jestem mamą i podróżujemy we trojkę z córką, oddaje jej ten tytuł walkowerem. Zabawki, kostiumy, ubranka (oo, to też się przyda, i ta sukienka koniecznie, i jeszcze te trzy bluzki ), książeczki, materace (ten jest Nadii ulubiony, ten mniejszy też fajny – biorę i może ostatni jeszcze dla mnie i Taty co byśmy dryfowali sobie wśród błękitnych fal), kapelusze (wezmę cztery, albo pięć, no co tam, przecież to lekkie), kremy (nawilżający, ochronny, przeciwsłoneczny, do buzi, do ciała, do oka, do palca ), ukochana maskotka ( i szmaciany zajączek i klocki od Dziadka, i ulubiony robot z Kinder niespodzianki, o i tego misia też weźmiemy), lekarstwa (cały domowy zapas, bo przecież nigdy nie wiadomo prawda?)… Na pewno o czymś zapomnę! No i okazuje się, że z jednej meeeega dużej walizki robi się jedna meeeega duża walizka i pięć tylko troszkę mniejszych. O mama mia! – spojrzenie Taty zabija mnie już przy pierwszej próbie wciśnięcia całego majdanu do bagażnika auta. A co ja zrobię, że wszystko potrzebne? Polskie morze, kiedy pogoda sprzyja, jest naprawdę cudowne. Szerokie piękne plaże, miękki biały piasek, którego mogą pozazdrościć nam zarówno Włosi jak i Hiszpanie, wysokie orzeźwiające fale przez które skaczemy całą rodziną aż w brzuchach łaskoczą nas motyle. Taplanie się w piasku, krzyki mew, przymykające się z błogości oczy, kiedy leżymy wszyscy przytuleni na leżaku pod parasolem.. Rodzina RAZEM. Potem tradycyjnie flądra w smażalni „ Rybitwa”, na tekturowym talerzu, u pana, który krzyczy przez okienko: zamówienie numer trzydzieści dwa do odbioru! Po całym dniu na plaży dziecię jest rozkosznie zmęczone, ale jednocześnie na tyle podekscytowane, że nie ma miejsca na marudzenie czy fochy. A i my z Tatą jesteśmy jakoś bardziej wyluzowani, jakby ktoś zdjął z nas ten całoroczny stres i pozwolił znów być dziećmi. Chłoniemy każde wspólne chwile, bo wiemy, że z to z nich właśnie będziemy czerpać energię przez cały kolejny rok. Upalny dzień ma się ku końcowi i dopiero teraz widać jak przesuszoną skórę po słonym morzu i smaganiu słońcem ma moja córka. Po powrocie do hotelu sięgam, więc do przepastnej torby z kosmetykami i mój wybór pada na oliwkę JOHNSON’S Baby. Każdy ją zna, kojarzy prawie od dzieciństwa. W latach 80-tych była synonimem zachodniego luksusu, przemycana gdzieś na dnie torby od wujka z Niemiec czy przesyłana w świątecznej paczce od rodziny „na placówce”. Miła, jedwabista, kojąca. Nie raz i nie dwa uratowała mi skórę po zbytniej ekspozycji na słońcu, wygładzała i nawilżała skórę lepiej niż nie jeden balsam. Odkąd Nadia jest na świecie towarzyszy nam nieodłącznie – zwłaszcza latem jest w użyciu prawie codziennie. Po powrocie z plaży czy znad jeziora dodaję kilka kropel do wanny i po wyjściu z kąpieli osuszam tylko lekko ręcznikiem a skóra jest niewiarogodnie aksamitna i przede wszystkim rewelacyjnie nawilżona. Bez wklepywania, wcierania i czekania aż wyschnie. ja natomiast używam oliwki w żelu JOHNSON’S Baby, tej kwiatowej, jak dla mnie to absolutny must have każdych wakacji. Używamy jej całą rodziną i śmiało można rzec, że jest to nasz prywatny, rodzinny trade mark. Cudownie łagodzi i koi, nawilża i pielęgnuje. Od wielu, wielu lat złączona jest z nami tak naturalnie, że aż nie zauważamy jej podczas codziennych czynności. To jak mycie zębów. Dopiero jej unikalny, kwiatowy zapach przy otwieraniu, mimowolnie, przywodzi mi zawsze na myśl wakacje i ten specyficzny klimat słońca i błogostanu…

—————-

Wy nie wiecie tego, ale ja mam swoją prywatną armię. To grupa mam, jest nas ze trzydzieści… Wszystkie jesteśmy mamami Wrześniaków 2011 [oczywiście mój syn jest pierwszym Wrześniakiem, bo z lipca 😉 ]. Poznałyśmy się prawie 4 lata temu, a nasze znajomości przerodziły się w wielkie przyjaźnie a przede wszystkim w najsilniejszą grupę wsparcia i wiedzy ever. Powyższy tekst jest jednej z nich, mam Wrześniaczki Nadii… Dlaczego to napisała? Bo ja od razu do nich… Dziewczyny… Mam projekt z JOHNSON’S Baby… Jakie macie doświadczenia? Ano właśnie takie.

—————-

Marka JOHNSON’S Baby jest dla mnie wyjątkowa. Podchodzę do niej z sentymentem i zaufaniem. Jak pisała Marta powyżej – jest z nami od zawsze. Oliwka, ta tradycyjna, nieodzownie będzie kojarzyła mi się moją mamą. Nie do przegadania. Opalała się na niej, smażyła, i pachniała tak cudnie… Nie docierało do niej, że brak filtrów, że niezdrowo. Mama i plaża to ten zapach słońca, talku, mlecznej wanilii. I może bez flitów, ale miała tak nawilżoną skórę, że wyglądała na niemowlęcą. Ja z kolei, osobiście, pokochałam JOHNSON’S Baby w wieku kilku lat. W czasie komuny wyjechaliśmy do Kanady a tam – bum! NO MORE TEARS® No more tears! Ten szampon stał się dla mnie wybawieniem, bo byłam dramatyczną histeryczką ze szczypiącymi oczami. Kolejny produkt to już całkiem mocne emocje. Gdy urodziłam synka, maleńkiego, nie przekraczał 2 kg, który leżał na OIOMie w Pradze, poznałam ten łagodny płyn do mycia ciala i włosów 3 w 1. Pamiętam zdziwienie, że JOHNSON’S Baby jest w szpitalu i to na oddziale ratunkowym dla noworodków. Był, bo jest tak bezpieczny. Z tego co wiem jest też rekomendowany do polskich szpitali. Tego płynu używamy po dziś dzień. I Alleluja za pompkę. Na koniec – chusteczki nawilżające. Lubię je za to, że mogą być i do pupy i do oczu… To szczególnie ważne podczas wyjazdów. Sprawdzają się też dla nas, dorosłych. Ja zawsze zmywam nimi makijaż a w drodze, przy braku dostępu do bieżącej wody – myjemy nimi ręce. Widzicie,więc, że mimo, że to post sponsorowany to sprawia mi wiele, prywatnej przyjemności. Najfajniej jest promować produkty, które się zna od ponad 20 lat…

JJmale

WYGRAJ ZESTAW KOSMETYKÓW JOHNSON’S Baby [zestawy zostaną dobrane do wieku i potrzeb wygranych maluchów]

DO ROZDANIA MAMY 5 ZESTAWÓW

KONKURS

1. Kliknij w grafikę powyżej. W komentarzu napisz jednym zdaniem, który produkt JOHNSON’S Baby lubisz, ewentualnie, który chciałabyś wypróbować.

2. W tym samym komentarzu opisz własne wspomnienie wakacyjne, takie, które chciałabyś zafundować swojemu dziecku. Postaraj się nie przekroczyć 5 zdań.

3. Podpisz się proszę i użyj maila przy logowaniu, takiego, na który będę mogła się z Tobą skontaktować.

4. Szybka piłka – gramy tylko do wtorku 29.07.2014 do godziny 24.00. Wyniki w środę do końca dnia. Wygrywa pięć komentarzy. Kosmetyki zostaną dopasowane do wieku i potrzeb dzieci :)

5. Sponsorem postu i nagród jest JOHNSON’S Baby

6. Powodzenia!

————–

wyniki:

wygrywają poniższe kometntarze nr 32, 22, 28, 16, 1

[Jarek, Basia, Marta, Kinga, Natalia P.]

proszę o dane adresowe wraz z nr tel i wiekiem dziecka na klocek.kredka@gmail.com

koniecznie proszę napisać z maila, który był podany przy pozostawianiu komentarza

na dane czekamy do niedzieli 3.08.2014 do końca dnia

dziękuję! :)


jak tryśnie!

18 komentarzy
jak tryśnie!

Znajomi zostali obdarzeni trzecim dzieckiem. Znamy to już. Ona siedzi i karmi piersią. On przeprasza i siada tyłem. Setny raz to samo. Ona ględzi: no bądźże mężczyzną, popatrz jakie to piękne… On nie może. Siada tyłem, bokiem, na ukos, kombinuje. Głowa spuszczona, przeprasza. Znamy to już od wielu, wielu lat.

Kolejny raz. Ona karmi. On tyłem. Bądźże mężczyzną! Popatrz jakie to urocze. Zobacz, tak błogo wygląda nasza Malutka!

 

Zbiera się w sobie. Odwraca. Na wdechu siedzi. Oddychaj na litość boską! Bądźże mężczyzną!

– A… a co jeśli jej się wymsknie?

– Co się wymsknie znowu?

– No pierś z buzi.. się wymsknie…

– No to co?

– No to… no i jeśli…

– To tryśnie w ciebie i wypali ci oko!!! – wykrzykuje ona z diabolicznym śmiechem, rechotem prosto z piekieł.

On odwraca się znowu z prędkością światła. Foch w powietrzu takk ciężki, że można ciąć nożem. Głos płaczliwy.

– Już nigdy! Nigdy ci nie zaufam!

————-

[publikacja za niepewną zgodą Onego i radosną zgodą Jej]

Nie mogę przestać się śmiać! 😀 😀 😀


Garść – lipiec

14 komentarzy
Garść – lipiec

Mało nas. Jesteśmy w rozjazdach a ja czuję jakbym była na urlopie. Dobrze jest. Dziś wpadam na chwilę pokazać Wam fajności z lipca, który wprawdzie jeszcze się nie skończył ale … ale zbyt fajne to rzeczy aby jeszcze czekać.

Zacznę od kremu czeko. Biała czeko + pistacja. Gdy pokazałam ten zielonkawy krem na FB kilka osób pisało, że to żadna nowość. Dla mnie to nowość. I wielkie odkrycie. To nie tajemnica, że jestem wielką fanką kremów Wedla KLIK, ten, jak dwa poprzednie zachwyca. A co najważniejsze, jedzenie go, smakowanie, turlanie po języku, jest rozkosznym, w pełni zmysłowym doświadczeniem. [Krem można kupić w Pijalniach i Sklepach Wedla. Niestety tylko stacjonarnie.] Zjedzcie i odlećcie niczym ja za każdym razem gdy serwuję sobie łychę tej pychoty.

IMG_31057777_filteredmale

Druga sprawa – również znana KiKowcom. Djeco kolaże. Mamy nowy zestaw. [inne opisane tu KLIK] Po co to pokazuję niejako ponownie? Ano po to, że to genialna rzecz podczas wyjazdów wakacyjnych. Zabieramy jedno takie pudełko, które zawiera wszystko co potrzebne. Gdy zmęczenie wodą, basenem i spacerami osiąga zenit, siadamy na podłodze hotelowej i wyklejamy. Jedna praca na raz. Ten zestaw jest ciut łatwiejszy od opisanego poprzednio. Bąk właściwie działa sam według 'ęstukcji' [low!]. Powstają cudne dzieła, Małe niezwykle rozwija precyzję i uczy się działania według planu tak aby osiągnąć cel. Uwielbiamy, polecam bardzo. Wrzućcie w walizkę na dno. Zapewniam, że się przyda i sprawi mnóstwo frajdy i pewnego rodzaju odpoczynku podczas intensywnych wakacji.

Trzeba też pamiętać, że te cuda są wielokrotnego użytku. To nie jednorazowa frajda. Klej jest taki, że z łatwością można wszystko odkleić, schować na parę tygodni i działac od nowa. Super sprawa.

Kolaże Djeco TU KILK

IMG_3562_filtered

IMG_3563_filtered

Kolejna rzecz JEST DLA MŁA! Jezuuu…. gdy zobaczyłam tę torbę na blogu Julii natychmiast napisałam: co, jak, gdzie, chcę! To jedna z tych rzeczy, które przemawiają do mnie w sekundę i wiem, że muszę, muszę ją mieć bo to unikalne piękno. Gdy moja torba-krowa przyszła ja padłam ale… mój mąż, który raczej ma w poważaniu tego typu przesyłki, przystanął i przyznał, że jest… no zajebista jest, naprawdę. Piękna. Masywna. Duża. Uszyta jak arcydzieło. Ciekawostka taka – szyje ją pani krawcowa, która jest odpowiedzialna za szycie rzeczy z Szafy Tosi.

To torba na zakupy. No ba! Ale poniżej zobaczycie zdjęcia [wybaczcie siniaki, zamiłowanie do drzew niektórym nie mija w wiekiem…] z naszych wyjazdów. To moja ulubiona torba… podróżna. Taka co między nogi wsadzam w aucie z chrupkami, chusteczkami antybakteryjnymi, przekąskami i piciem. To torba na plażę idealna. To torba … na wszystko i 'na wszędzie'. No i … cudna jest tak bardzo, że życzę Autorce wielkiego sukcesu, bo na niego w pełni zasługuje.

Torba Krowa TU KLIK

Inne torby od FortFoxArt [bardzo, bardzo podoba mi się nazwa marki] TU KLIK

IMG_3447_filtered

IMG_3441_filtered

IMG_3458_filtered

IMG_3466_filtered

 


powieści szeptane

16 komentarzy
powieści szeptane

Taki obiad. Taki co 10 lat temu wywoływał u mnie senność i niechęć. Rodzinny. Z rosołem i pieczenią. Szarlotką i galaretką dla mniejszych. Siedzeniem przy stole. Nuda. 10 lat temu robiłam wszystko żeby się od takich atrakcji wymigać. Dziś… dziś uwielbiam. Ten rosół to jedyny taki. Esencjonalny, złoty, z krzywym makaronem. Koniecznie jajecznym. Zasypanym pietruchą, grubo siekaną. Z jedną marchewką rosolaną na talerz. Uwielbiam ten rosół, uwielbiam ten stół. Uwielbiam bo zmieniła mi się perspektywa. Bycie rodzicem może? Wiek może? Doświadczenia i pewne już poczucie przemijania może? No może. Ale na pewno uświadomienie sobie, że łapanie kadrów słownych jest dla mnie jedynym tak pięknym doświadczeniem, tam, przy tym stole z rosołem. Wspomnienia.

Wspomnienia pokoleniowe. Te historie rodzinne co to ewoluują z każdym pokoleniem. Co to już nie wiadomo czy Babcia Julianka naprawdę tańczyła przed tym Niemcem żeby Dziadka od chłosty ratować. Jak to już nie mamy pewności czy Ciocia Juliśka naprawdę uciekła z Egipcjaninem do Chin czy tylko tak napisała w liście a w rzeczywistości zamieszkała w Bydgoszczy. Ile w tym prawdy, że Dziadek Józek do ostatniego dnia Westerplatte bronił. Jak duże ziarno rzeczywistości jest w historii Babci Stasi, która twierdzi, że oświadczył się jej sam Marszałek ale jest damą i więcej powiedzieć nie może…

Uwielbiam. Słuchać mogę godzinami. Każda historia z poszczególnych ust jest troszkę inna, podkolorowana na swoją modłę. To najpiękniejsze powieści szeptane jakie człowiek może napisać. Ja całkiem niedawno zostałam dopuszczona do opowiadania. Bo bez przesady! Nie za dużo! Może jedna historyjka na obiad. Przecież cóż Ty dziewczyno dopiero przeżyłaś! No niewiele, myślę zawsze, jak słucham o Juliance, Józku czy Stasi. Rosołu takiego złotego, z lubczykiem też /jeszcze!/ robić nie potrafię. I makaron źle kroję! Co to za pomysł, żeby był równy jak ze sklepu. Durność młodości…

Jak z Agnieszką pojechaliśmy do Hiszpanii… zaczyna mój Tata. Pamiętam! – mówię. Ależ!!! Cóż Ty z Madrytu możesz dziecko pamiętać!

A ja pamiętam. Nie Madryt. Madrytu nie pamiętam. Pamiętam moją Mamę tak piękną biegnącą z wody wprost na mnie. Ja piszczałam i skakałam: Mamo! Mamuś! Bo stęskniłam się. Ona tak długo pływała… Mama biegała a ja mam kadr w głowie – lekka, smukła, wysoka z czarnymi do pasa włosami i tym prostym przedziałkiem pośrodku. Taka piękna! W kostiumie koloru głębokiego, czerwonego wina, w perełkach wody, chłodna i pachnąca. Cudowna. Wpadła we mnie i na mnie i przytulając się turlałyśmy się po piasku na plaży aż Tata oznajmił z półuśmiechem i pół zażenowaniem, że wyglądamy jak otoczone w panierce kiełbaski…

A jak Małgosia pojechała do Krakowa w wieku 4 lat. Sama! Pamiętacie? pyta Ciocia Grażka. Ja nie pamiętam. Ale znam tę historię jakbym ją samodzielnie zapamiętała właśnie. Lato. Gdańsk. Moja Mama miała kilka lat. Zarządzała 'bandą' przedszkolaków spod portu. Dobiegli do Dworca. Gośka zawołała: wsiadamy! Ale reszta, często starsza, spękała. Gosia wsiadła. I nie wysiadła. Pociąg odjechał. Pojechała do Krakowa a dzieci z bandy pobiegły do mojej babci a jej mamy z informacją, że Gocha w pociągu, uciekła. Babcia rzuciła wtedy w kąt drylowanie wiśni, cała w czerwonych plamkach pobiegła na dworzec modląc się żeby jej dziecko nie wysiadło nigdzie po drodze. Nie wysiadła. Jak pociąg dojechał do Krakowa obudziła się i zapytała pana w mundurze – przepraszam, w którym kierunku jest port? Pan w mundurze zaprowadził ją do kolejarzy, ci podzwonili gdzieś i wsadzili ją w pociąg do Gdańska. Do domu. Gdy dojechała, babcia już skończyła drylowanie wiśni, odebrała dziecko z dworca a mała Gosia przepraszała: Mamuś, przepraszam, że nie przywiozłam ci żadnej pamiątki z wakacji ale nie pozwolili mi wyjść na miasto… Całą resztę lata Gosia musiała meldować się w domu wg rozkładu wycia syren z portu. Całe lato piła kompot z wiśni…

Ileż to prawdy w tym, że Anula porodziła swe czwarte dziecko nie przerywając sianokosów i dziecko mokre jeszcze zawinęła w fartuch na piersi i kosiła dalej. Jedni mówią, że porodziła tuż przed zmierzchem, na polanie jagód. Była zmęczona i musiała się posilić. Urodziła Jagodę i zdrzemnęła się. Potem zwołała chłopów, żeby ją jednak na taczce zawieźli do domu bo słaba była ale już przed nocą wekowała maślaki… I gdy znowu ktoś zaczyna: a znacie to jak Anula porodziła Jagodę? Znamy, znamy wszyscy mruczą, ale posłuchajmy… i słuchamy. Zawsze jak od nowa.

A pamiętacie jak Babcia Irenka ukrywała Żydówkę w piwnicy? Całą wojnę? Pamiętacie? Jakże jej na imię było… Irenka mówiła, że Anna, wołała ją Anuszka. Obcięła jej włosy i je tleniła. Nauczyła pacierza. Żeby się dziecko piwnicy nie bało opowiadała jej, że księżniczką w zamkowej wieży jest. Czarodziejskiej bo ta wieża to od dołu zbudowana… A Anuszka, 30 lat po wojnie przyjechała do Irenki i powiedziała, że naprawdę jest księżniczką i w zamku mieszka, w wieży od góry ma sypialnie, w Maroko…

Plecą się życia, plecą historie. Piękne wspomnienia, gorzkie czasem ale jakże barwne. Historie. Anegdoty.

A ja pamiętam jak Stasia przyjechała ze Stanów. Siostra Irenki. Wakacje oczywiście nad polskim morzem. Dostałam takie czerwone majty do pływania. Z falbankami na pupie. Amerykańskie. I ja w tych majtach łaziłam po plaży jak Miss jakaś i tylko patrzyłam czy ludzie widzą tę falbankę przecudną. Łaziłam tak aż wlazłam jakoś w wodę. Płytko. Po kolana. Wszyscy z kosza plażowego mnie obserwowali… Wlazłam i zniknęłam. Stasia mówiła, że tylko czerwone gacie mignęły i już. Nie ma. Jak kamień w wodę. Pobiegli, szukali. Mama krzyczała, Tata szukał ratownika z megafonem. 'Zaginęła dziewczynka kilkuletnia, ubrana w czerwone majtki..' Tu! Tuuuuu! Proszę Państwa! Tu! Znalazł mnie starszy pan co to brodził stopami po brzegu. Nieprzytomną mnie wyłowił, za te majty wyciągnął do góry a ja kaszleć zaczęłam. 100 metrów dalej odnalazła się próżna zguba. Do dziś trwają rodzinne dysputy czy ja do dołka jakiegoś wpadłam a potem prąd mnie zniósł, czy może odpłynęłam po prostu. A jeden wujek, co to ma najciekawsze teorie świata twierdzi nawet, że wszyscy doświadczyliśmy wtedy tajemniczej luki czasowej… Plecą się te historie czarownie…

I przy tym rosole a potem przy obowiązkowej pieczeni stryjek zaczyna: To ja opowiem jak Józin ustrzelił tego dzika pamiętacie? Co go ustrzelił a on, ten dzik taki ranny w szyję pokazał mu gdzie jego młode są, żeby przetrwały… I Józin je chował jak własne warchlaki…

I jak Gosia życie w wypadku samochodowym uratowała bo biegła 10 km po pomoc przez las, bo szosa, noc, jakaś trasa z Torunia donikąd. I córkę zostawiła w samochodzie w tę ciemność, na tej szosie i powiedziała: tu chodzi czyjeś życie Kochanie, bądź dzielna, nie otwieraj drzwi, nie wychodź, czekaj. Przysięgam, że wrócę. Wróciła do mnie. A ja do dziś czuję tę odrobinę mdlącej słodyczy, jaką odczuła moja mama gdy nadjechała karetka. Po miesiącu kartka pocztowa z Brodnicy: dziękuję!

————-

Jakie kadry słowne pozostawimy Tobie Synku. Jakie obrazy. Jakie niesamowitości? Czy zapamiętasz, to uczucie, gdy czekamy na Tatę jak wraca z delegacji? Czy zapamiętasz moją pomarańczową sukienkę, którą tak uwielbiasz? A może moje dłonie, chłodne, kojące? Czy to będą codzienności czy niezwykłości, pamiętaj Kochany, jesteśmy tym czym tworzy nas historia. Nasza, mała, osobista. I chciałabym za lat wiele przy tym rosole poinformować twoją żonę, że jednak jeszcze nie umie tego rosołu tak złotego zrobić, i źle te kluski sieka, i że za młoda jest jeszcze na opowiadanie ale niech słucha. I Ty Maluchu, słuchaj teraz i słuchaj za lat wiele. Wspomnienia, historie, plecenie, bajanie. To takie wielkie bogactwo rodzinne. Szeptane powieści własne…Tajemnice, sekrety, przepisy…  Może i Ty za ponad półwiecze zasiądziesz do pieczeni i opowiesz o tym jak Babcia Aga i Dziadek Bartek pewnej styczniowej nocy…

IMG_2470_filtered