subskrybcja: Posty | Komentarze

Rożek dla Helenki

98 komentarzy
Rożek dla Helenki

Wparowała w nasze życia bez pardonu, 6 tygodni za wcześnie. Coś te dzieciaki z naszej rodziny za żadne skarby nie chcą być Wrześniakami z urodzenia…Wparowała, zapłakała, pojadła. Zdrowa, duża, silna. Posiedziała w inkubatorze, dopiekła się ta nasza druga wcześniacza muffinka i powędrowała do domu. Kropeczka z niej. Dwa kilo, już dwa i pół. Ślimaczek, który 'nadal jest w brzuchu'. Siostra Mili i brateczna Bolsa. Oficjalnie na KiKu witamy silną babeczkę o silnym imieniu. Czołem Helenka!

Sprawa jest prosta. Helenka swym wejściem przypieczętowała mój silny plan bycia Cioteczką do rozpieszczania. Ciocia Wcześniaczki/niedoszłej Wrześniaczki… oj me serce mocno latało w piersi.. Eh, lata nadal i już nigdy nie przestanie. Bolo z Milą są prawie rówieśnikami. Gdy Mila była mała to i Bolo był mały a my obie z Magdą byłyśmy świeżymi mamami poszukującymi, często na oślep a często z praktycznego przymusu, rzeczy dla naszych dzieci. Tym razem jest inaczej. Mam czas i energię. Mam możliwości i chęci. Mam niesamowitą, rozkoszną, wolną! przyjemność z wynajdywania fajności w świecie 'tyci'. To takie przeurocze być Ciocią Kropki.

Dziś o pierwszej, ever! rzeczy jaka przyszła dla Heli. Dziewczyna była jeszcze w inkubatorze a tu pięknie zapakowana paczuszka, z dedykacją. Cyk zdjęcie do Magdy, ślę do szpitala, może zerknie w ferworze pracy nad laktacją. A ona… wzruszona. I ja. Wiadomo. To dopiero początek Mamuszko! – napisałam.

IMG_5895_filtered

IMG_5897_filtered

IMG_5902_filtered

IMG_5906_filtered

Co to było? Rożek. Z alg. Eeeełat?! myślę. Znam już cudność bambusa [mój mąż nadal nie chce słyszeć, że nasze najlepsze ręczniki są właśnie z bambusa…] i rozkosz muślinu. Ale algi? Ano algi, które sprawiają, że w połączeniu pół na pół z bambusem tworzą coś tak przerozkosznego w dotyku, że żałuję, że nie mam jak Wam dać pomacać. A to naprawdę wiele zaskoczyć mnie, bo jeszcze miesiąc temu oznajmiłabym butnie, że znam i wiem już wszystko o rynku niemowlęcym. Taaak, znam. Znam to co było 2-3 lata temu. Co okazuje się czasem świetlnym w tej materii.

Tak więc z ogromną przyjemnością eksploruję od nowa świat tyci rzeczy i nie zawaham się tej naszej Heleny rozpuścić do granic możliwości [albo do momentu aż Magda przestanie odbierać ode mnie telefon… ] Ale wracając do rożka. Rożek marki Camphora. 50% alg morskich i 50% bambusa. To pierwszy i jedyny na polskim rynku taki produkt. Myślę, że wszystkie Mamy już od dawna doceniają zalety tkanin z bambusa. A algi? Powtórzę się tylko, że nie dotykałam czegoś tak delikatnego i tak nieziemsko kojącego nigdy dotąd [pomijam sztuczne materiały typu plusz czy minky]. Ponad to tkanina ta, a tym samym rożek, ma właściwości termoregulujące, nie podrażnia skóry, jest antyalergiczny, jest oddychający i …. a zresztą same poczytacie o tym TU KLIK.

Sam rożek jest nieusztywniany, wiązany. Równie dobrze może służyć za kocyk, matę czy kołderkę dla Kropki. Ale patrząc na nią w tym rożku jedno jest pewne. Jest jej dobrze. I to najważniejsze.

Jeszcze słowo o wcześniakach i noworodkach. Ich skóra jest absolutnie wrażliwa i delikatna. To nawet widać na poniższych zdjęciach. Algi mają też działanie kojące a nawet lecznice. Nie są w stanie odparzyć. Pieluszka z alg może być też: podkładem na przewijak, lekkim otulaczem, ręcznikiem [tkanina jest bardzo chłonna], ochraniaczem na wózek [pochłania UV]. Mamy taką pieluszkę do sprawdzenia i dla Was.. Zostawcie dowolny komentarz pod postem. Po prostu znak, że byłyście. Za parę dni rozlosujemy taką pieluszkę z alg morskich KLIK.

Tymczasem… Ja dalej szperam, szukam, pławię się w maciupkowym świecie. Więc niezależnie czy aktualnie jesteście Cioteczkami czy Mamami ToBe, czy Mamami Świeżakami – strzeżcie się, bo obawiam się, że możecie na KiKu zobaczyć jeszcze masę cudności ze świata 'tyci'.

Te niewiarygodnie delikatne wspaniałości z alg znajdziecie tu:

ROŻEK

OTULACZ

no i…. CZOŁEM HELENA! <3

IMG_6118_filtered

IMG_6120_filtered

IMG_6124_filtered

IMG_6127_filtered

IMG_6128_filtered

IMG_6138_filtered

IMG_6151_filtered

wygrywa komentarz nr 47:

RANDOM.ORG_-_Integer_Generator_-_2014-09-20_10.34.35

proszę o dane na klocek.kredka@gmail.com


Stado Stikeez

25 komentarzy
Stado Stikeez

Moje dziecko uwielbia zbierać. Takie zbieractwo, kolekcjonerstwo jest po prostu naszą cechą rodzinną, dochodzi do tego jeszcze dziecięca radość z małych przyjemności. Chodzimy 'na skarby'. Bierzemy wiaderko i zbieramy: patyczki, kamienie, piórka, łupinki, jarzębinę czy liście… Chodzimy na 'jajka', te maszyny w sklepach, co to w środku mają masę plastikowych dziwności. Ten moment otwierania, napięcie, podskoki… Bezcenne za 1 zł. Chodzimy 'na warzywa', starannie nasz synek wybiera po jednej cukinii, cebulce, fasoli.

Bardzo cenię sobie te małe przyjemności 'z posiadania' popierdółek, z oczekiwania na nie, z radości z drobiazgu, najczęściej bez żadnej materialnej wartości oprócz tej najważniejszej, emocjonalnej.

Te małe popierdółki to zabawki do auta, to zabawki do wanny, na spacer, do kieszonki. Często siedzą przy obiedzie, przy talerzu albo na ramie łóżka, na noc. Czasem moje dziecko taki zdobyty skarb trzyma w piąstce przez wiele godzin. Jakiś kamień czy psiaka z tego jajka za 1 zł.

Gdy zostaliśmy zaproszeni do udziału w kampanii Stikeez dla Lidl'a i zobaczyłam zajawkowe zdjęcia tych 'ancymonów' nieziemsko się ucieszyłam. To coś idealnego, tu powinnam napisać – dla dziecka – ale i ja się nimi bawię, i Tata nimi pstryka pisząc ważnego maila…

IMG_5995_filtered

Małe, gumowe stworki i zwierzaki. Kolorowe, przeeeesympatyczne. No dobra, jeden 'groźny!' jest… Wszystkie 'stoją' na gumowej nóżce, która jest przyssawką i słowo daję, przyklejają się wszędzie, na każdą gładką powierzchnię. Przy odrywaniu fajnie pstrykają – mam wrażanie, że to bardzo łagodzące stres zajęcie, to pstrykanie. Wnioskuję z obserwacji męża…

Małe ancymony. Do kieszonki i do piąstki. Do przyklejania na szybę, na kubek, na talerz, na wannę, na okulary… Chichrania wywołują tonę! Moje dziecko z miejsca pokochało pingusa, sharka i kaczuchę. To ulubieńcy. Ale figurek do zdobycia jest aż 24 z 4 różnych 'światów': potwory, farma, ocean, dżungla.

IMG_6083_filtered

Stikeez to te gra planszowa i gra wirtualna, to aplikacje, to fajny świat. Ten post piszę z perspektywy 3 latka, z którym zbieramy, przyklejamy, pstrykamy i wymyślamy śmieszne bzdurki. Takie jak to, że Stikeez wskakuje na lustro, do lodówki czy na okulary taty [moje dziecko śmieje się z tego tak bardzo, że ‚Mamo! Pęknie mi głowa i kolano i plecy od tego śmiania!’] Ale jestem pewna, że i starsze dzieci znajdą mnóstwo frajdy w krainie Stikeez. Na przykład tu KLIK.

IMG_5975_filtered

No dobrze. A ile to kosztuje. A nic. Figurki zdobywamy w taki sposób – za każde wydane 50 zł w sklepie Lidl otrzymujemy figurkę KLIK. Zabawa trwa do wyczerpania zapasów, jednak nie dłużej niż do 21.09.2014. Naprawdę świetna zabawa na start nowego roku szkolnego/przedszkolnego. Bo przecież Stikeez można się wymieniać!

Jeśli nadal nie jesteście przekonani, choć w to wątpię, zobaczcie nasze zdjęcia. Dawno, naprawdę dawno nie miałam tyle frajdy z fotografowania … popierdółek, ancymonów, drobiazgów. Są bardzo fotogeniczne 🙂


*wpis powstał w ramach współpracy z Lidl Polska

IMG_5984_filtered

IMG_5990_filtered

IMG_6005_filtered

IMG_6007_filtered

IMG_6009_filtered

IMG_6014_filtered

IMG_6023_filtered

IMG_6027_filtered

IMG_6053_filtered

IMG_6098_filtered


…cukru w cukrze

9 komentarzy
…cukru w cukrze

…bo wena to kapryśna … i tu powinnam, jak na blogerkę przystało, wstawić soczyste rzeczowniki poparte dużo bardziej siarczystymi przymiotnikami niż ten 'kapryśny'. Ale, że nie lubię 'powinnam' i nie lubię 'muszę' i kocham blogowanie za to właśnie, że nic [!] nie muszę, to powiem Wam po prostu prawdę. Nie mam, chwilowo, nic głębokiego, mocnego, wzruszającego do powiedzenia. A, że najmocniej na świecie wierzę w to, że jak się nie ma nic do powiedzenia to lepiej milczeć – to milczę.

Bloger to taki twór i stwór, który całą swą pasję, pracę i wenę opiera na własnym życiu, na swej codzienności /czasem bardziej niezwykłej niż przeciętnego Maliniaka ale nadal to codzienność/ na doświadczeniach, na obserwacjach… Dobry bloger dodaje do tego szczyptę wyobraźni, warsztatu, odrobinę albo całą tonę swej charyzmy, oblepia całością swoje ego i bum. Mamy świetny post.

A ja, tymczasem nie mam nic do opowiedzenia – powiedziałam pani pediatrze, przy kawie, smęcąc o tej kapryśnej dziwce czyli wenie… Nic, Pani Kasiu, nic do opowiedzenia. No co się stało? Nic mnie chwilowo nie inspiruje na tyle, żeby zarwać noc i pisać z tym rozdygotanym sercem. Po prostu idę spać i snem niewinnego chrapię do rana. Ludzie wokół mnie – jakby zbledli, jakby przestali być fascynujący, każdy w swej niezwykłości stał się podobny. Zlali się jakoś  jedno… a dzieci. Pani Doktor, no też mi afera. Dzieci są, były, będą… nad czym tu kwilić, wzdychać, gadać… o czym. Bo mam wrażenie, że już wszystko powiedziano… no do przedszkola stada blogerskie teraz idą, to co, napisać post o kapciach?…

I tak jej jęczę, stękam, marudzę na tę dziwkę, wenę cholerną. A Pani Kasia, mądra i wyważona osoba zerka na mój glukometr leżący na stole, potem na ciastka, które obie opędzlowujemy w zawrotnym tempie i pyta: Oj, problemy z cukrem?

I już wiedziałam co Wam opowiem.

Dwa miesiące temu mój ginekolog oznajmił, że czas na kompleksowy przegląd i zlecił mi kilka stron badań. Serio. Wszystko, od morfologii przez wątrobę, krzepliwość, lipidogram, hormony, cholesterole, po, oczywiście, cukier. Plus sto innych dziwności. Wszystko wyszło cacy oprócz cukru, po obciążeniu. Przekroczył 160. Źle.

Może to insuliooporność, może już cukrzyca. Trzeba zbadać dalej, potwierdzić, wykluczyć…Diabetolog. Dostałam glukometr i kilka razy dziennie kłułam się w palce, zapisywałam wyniki i okoliczności. To było 2 miesiące temu i dziś mogę Wam powiedzieć, że jestem zdrowa, z moim cukrem jest wszystko w porządku. Za to przez ten okres dużo bardziej zaczęłam się przyglądać temu co wkładam do paszczy, tym samym, co proponuję paszczy mniejszej… I dużo się nauczyłam.

Wszystko to, niby, każdy oczytany człowiek wie. Wie i tyle. Paszczy nadal to samo i tak samo.

Naocznie i 'cyferkowo' przekonałam się, że po węglowodanach cukier leci pod sufit a po białku prawie nie drga. Że czekolada gorzka nierówna jest czekoladzie mlecznej jak niebo i ziemia a makaron, wieczorem, jest cukrowym dramatem. Że wysiłek zbija cukier do normy w 20 minut, że jak się nawpierdzielasz i czujesz senność to zapewne cukier w tobie dostał świra..

Jednak, jak wiele razy pisałam na KiKu razowe mąki i inne stewie średnio mnie kręcą, zawsze je wyczuję, i zawsze, w mojej opinii, mocno zmieniają smak na niekorzyść. A smak to dla mnie sprawa ważna, jednak to jedna z największych frajd w życiu. Smakowanie. I tak, biorąc pod uwagę wszystko co napisałam powyżej i dodając info, że od ponad miesiąca nie ma w naszym domu innych słodyczy jak domowe, dochodzę do momentu ogłoszenia: opracowałam ciasteczka /Chocolate Chip Cookies/ bez kompromisów smakowych, które sprawiają, że cukier w organizmie ma się cudnie. I są one naszym stałym podwieczorkiem od wielu tygodni.

IMG_5920_filtered

Ale zanim reszta – fakty. Zrobiłam eksperyment. Zrobiłam ciasteczka w wersji 'białej' i w wersji 'zdrowej'. Za każdym razem startując z cukru na poziomie 105-110 zjadałam 3 ciastka popijając kawą. Po 2 h badałam cukier ponownie. W wersji 'białej' był on na poziomie 138 /jeszcze w normie ale wysoko/ – po wersji 'zdrowej' – wynik był 108. Przy czym w obu przypadkach zachowywałam się podobnie [nie ćwiczyłam, nie byłam na spacerze, nie goniłam dziecka ani męża..] i 'badania' odbyły się o podobnej porze.

IMG_5915_filtered_filtered

Teraz co do przepisu. Sam w sobie jest genialny! I należy do Liski. Znam go na pamięć i robię z nim wszelakie modyfikacje trzymając się 'rdzenia' i proporcji. A więc robiłam te ciastka z M&Msami, z kokosem i bez, z prażonym i nieprażonym, z orzechami, bez dodatków, z mąki pszennej i orkiszowej, z cukru brązowego, białego, muscavado, cukru kokosowego, z dropsami z mlecznej i gorzkiej czekolady, z dodatkiem masła orzechowego i bez, z dodatkiem kremu nugatowego i z dodatkiem obu kremu… Ciastka zawsze są idealne, lekko 'gumiaste' w środku i chrupiące na zewnątrz. Są przepyszne. I w tej 'opracowanej wersji' naprawdę zdrowe, pożywne i pyszne!

IMG_5925_filtered

Najpierw wersja GRUBA czyli ta od glukozy 139…

120 g masła
160 g cukru trzcinowego
1 jajko
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka naturalnego ekstraktu z wanilii
160 g mąki pszennej
5 łyżek wiórków kokosowych
3 łyżki kremu czekoladowego [ew nugatowego ]
1/2 łyżeczki sody
garść posiekanej czekolady mlecznej albo np M&Msów..

I wersja ZDROWA czyli ta od glukozy 108…

120 g masła
160 g cukru kokosowego /wygląda i smakuje jak trzcinowy, do dostania w zdrowych sklepach/
1 jajko
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka naturalnego ekstraktu z wanilii
160 g mąki orkiszowej
5 łyżek wiórków kokosowych
3 łyżki niesolonego masła orzechowego
1/2 łyżeczki sody
ok 150 g dropsów z ciemnej czeko /ja kupuję 'czekoladę do picia' w formie 'kropek', zdjęcie poniżej/

WYKONANIE /w obu przypadkach identyczne/

Masło utrzeć z cukrem. Po ok. 5 minutach ucierania dodać jajko, sól i wanilię.
Dodać mąkę z sodą, kremy czeko/masła orzechowe, ew wiórki kokosowe. Na końcu wmieszać 'dropsy' lub inne dodatki.
Masę wstawić do lodówki na pół godziny [niekoniecznie]
Dużą blachę z piekarnika wyłożyć papierem do pieczenia (wszystkie ciasteczka nie zmieszczą się na jednej, będziemy piec 2-3 blachy).
Przy pomocy 2 małych łyżeczek nakładać na blachę porcje masy, zostawiając pomiędzy nimi 4-5 cm odstępy. Piekarnik (z termoobiegiem) nagrzać do 160 st C. Wstawić blachę, piec ok. 14-16 minut. Gotowe ciasteczka są miękkie, ale stwardnieją podczas stygnięcia.
Smacznego!

Obie wersje można dowolnie mieszać ale szczerze polecam tę zdrowszą… Mam tak, że 'liczby' zawsze mnie mocno przekonują i naprawdę przyjemnie mi na duszy, że każdego dnia zajadamy zdrowy i pyszny podwieczorek. Który najczęściej przygotowujemy razem z Bolem. Inna sprawa, że ten przepis mamy opanowany do perfekcji i ciacha ukręcamy w czasie krótszym niż jeden odcinek Tomka… serio.

—————–

Wracając do wątku weny, tej dziwki kapryśnej. Wróci, zawsze wraca. Czasem z fochem, czasem z przeprosinami ale wraca zawsze…

IMG_5918_filtered

IMG_5927_filtered

IMG_5943_filtered_filtered

IMG_5948_filtered_filtered

IMG_5966_filtered

IMG_5969_filtered

IMG_5971_filtered_filtered


Trójkąt Bermudzki

40 komentarzy
Trójkąt Bermudzki

Dziecko. Chłopiec. 3 latek. Taki oto człowiek niewielki jest dla rynku ubraniowego niezauważalny, niemalże. Ubrać 3 letniego chłopca, na przykład do przedszkola, tak, ażeby było komfortowo i niekoniecznie w 'auta' jest bardzo bardzo trudne. 3 letni chłopiec tworzy, chciałoby się powiedzieć, swoisty gap na półkach sklepowych i stronach internetowych. A szkoda, bo akurat GAP do Polski nie wysyła… Wiadomo, Syberia a za oknem niedźwiedzie…

Nie przepadam za postami 'podsumowującymi' i sama nie tworzę owych. Jednak tym razem, frustracja wzięła górę. Muszę 'ubrać' synka do przedszkola, do którego już chodzi od dwóch miesięcy, więc doskonale już wiem, czego nam brakuje. Z radością i wibrującą kartą kredytową zasiadłam do lapka, w domu oznajmiłam, że mam bardzo ważną pracę i z rozgrzanymi do czerwoności palcami zaczęłam 'koszykować'…

Nie zaczęłam wcale. Po ok godzinie wszystko zaczęło układać się w schemat. 3 letni chłopiec okazuje się na tyle nieatrakcyjnym jegomościem, ze chyba nie warto go fajnie ubierać, czy dla niego projektować. A może, sklepy myślą, że mamuszki 3 latków dzielą się bardzo silnie, na mamy dziewczynek i mamy chłopców i te drugie, w wyniku bycia mamami chłopców przestają same być dziewczynami i już im nie zależy. I dostają zaćmienia na rogówkach i nie przeszkadza im własne dziecko w dresowych koszmarkach rodem z Azji…

Tak czy inaczej – jest problem. 3 latek, wchodzący w rozmiar 104 [duzi chłopcy], wychodzący z 98 [mali chłopcy] to problem dla matuszki takiej jak ja. Czy to dobrze, czy to źle, czy to generalnie na tle problemów świata nie ma znaczenia, nie bardzo mnie to obchodzi. Lubię ładne, piękne rzeczy. Szczególnie na moim dziecku. I co teraz?

Zacznijmy od Zary. Spójrzmy na kolekcję małych chłopców kończącą się na rozmiarze 98. Cudne portasy, fajne printy, naprawdę ok ceny. Nic tylko brać 5 par w łapki, w strzałki, w wigwamy… No tak. Ale mój syn nosi 104. Wejdźmy więc w dział starszych chłopców. Ojej! 3 latek, lekko ponad metr wzrostu nagle staje się męskim, nijakim, topornym chłopaczydłem. Ciężkie, nijakie kolory, Dresy jak dresy, silnie dresowe w swej nudnej dresowości… Ojej… a jeszcze 3 miesiące temu i 6 centymetrów temu był rozkosznym chłopczykiem noszącym na pupce psie łapki. Ojej.

Zajrzyjcie do działu dziewczęcego. 3 letnia dziewczynka jest bardzo cenną klientką chyba bo jej dział to 75% wspaniałości. Szkoda, że mój syn nie nosi sukienek i tunik…

Next. Z Nextem było tak, że na każdy sezon wkładałam całą tonę ubrań do koszyka i zdrowy rozsądek nakazywał mi wyrzucać z niego szóstą bluzę i ósme spodnie. Taaaak. Bardzo liczyłam na Next też tej jesieni. Kurde, ojej… ale Bolo urósł i nosi rozmiar 3-4… ojej. Szaro, granatowo, ciemnoczerwono… tu dorzucą małpę a tam dinozaura. Dobre i to może. Z Nexta, na siłę i z rozpaczy kupiłam kilka par spodni 'do biegania' i kamizelkę… w dziale dla dziewcząt.

GAP. W tym roku nie mam jak zamawiać online. A jak pisałam powyżej… niedźwiedzie.

Dalej weźmy na tapetę polskie sklepy [ np KLIK lub KLIK lub KLIK ] sprowadzające dla nas cuda, spragnionych świata matuszek, zerkających na Instagramy marek takich jak BoboChoses, Moi Kidz, Milapinou, NUNUNU, Soft Gallery, Tocato Vintage.. Tak. Już w Polsce. Tak. Jaram się. Czasem czekam na północ bo 'wejdzie BC' do sklepu… i na jaraniu się kończy i na myślach WTF? a… no tak. Mam chłopca. 3 latka. Już tłumaczę. Kupienie czegoś, czegokolwiek chłopięcego tych rozkosznych marek jest niemalże awykonalne. Na palcach jednej ręki można policzyć: jedna może bluza, jedne spodnie… kurcze, nie te, które mnie zachwyciły niestety. Na drugi dzień już nie ma. Bo pewnie dla chłopca w rozmiarze 104 zamówionych bluz dla Polski było sztuk 3…

Co innego dziewczynki. Oj dziewczynki. Szaleństwo. W całej swej frustracji czuję radość podejrzaną, że nie muszę decydować się na jedną z dwunastu sukienek, które mi się podobają…

Co robić?

Po pierwsze szperać. Czasem coś się uda. Złapać coś 'co może być TEŻ dla chłopca' i to w rozmiarze 104. Dalej możemy posiłkować się takimi markami jak Endo. Pisałam już kiedyś, że Endo pamiętam sprzed 10 lat kiedy naprawdę było 'aferą'. Teraz to niepowalająca, ani jakością ani wzorami [kiedyś było inaczej, do dziś pamiętam swoje bluzki z Endo z takim miziakowym ‚meszkiem’, teraz to zwykła bawełna] marka, w której można nakupować bluzek przedszkolnych po 30 zł. No dobrze, że jest… Po drugie, jakkolwiek to frustrujące, my, mamy chłopców, zerkajmy do działów dla dziewczyn. Często producent ma dziwną myśl, że turkusowy kolor to tylko 'żeński' jest…

Co mamy dalej. Polskie marki handmade. I tu zatrzymam się na dłużej. One dzielą się, według mnie, na takie, które chłopców prawie wcale nie zauważają [np Pola&Frank czy KOTM], na takie, które raczej w ogóle nie robią rozgraniczenia na płeć [Zezuzulla, Wata Cukrowa, Pan Pantaloni, PifPaf, Kukukid], i takie, które każdy rozmiar i każdą płeć biorą na serio np. Nosweet.

Więc co zrobiłam ja? Kupiłam, rzutem na taśmę bluzki 'do zarycia' w Endo. Kupiłam, też taśmowo spodnie w Next. Parkę w Zarze. A całą resztę w polskich markach wymienionych powyżej. Nadal czekam na nową kolekcję Zezuzulla, Pan Pantaloni czy Kukukid. Wiem, że jako mama 3 letniego chłopca nie poczuję się u nich jak klientka ciut gorsza bo nie kupująca 'dla księżniczki'…

Na koniec kłaniam się w pas Nosweet. Zawsze lubiłam. Nieziemska jakość. Uwielbiam ich bieliznę [100% wygrała z GAPem] Wczoraj ruszyła jesienna kolekcja a ja oszalałam. Nie przyznam się ile wydałam ale pierwszy raz w tym sezonie naprawdę poczułam ten kochany przez mła klimat, tę gorączkę, tę wibrującą kartę i rozgrzane palce na klawiaturze. Aha… wysłali paczkę w 8 h po złożeniu zamówienia.

Post ten jest NIESPONSOROWANY, najprawdopodobniej prowadzący do innych 'niesponsorowań'. No trudno.

IMG_5856_filtered


Feeria zmysłów

12 komentarzy
Feeria zmysłów

Bo poczytałam sobie TU i natychmiast, już teraz, od razu! – chciałam biec po pomidory. Takie, co to po umyciu rąk chemicznym mydłem, czuć nadal. Ten zapach na dłoniach, zapach pola, słodyczy, ziemi i słońca. No tak, tylko dokąd w tej Warszawie?…

Poszperałam i znalazłam. I polecam tak mocno, że tchu mi brak. Bo nawdychałam się zapachów silnych, które oszałamiają. Głowa słodko szumiała a płuca były jakby dwa razy większe. Oczy skakały po feerii kolorów, najpiękniejszych, naturalnych. Najadłam się smaków, które wywołują wybuch kubków smakowych. Po warzywa i owoce – trzeba jechać na farmę…

IMG_3138_filtered

IMG_3139_filtered

Ja wiem, że wiele osób ma to szczęście, że posiada dziełeczki, babeczki, sady u wuja i szklarnie u sąsiada. My nie. To nic. Ja mieszczuch jestem do szpiku kości, babrać się w ziemi nie lubię, robactwa nie lubię, kurzu, błota i innych codzienności życia blisko natury – nie lubię. Ale jeść to ja lubię. Dobrze jeść uwielbiam. Uważam, że jedzenie to jedna z najprzyjemniejszych czynności jakie człowiek ma do dyspozycji. Pierwsza to czytanie książek. Dobrych.

Jeść lubię Intensywnie. Mocno. Powoli. Lubię prostotę. Jak makaron to z oliwą, czosnkiem i rukolą. Bo tu najważniejszy jest makaron. Jak grzanka to z zielonym pesto i koniec. Jak zupa – to najlepiej krem. Silny smak, bez przeszkadzajek typu farfocle zupne. Jak mięso to najlepiej pieczone na czysto, z solą i pieprzem, natarte czosnkiem – the end. Podobnie jest z owocami i warzywami. Same w sobie, jędrne, soczyste, intensywne. I choć owoce to domena męża a warzywa to zdecydowanie miłość moja – to tym razem wszystko się wymieszało, poplątało, na tyle, że mój syn zapomniał, że 'nie jada nic co nie jest ziemniaczkiem i chlebem'. Mam podejrzenie, że jego mózg zareagował na piękno otaczające nas przez cały ten dzień, zareagował na pewnego rodzaju otumanienie zapachem, zareagował gdy widział rodziców ścierających ze swych brób soki, łapczywie zajadających maliny, truskawki, buraki, groszek, pomidory, szpinak… tak o, prosto /niemalże/ z pola.

IMG_3140

IMG_3146_filtered

IMG_3148_filtered

IMG_3153_filtered

IMG_3155

Pojechaliśmy na farmę Majlerta – 40 min z Kabat. Końcóweczka Wawy. Tam mieliśmy orgazm warzywny. 'Za płotem' inni Majlertowie oferują orgazm kwiatowo-owocowy. Magiczne miejsce w swej prostocie, bez design'u powstał najlepszy design jaki ostatnio widziałam. Wchodzisz i uderza cię woń taka, że na chwilę zamykasz oczy. Zapach deszczu, ziemi, zieleni wraz ze słodyczą pachnącej przemocno, nagrzanej, skórki pomidorowej. Czujesz w nozdrzach zapach silnie buraczanych buraków, leżą i pachną, leżą i wabią słodyczą. Jesz jednego ot tak, na surowo. Rukola chrupie, jest tak jędrna, że łamie się z trzaskiem jak dobrej jakości czekolada. Karczochy, czosnek niedźwiedzi, cukinie i jej kwiaty. Zapach truskawek czujesz jak tylko otworzysz drzwi od samochodu. I ślina się zbiera, pragnienie za silne, lecisz, zrywasz, jesz. Potem czytasz, żeby nie zrywać. Rany Julki przepraszamy!

W tym wszystkim dziecko. Mamo! Tu pachnie szczęśliwością! A tu Tato patrz! Te kwiatki pachną jak Mama! Tatooo, weź jedną kurkurrydzę a ja wezmę drugą okej?

IMG_4951_filtered

IMG_4955_filtered

IMG_4964_filtered

IMG_4969_filtered

IMG_4982_filtered

IMG_4985_filtered

Chodzimy, zbieramy, wąchamy, jemy, pakujemy do auta. W domu. Wystawiam wszystko na stół. Mieszkanie zalewa zapach szczęśliwości. Myślę, jak to ogarnę? Samo się ogarnia. Gotuję fasolkę. Bez włókien, chrupką, soczystą, Na wrzątek z solą i cukrem wrzucam ją ma minut parę. Zjadamy cały durszlak oczekując na cukinię, którą grilluję na opiekaczu z masłem i solą… Pomidory, zjadamy jak jabłka, z reszty robię krem. Gdy ten się gotuje synek woła: Mamuś! Czy to słodycze?

IMG_4952_filtered

IMG_4954_filtered

IMG_4967_filtered

IMG_4974_filtered

Truskawki, maliny – jak chipsy czy orzeszki, stoją, podchodzimy co chwila, jemy. Znikają. Na koniec sałatka. Rukola, szpinak i sałata rzymska. W zielonym świeżym pesto. Na to grillowana cukinia, surowe płatki nieziemsko słodkiego buraka i jajko ugotowane pół na pół. Polewam sosem balsamicznym. Jemy. Jemy. Zamykamy oczy.

IMG_5009_filtered

IMG_5012_filtered

Jutro znowu musimy jechać na farmę Mamo! Nic nie zostało!

Nic nie zostało. Musimy jechać.

IMG_3144_filtered