subskrybcja: Posty | Komentarze

Ferie – Szczawnica Jaworki

6 komentarzy
Ferie – Szczawnica Jaworki

Kto nas śledzi TU lub TU wie, że ostatnie 1,5 tygodnia nartowaliśmy. Tym razem wybraliśmy koniec świata – Jaworki. O tym czy to była dobra decyzja, czy 3,5 latek jeździł na nartach, w co warto inwestować, jak wspomóc rozwój ruchowy i sto tysięcy innych wątków. Zapraszam.

Przede wszystkim aby 'być w temacie' należy zapoznać się z postem z przed roku. KLIK. Z niego dowiecie się, że odkąd dzieciaki skończyły 2 lata, śmigamy z nimi na wyprawy co najmniej kilka razy w roku, w tym dwa razy zimą. Zresztą… jestem zdecydowanie fanką wakacji zimowych. Zdecydowanie bliżej mi do tarzania się w śniegu na stoku niż do leżenia plackiem na plaży.

 

 

IMG_2927_filtered IMG_3081_filtered IMG_3106_filtered

To co jest absolutnie kluczowe to, wg mnie, nie lokalizacja, a wybór rodzaju kwaterunku. Niezmiennie twierdzę, że najlepsze są samodzielne domy. Duże. Piętrowe. Gdzie dzieci mają przestrzeń a dorośli oddech. W tym roku mogę bardzo silnie polecić domki w Jaworkach. Są dwa. Oba piękne. Nowe. Duże. Z bali. Wszystko w nich jest świeże i nowe, zrobione ze smakiem. Na piętrze są dwie naprawdę duże sypialnie i wielka łazienka z wanną. Na parterze jeszcze jedna sypialnia, łazienka z prysznicem oraz kuchnia, jadalnie i salon z kominkiem. Cały dół ma podgrzewaną podłogę. Niby pierdoła a kluczowa sprawa przy dwóch 3 latkach i jednej niemowlaczce. Drewno nie trzeszczy [zmora innych domów jakie wynajmowaliśmy], wszystko jest przemyślane [np pochowane przewody i kable], i co najważniejsze – 'nie niesie się'. Bo rozumiecie, gdy już dwójka przedszkolaków śpi a niemowlaczek zaczyna ryczeć… albo małe właśnie zaśnie a jedno z dużych postanawia zrobić dramat stulecia o chrupka?… no. Wyciszenie pomieszczeń jest ważne. I to co wokół. Plac zabaw. Górka. Huśtawka. Parking. Polecamy i na pewno będziemy wracać LUX DOMKI SZCZAWNICA JAWORKI. Aha. Gdy wpadasz po 6 h jazdy z Wawy na stole czeka i pachnie domowe ciasto….

IMG_3146_filtered IMG_3195_filtered IMG_3214_filtered

Niezmiennie jeździmy naszą genialną ekipą. Dwie mamy, dwóch tatków, dwóch przedszkolaków, a od tego roku + jedna Helenka.

Narty. Pytacie niezmordowanie czy 2 czy 3 latek to pojeździ. Czy kupować buty i narty, czy może tylko te rzepkowe nartki. Czy uczyć, czy planować, czy warto…

Przede wszystkim WARTO. Niezależnie czy nasze dziecko będzie wersją Mili czy wersją Bola czy jeszcze inną wersją, np dziecięcia siedzącego na poduszce na stoku, pijącego herbatę. Przez 2h… LOW! to ważne jest aby się 'obyło'. Załapało o co chodzi w stoku, w wyciągu, żeby poczuło klimat. Pooddychało innym powietrzem przez wiele godzin, nabrało rumieńców, trochę zmarzło aby się ogrzać w drewnianej chacie w dole góry, zajadając siekane z ziemniaka frytki, takim mini widelczykiem, żółtym na przykład…

IMG_3311_filtered IMG_3397_filtered IMG_3493_filtered

Mila. Mila już w zeszłym roku była zdecydowanie zainteresowana nartami. Miała niecałe 3 lata. Słuchała swego taty. Uczyła się pozycji i … no wszystko jest w poście z zeszłego roku. W tym roku tendencja się utrzymała. Mistrzyni 'skorzystała' z instruktora, sama wjeżdżała wyciągiem, nauczyła się jechać i hamować pługiem. Zaczęły się początki skręcania. Dziewczyna jest zadaniowa, ambitna i dąży do celu.

Bolo. Mila zadaniowa a Bolo to dusza artysty z elementem szalonego naukowca. Zjazdy byle jak byle zjechać. Byle ucieszyć twarz. Śnieg to fascynujący 'materiał' do dzióbania, lepienia bałwanów, rzucania śnieżkami, tarzania się, dupoślizgania, budowania igloo dla pingwinów… Narty? Jak w zeszłym roku. Fajnie, fajnie… wejdzie, zjedzie za ręce taty. To co? Mogę już budować igloo?… Dlatego też on w tym roku miał nartki – pierdołki na rzepy.

IMG_3795_filtered IMG_3827_filtered IMG_3898_filtered IMG_3960_filtered

Oczywiście takie narty nie nadają się do nauki. Mogą też mieć zgubny wpływ na bioderka i kostki. Ale, oczywiście, nie przez 15 minut parę razy dziennie. Takie nartki są do zabawy. Jeśli dziecko spędza na stoku 2 h jeżdżąc naprawdę musi mieć buty narciarskie i odpowiedni rodzaj nart, które nie tylko wymuszają prawidłową postawę ale i umożliwiają nabywanie prawidłowych nawyków.

Pamiętajmy też, że dzieci się różnią. I mają do prawo. A my mamy obowiązek to szanować. Mogłabym rozwinąć tę myśl ale jestem pewna, że wymaga ona jedynie przypomnienia. Po prostu i 3 latek na prawo czegoś nie lubić, nie chcieć spróbować. Ja kocham biegać. Ale wujek Q nie znosi. Za to kocha pływać. A ja nie… My jesteśmy różni. Dzieci są różne. Pozwólmy im. Zauważyłam pewną tendencję rodziców do dążenia aby 'dziecko spróbowało wszystkiego i że 3 latek nie wie co lubi a czego nie…'. Nie. Zachęcajmy. Pokazujmy. Zarażajmy. Ale bez ciśnienia.

Jako, że Was znam i zaraz zaczniecie pytać co to za kask albo czemu taka kurtka – na dole postu kilka linków nt ciuchów. Jednak chciałam dziś zwrócić waszą uwagę na bardzo, bardzo mądre hmm.. zabawki? Pomoce? Nie wiem jak je nazwać. Erzi, znane z drewnianych cudeniek do dziecięcych kuchni wprowadziło na rynek doskonałe 'przedmioty' ćwiczące:

– koordynację wzrokowo-ruchową jak i koordynację poszczególnych części ciała

– koncentrację, skupienie: ćwiczenie tych umiejętności w ruchu jest najskuteczniejsze

– współpracę obu półkul mózgowych [do tej pory takie cuda widzieliśmy w gabinetach SI i PPP, czas najwyższy aby trafiły do naszych domów, jako baza ruchowa]

IMG_3581_filtered IMG_3584_filtered IMG_3591_filtered IMG_3596_filtered

Nie bez powodu piszę o tych pomocach w poście o nartach i zabawach śniegowych. Mój syn jest dzieckiem asekuracyjnym. Bardzo często nie ufa swojemu ciałku. Bardzo często zajmuje mu dużo czasu przekonanie się do wyzwań ruchowych. Jak zobaczycie na zdjęciach, po pewnym czasie praca nóg, paluszków jest nieziemska. Dodajcie do tego balansowanie ciałem, kupę pisków, śmiechów, dumy i sukcesów – i mamy zajęte dziesiątki minut. Ruchowo. A w pomieszczeniu. Ćwiczenia na tych podestach bardzo pomogły, pomagają! Bolowi w zdobywaniu pewności siebie w zakresie ruchu. I skutecznie ćwiczą równowagę. Która jest bardzo ważna… na co dzień. I na stoku .. 🙂

Poniżej zobaczycie też deski do ćwiczenia koordynacji rączek i wzroku. Coś takiego powinno być w każdym przedszkolu jako przygotowanie dłoni, nadgarstków – do pisania. Polecam bardzo mocno. Wszystko to drewno brzozowe. Masywne, piękne. I co ważne, nie tylko jest wydatkiem z serii: dla rozwoju. Jest jeszcze wydatkiem na lata. Bo obciążenie podestów sięga 100 kg. Jak myślicie, ile było kłótni, że 'aleee tato! to moje!'.. No.

Podest Labirynt KLIK

Huśtawka KLIK

Deska Motyl KLIK

Deska SOWA KLIK

IMG_3605_filtered IMG_3614_filtered IMG_3642_filtered IMG_3663_filtered IMG_3666_filtered


Na koniec obiecane ciuchy:

Kask POC KLIK – Poc'a wybrałam bo a. bardzo mi się podobają b. wygrywają we wszelakich testach urazowych. Pamiętajcie, że na stoku nie tylko nasze dziecko może wyrżnąć na lód ale i ktoś, duży i szybki, może wyrżnąć w nasze dziecko. Kask to jak fotelik samochodowy. Bez dyskusji.

Kurtka Hyra – nie linkuję ale szukajcie w Limango [Hyry mamy wszyscy, we troje. Uważam, że nie ma lepszych śnieżnych kurtek, mają też specjalne zapinki pod spodem chroniące przed podwiewaniem, ale i przed wpadaniem śniegu pod kurtkę, np przy dupoślizganiu…]

Spodnie KAMIK – do -30C, nieprzemakalne, na szelkach, ocieplane nery i płucka, zamiast ortalionu materiał jakby 'płótno', genialne do czyszczenia. Idealnie przylegają. Kamik to kanadyjska profeska. Drogie ale można upolować w Limango.

Buty – Crocsy. Drugi sezon wygrywają z innymi śniegowcami. Leciutkie. Ciepłe. Super w czyszczeniu a przede wszystkim bardzo łatwe do zakładania i zdejmowania, w razie czego wchodzi gruba skarpeta.

IMG_4130_filtered IMG_4150_filtered

A za parę tygodni będziemy nadawać z Krynicy!


Pani Domu

91 komentarzy
Pani Domu

No co. Ani ze mnie ta Perfekcyjna ani jakaś nadto Chu*owa Pani Domu. Generalnie żadna ze mnie Pani Domu, raczej Królowa Życia czy Szef Szefów… rozumiecie? Uwielbiam zarządzać i uwielbiam dyrygować. Przedwojenna Warszawa byłaby dla mnie rajem. Wstaję bo służka odsunęła ciężkie zasłony dokładnie o 9.15. Piję uszykowaną kawę jeszcze w peniuarze, dokucza mi lekki ból głowy, bo oto dylematy Królowej Życia w Domu Swym Królestwie – dziś zaordynować mycie okien Henrykowi czy może przypilnować Halinkę przy zmianie pościeli, oh ostatnio te rogi 'się jej wygły' nieładnie a ona nie poprawiła!. Mój boże, i jeszcze listę dla Bożeny z kuchni uszykować, bo w czwartek Doktorowie przyjdą na partyjkę brydża…

Wstaję bo drze się coś. Jeszcze nie wiem co, bo ciemno jak w dupie po prostu, noc cholerna, zima. A! Drze się to samo, od 3 lat to samo. Jezu, czy nie może choć raz, tak łagodnie… mamuuusiu, cichutko, delikatnie. Nie może? Musi drzeć się MAMO! Jakby go żywym ogniem przypalano? jak mój mózg właśnie. Albo lepiej – czy nie mógłby po prostu, jak człowiek, zwyczajny taki tam człowiek umordowany, spać? Czy ja o tak wiele proszę? Spać! SPAĆ!

Człapię. W jednej skarpecie bo usilnie trzymam się idei bez-kapciowej kobiety. Ale w jednej bo kupiłam sobie puchate. Sobie! I kurna są z pingwinami na bokach. Więc ryczał wieczorem, że też chce i zaiwanił mi jedną. Że kompromis… Kurna. Nic już swojego nie mam, nic, nawet cholernej skarpety do pary.

Głowa mnie boli. Jeszcze dobrze nie obudziłam się a nawala jak młotkiem. Bo on musi od razu pięć tysięcy historii opowiedzieć, po nocy, po ciemku, gdy caaaały świat śpi i tylko ja jedna nie, biedna. Czy on nie mógłby ciszej? Spokojniej? Albo wcale? Cicho!

Potem sieczka. On gada, skacze, całuje, fika, już zbudował szpital dla owoców a dopiero się przejaśnia. Kaszka, kawa. Zęby. Sieczka, co dzień ta sama.

W końcu siadam. Tak ok 2 h po wstaniu siadam na chwilę i warczę: synu, przez 10 minut jestem niewidzialna ok? Ryczy, nie załapał przenośni. Przytulam, przepraszam. To żart. Ale błagam. Nic nie mów, chwilkę chociaż. Siedzi. patrzy się. Od urodzenia tak się patrzy ciągle. Ja opieram wreszcie plecy o tył kanapy, rozglądam się… kulwa! Czy ja śniłam jak wczoraj sprzątałam? Dlaczego tu jest wieczny burdel? Zbiorę chrupki a za 4 minuty widzę chrupki choć nikt ich nie jadł przez te 4 minuty! Zmyję naczynia i obiadu nawet nie zrobię, minie godzina a zlew pełny. Słomki, kubeczki, miseczki, dzbanuszki… WTF! przecież to moje dziecko nic nie je. ja w jednym kubku kawę, czwartą żłopię. Więc skąd? I pranie… o jezuuu pranie. 3 osoby. 2 prania dziennie. No jak to. 3 pary majtek, 3 pary skarpet i 3 pary t-shirtów nie dają 2 pełnych pralek po te ileś kilo. A jednak, w mym magicznym, rodzicielskim, nie przedwojennym świecie – dają.

I gdzież ta moja Bożena do kuchni, Halina do pokoi, Henryk od prac cięższych? Gdzież ten mój trochę niesubordynowany Janek od podawania, co tak śliczny jest, ze mu się wybacza błędy? A taka byłabym perfekcyjna wtedy. Miałabym taki kajet. Gruby, w twardej skórzanej oprawie. Pod tytułem DOM POD LASEM. Mój w sensie. I ten kajet by wzbudzał szacunek i popłoch wśród domowników. O! Pani [LOW!] znów coś tam notuje. Planuje. A ja bym kolację noworoczną planowała od listopada. Flaki i kołduny. galaretka z agrestu. Gęś z żurawiną. Ocierałabym czoło… czy ta gęś to wybór dobry?

Jakaż ja bym była zafrasowana, umęczona tym planowaniem. Każdemu zadania rozpisać. Logistycznie poukładać czynności. Zakupy rozdzielić. A jeszcze przypilnować każdego!

Patrzę, jabłko rozciapane. Podnoszę. Wycieram, na mokro, żeby się nie kleiło. Piasek kinetyczny. Kurna w piekarniku?! Czyszczę. Łazienka. Jakaś szarawa. Cholera. Mydłem wymazane wszystko. Bożeno od kuchni?! Halino od pokoi?! Henryku od prac cięższych? Gdzie jesteście?!

I tak. Proza życia. Na blogu widzicie biały dywan. Znajomi pytają jak często go pierzemy. Prawidłowe pytanie brzmi: jak często kupujemy nowy. Nie umiem zrezygnować z przyjemności, estetyczno-dotykowych doznań, nawet na rzecz, teoretycznie, mniejszego sprzątania. Bo biały dywan to odkurzanie nawet 2 razy dziennie. Robię to już odruchowo, jak mycie zębów. Luz. A drugi aspekt tego wszystkiego jest taki, że mimo, że narzekam, ze dramatyzuję, że teatr odstawiam, że Bożen nie mam [chlip!], że czasem twierdzę, że wyjdę i nie wrócę, to ja w bałaganie nie funkcjonuję. Nie umiem odpocząć. I choć przy dziecku to praca syzyfowa, oczywiście, to uważam, że dobre sprzęty sprzęty to podstawa. Jak mop parowy. Jak mini odkurzacz ręczny na okruszki – weź dziecko, nakarm odkurzaczyk tymi paprochami! I jak odkurzacz. Oczywiście.

Do rzeczy. Ten post sponsoruje Bosch. Dał mi też nowy odkurzacz i powiedział: testuj i pisz prawdę. Zatem piszę całą prawdę. Bo tak mam w umowie… Stary oddałam, po pierwszej jeździe. Po pierwsze dlatego, że skończyły mu się worki a ja nie pamiętałam jakie do niego pasują. Po drugie dlatego, że ten nowy Bosch jest lepszy. A jak się domyślacie, mój stary, też był niczego sobie…

Bosch ProPower – jest czerwony.

Ale nie tylko. Ma też czerwony kabel! [serio, mnie cieszą takie rzeczy]

Jest baaaardzo silny. Lekki.

I skończyłaby się moja recenzja bom kobieta i abesy i zawieszenia mnie średnio rajcują. Ale on ma coś jeszcze ważnego. U mojego synka, kilka miesięcy temu,  zdiagnozowano astmę. Szczęśliwie nie wysiłkową. Niestety reagującą na ciała obce jak kurz czy roztocza. To też jest powód dla którego, już całkiem serio, odkurzam bardzo dużo i mamy tylko jeden dywan. Nie mamy zasłon, firan, narzut i innych kurzołapnych płacht. Co mi, zresztą, estetycznie bardzo pasuje. Od zasłony do makatki niedaleka droga..

Nowy Bosch ProPower ma filtr. Ale nie byle jaki. Zaawansowany technologicznie filtr, pozwalający na eliminację bakterii i wychwytywanie nawet 99.5% zanieczyszczeń. Zapewnia wyjątkową czystość powietrza, dzięki czemu polecany jest alergikom bądź rodzinom z małymi dziećmi.

Poza tym jest dość cichy. Łatwy w parkowaniu. Ma grubą rurę! 😀 aha… czy wspominałam, że ma cudny czerwony kabel? [dlaczego więcej firm AGD nie zawraca uwagi na takie szczegóły?] Ma też specjalną szczotę na sierść zwierzaków. Gdy jeszcze mieszkałam w domu z psem kłaki były koszmarem, który zatykał odkurzacz. Temu to nie grozi. Fajny jest i go lubię.

Na koniec. Bosch ProPower z czerwonym kablem dla Was. Tzn dla każdej Królowej Życia, co to jest Szefem Szefów. Bo jak jesteście PPD to nie grajcie. Przegracie.

KONKURS

1. w komentarzu opisz w paru zdaniach [paru! ja wiem, że kusi żeby od razu napisać nowelę, zadzwonić do Dwóch Sióstr i ją wydać, wizja z zadania konkursowego jest zbyt kusząca, ja wiem!] ale w paru zdaniach – jakby to było gdybyś, umordowana Matuszko, miała służbę. 😀 😀 😀

2. na komentarze czekamy do wtorku 2 grudnia 2014 roku do godz. 23.59

3. wyniki pod tym postem dzień później

4. do wygrania jest odkurzacz Bosch ProPower 2.0 wart parę tłustych stówek.

5. powodzenia!

ten

WYGRYWA:

Pani_Domu_Klocek_i_Kredka_-_2014-12-03_18.53.14

Proszę o dane teleadresowe na klocek.kredka@gmail.com – czekam do piątku 5.12.2014 do godz. 23.59 🙂

Dziękuję Wam na cudne komenatarze/historie/punkty widzenia… nic tylko pisać z nich babskie nowele! <3


efekt wow

17 komentarzy
efekt wow

Czy jest coś piękniejszego niż wyciszone, zasypiające dziecko? Odpowiadam, że pewnie tak ale dla umordowanej całym dniem matki – nie. I wszystko, każdy gadżet, który może dopomóc w tym procesie odpływu, jest nie tylko mile widziany w naszym domu ale i bardzo pożądany.

Dziś konkretnie. Chcę Wam przedstawić produkt, który bardzo polecam. Ale nie od początku było tak różowo… Gdy Dream Lite – Pillow Pet dotarł do nas, a ja w konspiracji [często to robię…] otworzyłam paczkę, poczułam ukłucie rozczarowania. Bo oto przede mną był nie najpiękniejszy pingwin [oczywiście, że pingwin!] z plastikowymi plecami. Nie najpiękniejszy – to względne oczywiście, ale na moje oko, przyzwyczajone do wyjątkowości, nie porażał geniuszem design'u.

 

Ale się myliłam.

Na pierwszy ogień poszedł Tata Bola. Patrz – mówię – nie mam pewności czy to coś dla nas, patrz… Tata Bola, jako praktyczny facet oznajmił, że należy udać się do toalety [nadal w konspiracji przed dzieckiem, czasem tak robimy…] i odpalić ten gadżet w warunkach mu sprzyjających. I to był pierwszy i jakże dosadny efekt ‚wow’. Serio. Ja, on, ludzie po [mocno] 30tce, efekt wow!

Gwiazdy rozkładają się po całym pomieszczeniu. W ciszy, w miękkim świetle.

No dobra. Ale słuchaj, mówię dalej, na KiKu… Aga, odrzekł ten praktyczny, pokaż albo nie, ale daj Bolowi szansę. To ma być dla ciebie czy dla niego?

No fakt. Niech sprawdzi sprawę główny zainteresowany. I oczywiście, że! – że pingwin najlow wywołał, że jest kochany, miluszkowy, do ukochania, do przytulania, do bawienia się, do łóżka koleżka najdroższy. A potem… a potem efekt WOW! Przyznaję się, że odczułam organiczną przyjemność widząc jakie wrażenie to robi na moim dziecku. I na mnie też, nadal robi…

Ten efekt wow to wstrzymanie oddechu, to ciepły uśmiech, to wejście w świat magii, ciszy, tajemnicy. Działa za każdym razem. Od ponad miesiąca.

————-

Jak jest teraz? Pingwin lampka to stały punkt wieczoru. Kończymy czytać, gasimy lampkę nocną i włączamy gwiazdy. 20 minut. Lampka jest bezgłośna i co dla mnie najważniejsze – nic nie wiruje. Nic nie powoduje, że dzieciak fiksuje wzrokiem i coś śledzi. Po prostu cały pokój rozświetlają gwiazdy i księżyc. Ale światłem tak miękkim, tak ciepłym, tak nie zaburzającym 'ciemności', że moje dziecię nigdy tych 20 minut nie wytrzymuje i odlatuje w połowie… a ja leżę często jeszcze obok niego, aż gwiazdy wyłączą się same i obserwuję ten spokojny ruch klatki piersiowej, zamknięte oczka z długimi rzęsami, przytulam ciepłe łapki i całuję chłodny policzek.

IMG_8876_filteredIMG_8884_filteredIMG_8889_filteredIMG_8908_filtered

Czy Dream Lite pomaga w zasypianiu – zdecydowanie tak. Działa kojąco i wyciszająco. Daje minimum światła z maksimum efektu. I co ważne – daje duże poczucie bezpieczeństwa. Weszliśmy w fazę koszmarów. A to, że w wannie sa wilki a na balkonie niedźwiedź… Bolo budzi się z krzykiem i strachem. Wierzcie mi, że bywało strasznie i dla mnie [bo gdy dziecko wpatruje się w okno bez ruchu gałek ocznych i wypowiada jak mantrę: nie chcę żeby się na mnie patrzyli.. nie chcę… to ja szczerze mocno muszę przywoływać całą swoją dorosłość aby samej nie zacząć krzyczeć]. Bywało tak, że nie mogłam go wybudzić z takiego snu i dopiero drastyczne zapalenie światła przerywało koszmar. Ta lampka, niepozorna dość, gadżetowa, ten pingwin jest na wagę złota w takich sytuacjach. Włączamy ją w nocy, przytulamy mocno i oddech uspakaja się, oczy wpatrują w znane, łagodne kształty, światło delikatnie rozświetla groźny mrok. I znowu, nie mija 20 minut a Bąk pochrapuje, wyciszony, spokojny.

I jeszcze coś z dni niedawnych. Przy chorobie. Leki w nocy, mierzenie temperatury, sprawdzanie, picie… Mamy ciężkie żaluzje, najlepiej śpimy w naprawdę mocnym mroku ale gdy w nocy muszę coś zrobić koło dziecka powstaje problem. Nic nie widzę. Światło górne – wiadomo, odpada. A nawet dość delikatna [ taka aby można było czytać ] lampka nocna wybudza mi Bola, który płacze, że go oczy bolą, szczególnie przy gorączce. Dream Lite i po kłopocie. Zapalam gwiazdy, bardzo delikatne, rozproszone światło, widzę tyle ile muszę a Bolo, nawet jeśli się przebudzi to dosłownie na sekundę. Bo popatrzy w to niebo na suficie i odlatuje dalej.

IMG_8915_filtered IMG_8941_filtered IMG_8953_filtered

Reasumując – za relatywnie w porządku kaskę jest i przyjemność i praktyczność. Szczerze polecamy, nie ma dziecka, w którym nie wywołamy efektu wow, oj i nie ma dorosłego… [ pamiętajcie, że czas już dumać nad prezentami! 🙂 ]

[Kilka spraw techniczno porządkowych. Po pierwsze Dream Lite są sprowadzone przez Twoja Przygoda, ten sam sklep, który wprowadził na nasz rynek Żółtciaki POST i FILM. Po drugie pamiętajcie proszę, oglądając filmiki produktowe na ich stronie, że są one zrobione komputerowo, i ok, rozumiem, że chodzi o dokładne pokazanie produktu. Jednak lampki tak nie świecą, jak pisałam światło jest miękkie, senne, czarodziejskie. A nie agresywne i mocne. Po trzecie – lampki działają na baterie i na adapter. Po czwarte macie do wyboru pingwina, unicorna i psiaka. Po piąte mają 4 tryby świecenia – zmienne kolory [nic nie skacze, nie kręci się, nie wiruje, po prostu jeden kolor zmienia się w drugi na tyle powoli, że nie powoduje fiksacji] oraz jeden z trzech kolorów jako stały. Wszystko kontrolujesz jednym przyciskiem.]

Dream Lites, Pillow Pet – lampka, przytulanka, przyjaciel TU –> KLIK

IMG_9051_filtered_filtered IMG_9054_filtered_filtered IMG_9063_filtered_filtered


Marcepan w czekoladzie

19 komentarzy
Marcepan w czekoladzie

W jednym z odcinków Peppy Lis Freddy wącha zwierzaki i opowiada jak pachną. Ktoś pachnie ciastkami i trawą, ktoś kwiatami i błotem a ktoś cukierkami i mlekiem. Ktoś deszczem a ktoś bananami. To jeden z naszych, moich i syna, ukochanych fragmentów. Czuję te smaki, zapachy, robi mi się słodko na podniebieniu bo On zawsze pyta: Mamo! A czym ja pachnę? Mamo! A czym ty pachniesz?

Najczęściej, według Niego, pachnę kawą, czekoladowym chlebem i 'maciupkimi, białymi kwiatkami, które dopiero są pączkami'. On najczęściej pachnie słońcem, rozgrzaną wanilią, masłem i czystą pościelą…

Jak pachnie Tata? Pastą do zębów, mydłem, 'oponami' i prądem. Synku, jak pachnie prąd? Jak Tata!

Wszyscy razem pachniemy domem. Tak pachnie bezpieczeństwo. Tak pachnie miłość.

——————–

Moje dzieciństwo pachnie jajecznicą. Jaja ze wsi, na Warszawskiej Woli, zdobyte od baby, która po biurach miastowych łaziła, wsiowe, pyszne skarby sprzedawała. Pachnie jajecznicą na maśle, intensywnym, żółtym tak mocno, że aż prawie pomarańczowym. Przyniesionym z kościoła. Na religii rozdawali, po 2 kg na dziecko. Bryłę przyniosłam jak bohater do domu. Tym masłem pachniała cała nasza kawalerka, nawet pranie masłem przesiąkało, gdy schło dniami na kaloryferze, który parzył i powodował, że szyby w mieszkaniu były całe zamglone…

Moje dzieciństwo pachnie cynamonem. Zawsze do domu Babci na Grochowie wpadałam czując nadchodzącą przygodę. W tym poniemieckim domu kryło się tyle sekretów, zarówno ekscytujących jak i przerażających, aż do odejścia Babci zgłębiałam je w trwodze i słodkim uczuciu przyjemnego, kontrolowanego strachu… Wpadałam do kuchni większej niż salon, trzykrotnie większej, do kuchni będącej własnym bytem. I zawsze, zawsze w moje nozdrza uderzał ten przepiękny, przesmaczny zapach cynamonu. Coś łączącego w sobie pyszność czekolady, wanilii, kawy… Obietnica słodyczy, łakoci. I zawsze, latami, nabierałam się na ten zapach rozkoszy. Leciałam do szafy, och szafy! nie szafeczki, nie szufladki, szafy! ze sprawami do pieczenia, zawsze, latami, robiłam to samo. Otwierałam szafę, otwierałam bordową puszkę, z której wydobywał się ten obezwładniający zapach, wsadzałam pośliniony palec do środka a potem oblepiony do ust. Uczucie porażki, rozczarowania, za każdym razem, ten niesmak, plucie, kichanie… Za każdym razem tak samo nabierałam się na smak i zapach cynamonu…

Moje dzieciństwo pachnie gumą Donald, lodami Bambino, oranżadą w proszku, Vibovitem, watą cukrową i napojem Ptyś.

Moje dzieciństwo pachnie pomidorami w majonezie. Gdy byłam całkiem mała dziwiono się dlaczego płaczę jak jem pomidory. Dopiero po jakimś czasie Mama z Babcią zauważyły, że mam poparzone usta. Przez długi czas sok z pomidorów parzył, do żywego moją buzię. Babcia wpadła na pomysł żeby smarować je oliwą. Nikomu nawet do głowy nie przyszło, że mogłabym zwyczajnie tych pomidorów nie jeść. Ale oliwa.. oliwa to zagranicą. Majonez. Majonez powodował, że pomidory zmieniały się w delikatny, słodkawy przysmak, a wyciekający sok stawał się różowy, śliczny, apetyczny. Wylizywałam do 'chlebem', i nic już nie piekło…

Moje dzieciństwo pachnie omdlewającym zapachem rozmaitych, pieczonych mięs. Gdy raz, dwa razy w roku jechaliśmy do Leśniczówki. Ciotka ubijała gęsi, kaczki, kury, kurczaki, króliki, świnie, cielaki. Wujek ubijał dziki, zające, kuropatwy… Oboje zbierali kurki, prawdziwki, rydze, maślaki, gąski, kozaki… Ich dzieci, a moi kuzyni, z sadu zbierali gruszki, które potem lądowały na stole zamarynowane w occie, śliwki, które nadziewano słoniną, jabłka zapiekano pod kruszonką, czereśnie serwowane w formie kompotu i truskawki pod galaretką. Raz, dwa razy w roku, przekraczałam 'sień', w której chłodziły się ciasta. Hurtowo. Serniki, murzynki, drożdżowce, pleśniaki, pierniki, makowce. Przekraczałam sień i zanim zdążyłam wyściskać domowników ślina zalewała mi mózg. Na stole kolejno lądowały pieczenie, rolady, schabowe, karkówki, szynki, kiełbasy, pasztety, uda, podroby, w sosie, bez sosu, w panierkach, bez, smażone, duszone, opalane, wędzone, gotowane… raz, dwa razy w roku moje dzieciństwo pachniało wsią. Przepychem na stole, orgią smaków. I, jakby czysto włoskim, celebrowaniem posiłków trwających godzinami.

Moje dzieciństwo pachnie ciastem zebra. Ciastem na oleju, polegającym na wlewaniu na zmianę masy jasnej i masy ciemnej do formy. Z Mamą opanowałyśmy zebrę do perfekcji. Przepis, napisany piórem na pożółkłej kartce, na którym litery rozpływały się pod wpływem coraz to nowych, tłustych plam, był w moim domu latami. Mimo, że znałyśmy na pamięć jego treść rytuałem było wieszanie go na szafce. Przypinany pinezką. Ta jedna szafka na lewo od zlewu, miała tysiące małych dziurek w jednym rogu. Małe cmentarzyki po każdej zebrze.. Zebra pachniała kakao, proszkiem do pieczenia i cukrem waniliowym. Jednym z zapachów, którymi na zawsze będzie pachniała moja mama… Gdyby teraz żyła, założę się, nadal używałaby tego paskudztwa z waniliną zamiast prawdziwej wanilii… Tak jak Babcia nigdy w życiu nie użyłaby drożdży suszonych i tak jak ja nigdy nie tknę margaryny. Każde pokolenie kobiet w mojej rodzinie jest cholernie uparte. I jest cholernie kobietą swego pokolenia. Z tęsknotką za 'a kiedyś'…

Moje dzieciństwo pachnie serkiem homogenizowanym, suchą krakowską, szczypiorkiem i ciemną, niemal czarną kawą sypaną, koniecznie w szklance w metalowym koszyczku z uszkiem…

Moje dzieciństwo pachnie mirabelkami, agrestem i morwą. Te pierwsze rosły u Babci w ogrodzie, dziko, w tym poniemieckim świecie. Babcia zbierała je do metalowego wiaderka i robiła z nich nalewkę. A dla mnie galaretkę. Agrest i morwa rosły równie dziko ale już przy ulicy. Całe stada dzieci wędrowały popołudniami z wiaderkami i kubełkami. Celem było zbieranie. Wąchanie. Zawody kto silniejszy i kto zerwie te 'wyższe' owoce. Po wszystkim pachnieliśmy młodym winem, zielonym sokiem z liści, kurzem i słońcem. Babcia, zanim wsadzała mnie do wanny, tak głębokiej, że głowa wystawać z niej zaczęła mi dopiero przed dorosłością, wąchała mnie czule wtulając twarz w to zgięcie między szyją a obojczykiem. Dałabym głowę, że zamykała oczy i się zaciągała…

A jak pachniała Babcia? W dzień pachniała babą drożdżową, miodem i migdałami. A gdy usypiałam na jej obfitej piersi wciągałam otaczające ją powietrze głęboko do płuc. Dopiero po czasie zorientowałam się, że tak właśnie pachnie marcepan w czekoladzie.

————–

Gdy leżę z Nim w łóżku, zmrok nadchodzi a my jesteśmy w tym magicznym czasie między snem a jawą, wącham go. Od narodzin wącham i przestać nie mogę. Kiedyś pachniał mlekiem, biszkoptami i snem. Teraz pachnie ciastkami, wiatrem i śmiechem.

Jak będzie pachniało Jego dzieciństwo?…

IMG_9682_filtered


Łagodnie.

36 komentarzy
Łagodnie.

No i stało się! Po miesiącach przybijającej, ponurej zimy, po półroczu chłodnawego wiośnia i przedwiośnia nadeszło upragnione, ukochane i wyczekane. Tygodnie rodzinnych narad, przekomarzań, zmian planów, długie dyskusje – gdzie jedziemy? Może morze? Polskie morze? – dziękuję za krioterapię! Eeee, nie lepiej w góry? Z dzieckiem? O nie, za małe jeszcze jest! W Polsce? Za granicę? Do Włoch? Drogo! Na Mazury? Stado komarów, ale pięknie tam…. i tak w kółko.

W końcu, prawie jak co roku, wybór pada na nasz polski swojski kochany. Bałtyk. Juhuu! Rezerwacja zrobiona, urlop wpisany w kalendarz. Pozostaje tylko odliczać dni, kompletować wakacyjną wyprawkę oraz nakręcać się nawzajem wizjami leniwych dni na plaży, pląsami wśród fal i zabawą wśród zamków z piasku. Rodzina RAZEM. Okazuje się jednak, że spakowanie trzylatki na taki wyjazd to nie lada wyzwanie! Holidaygate prawie ! Zawsze myślałam, że spakowanie MNIE na wakacje to już jest wyczyn, ale odkąd jestem mamą i podróżujemy we trojkę z córką, oddaje jej ten tytuł walkowerem. Zabawki, kostiumy, ubranka (oo, to też się przyda, i ta sukienka koniecznie, i jeszcze te trzy bluzki ), książeczki, materace (ten jest Nadii ulubiony, ten mniejszy też fajny – biorę i może ostatni jeszcze dla mnie i Taty co byśmy dryfowali sobie wśród błękitnych fal), kapelusze (wezmę cztery, albo pięć, no co tam, przecież to lekkie), kremy (nawilżający, ochronny, przeciwsłoneczny, do buzi, do ciała, do oka, do palca ), ukochana maskotka ( i szmaciany zajączek i klocki od Dziadka, i ulubiony robot z Kinder niespodzianki, o i tego misia też weźmiemy), lekarstwa (cały domowy zapas, bo przecież nigdy nie wiadomo prawda?)… Na pewno o czymś zapomnę! No i okazuje się, że z jednej meeeega dużej walizki robi się jedna meeeega duża walizka i pięć tylko troszkę mniejszych. O mama mia! – spojrzenie Taty zabija mnie już przy pierwszej próbie wciśnięcia całego majdanu do bagażnika auta. A co ja zrobię, że wszystko potrzebne? Polskie morze, kiedy pogoda sprzyja, jest naprawdę cudowne. Szerokie piękne plaże, miękki biały piasek, którego mogą pozazdrościć nam zarówno Włosi jak i Hiszpanie, wysokie orzeźwiające fale przez które skaczemy całą rodziną aż w brzuchach łaskoczą nas motyle. Taplanie się w piasku, krzyki mew, przymykające się z błogości oczy, kiedy leżymy wszyscy przytuleni na leżaku pod parasolem.. Rodzina RAZEM. Potem tradycyjnie flądra w smażalni „ Rybitwa”, na tekturowym talerzu, u pana, który krzyczy przez okienko: zamówienie numer trzydzieści dwa do odbioru! Po całym dniu na plaży dziecię jest rozkosznie zmęczone, ale jednocześnie na tyle podekscytowane, że nie ma miejsca na marudzenie czy fochy. A i my z Tatą jesteśmy jakoś bardziej wyluzowani, jakby ktoś zdjął z nas ten całoroczny stres i pozwolił znów być dziećmi. Chłoniemy każde wspólne chwile, bo wiemy, że z to z nich właśnie będziemy czerpać energię przez cały kolejny rok. Upalny dzień ma się ku końcowi i dopiero teraz widać jak przesuszoną skórę po słonym morzu i smaganiu słońcem ma moja córka. Po powrocie do hotelu sięgam, więc do przepastnej torby z kosmetykami i mój wybór pada na oliwkę JOHNSON’S Baby. Każdy ją zna, kojarzy prawie od dzieciństwa. W latach 80-tych była synonimem zachodniego luksusu, przemycana gdzieś na dnie torby od wujka z Niemiec czy przesyłana w świątecznej paczce od rodziny „na placówce”. Miła, jedwabista, kojąca. Nie raz i nie dwa uratowała mi skórę po zbytniej ekspozycji na słońcu, wygładzała i nawilżała skórę lepiej niż nie jeden balsam. Odkąd Nadia jest na świecie towarzyszy nam nieodłącznie – zwłaszcza latem jest w użyciu prawie codziennie. Po powrocie z plaży czy znad jeziora dodaję kilka kropel do wanny i po wyjściu z kąpieli osuszam tylko lekko ręcznikiem a skóra jest niewiarogodnie aksamitna i przede wszystkim rewelacyjnie nawilżona. Bez wklepywania, wcierania i czekania aż wyschnie. ja natomiast używam oliwki w żelu JOHNSON’S Baby, tej kwiatowej, jak dla mnie to absolutny must have każdych wakacji. Używamy jej całą rodziną i śmiało można rzec, że jest to nasz prywatny, rodzinny trade mark. Cudownie łagodzi i koi, nawilża i pielęgnuje. Od wielu, wielu lat złączona jest z nami tak naturalnie, że aż nie zauważamy jej podczas codziennych czynności. To jak mycie zębów. Dopiero jej unikalny, kwiatowy zapach przy otwieraniu, mimowolnie, przywodzi mi zawsze na myśl wakacje i ten specyficzny klimat słońca i błogostanu…

—————-

Wy nie wiecie tego, ale ja mam swoją prywatną armię. To grupa mam, jest nas ze trzydzieści… Wszystkie jesteśmy mamami Wrześniaków 2011 [oczywiście mój syn jest pierwszym Wrześniakiem, bo z lipca 😉 ]. Poznałyśmy się prawie 4 lata temu, a nasze znajomości przerodziły się w wielkie przyjaźnie a przede wszystkim w najsilniejszą grupę wsparcia i wiedzy ever. Powyższy tekst jest jednej z nich, mam Wrześniaczki Nadii… Dlaczego to napisała? Bo ja od razu do nich… Dziewczyny… Mam projekt z JOHNSON’S Baby… Jakie macie doświadczenia? Ano właśnie takie.

—————-

Marka JOHNSON’S Baby jest dla mnie wyjątkowa. Podchodzę do niej z sentymentem i zaufaniem. Jak pisała Marta powyżej – jest z nami od zawsze. Oliwka, ta tradycyjna, nieodzownie będzie kojarzyła mi się moją mamą. Nie do przegadania. Opalała się na niej, smażyła, i pachniała tak cudnie… Nie docierało do niej, że brak filtrów, że niezdrowo. Mama i plaża to ten zapach słońca, talku, mlecznej wanilii. I może bez flitów, ale miała tak nawilżoną skórę, że wyglądała na niemowlęcą. Ja z kolei, osobiście, pokochałam JOHNSON’S Baby w wieku kilku lat. W czasie komuny wyjechaliśmy do Kanady a tam – bum! NO MORE TEARS® No more tears! Ten szampon stał się dla mnie wybawieniem, bo byłam dramatyczną histeryczką ze szczypiącymi oczami. Kolejny produkt to już całkiem mocne emocje. Gdy urodziłam synka, maleńkiego, nie przekraczał 2 kg, który leżał na OIOMie w Pradze, poznałam ten łagodny płyn do mycia ciala i włosów 3 w 1. Pamiętam zdziwienie, że JOHNSON’S Baby jest w szpitalu i to na oddziale ratunkowym dla noworodków. Był, bo jest tak bezpieczny. Z tego co wiem jest też rekomendowany do polskich szpitali. Tego płynu używamy po dziś dzień. I Alleluja za pompkę. Na koniec – chusteczki nawilżające. Lubię je za to, że mogą być i do pupy i do oczu… To szczególnie ważne podczas wyjazdów. Sprawdzają się też dla nas, dorosłych. Ja zawsze zmywam nimi makijaż a w drodze, przy braku dostępu do bieżącej wody – myjemy nimi ręce. Widzicie,więc, że mimo, że to post sponsorowany to sprawia mi wiele, prywatnej przyjemności. Najfajniej jest promować produkty, które się zna od ponad 20 lat…

JJmale

WYGRAJ ZESTAW KOSMETYKÓW JOHNSON’S Baby [zestawy zostaną dobrane do wieku i potrzeb wygranych maluchów]

DO ROZDANIA MAMY 5 ZESTAWÓW

KONKURS

1. Kliknij w grafikę powyżej. W komentarzu napisz jednym zdaniem, który produkt JOHNSON’S Baby lubisz, ewentualnie, który chciałabyś wypróbować.

2. W tym samym komentarzu opisz własne wspomnienie wakacyjne, takie, które chciałabyś zafundować swojemu dziecku. Postaraj się nie przekroczyć 5 zdań.

3. Podpisz się proszę i użyj maila przy logowaniu, takiego, na który będę mogła się z Tobą skontaktować.

4. Szybka piłka – gramy tylko do wtorku 29.07.2014 do godziny 24.00. Wyniki w środę do końca dnia. Wygrywa pięć komentarzy. Kosmetyki zostaną dopasowane do wieku i potrzeb dzieci 🙂

5. Sponsorem postu i nagród jest JOHNSON’S Baby

6. Powodzenia!

————–

wyniki:

wygrywają poniższe kometntarze nr 32, 22, 28, 16, 1

[Jarek, Basia, Marta, Kinga, Natalia P.]

proszę o dane adresowe wraz z nr tel i wiekiem dziecka na klocek.kredka@gmail.com

koniecznie proszę napisać z maila, który był podany przy pozostawianiu komentarza

na dane czekamy do niedzieli 3.08.2014 do końca dnia

dziękuję! 🙂


Garść – czerwiec

4 komentarze
Garść – czerwiec

Szczęśliwie w czerwcu doskonale wiedziałam co chcę Wam pokazać. Zapraszam na garść fajności.

Zacznę od linka. Moje kupony…. Kurdelki, mówiąc szczerze kocham zakupy przez net. Wiecie o tym bo bez tej pasji nie byłoby połowy postów na KiKu… ale równocześnie jestem frajer. Frajer zakupowy jeśli chodzi o ceny. Nie mam drygu do wyszukiwania promocji, przecen, szukania okazji. Nie umiem, nie lubię. Niestety najczęściej kończy się to przepłaceniem, czasem smuteczkiem bo znajoma wyhukała o połowę taniej. I tak dochodzę do linka. Bardzo, bardzo fajna sprawa. Przeceny, rabaty, okazje w jednym miejscu. Nie na zasadzie kampanii jak na wielu portalach zakupowych. Ot jest kupon, kod, wpadasz do sklepu i go realizujesz. Coś bardzo, bardzo dla mnie. I tak jak średnio mnie kręcą przeceny o 7%, tak konkretne cztery dychy na butach, czy 70% zniżki na histerycznie drogie produkty 'na topie' już zyskują inny wymiar i wprowadzają inną skalę. Polecam dodać sobie w zakładki i od czasu do czasu zerkać co można ugrać. To co mi wpadło w oko od razu to te 4 dyszki na butach w jednym z moich ulubionych sklepów KLIK oraz solidnie przecenione śpiworki aden+anais [cuda!] KLIK.

Dalej – jeden z hitów naszych wakacji. Ale tak samo ukochana rzecz w domu, na spacerach, na działce. Lornetka! Solidna, prawdziwa acz bezpieczna i przystosowana dla dziecka. Bolo obserwuje przez nią wszystko, od włosów, kamieni, marówek, po ptaki, drzewa i chmury. Lornetka… kurde, zapomina się o takich prostych, starych jak świat 'zabawkach'. Rozmiar dostosowany do Bąków. Polecam bardzo bardzo. Masa frajdy i ogrom radości w poznawaniu świata w przybliżeniu. Lornetka HABA KLIK

IMG_2009_filtered

IMG_1959_filtered

IMG_1967_filtered

IMG_1983_filtered

A na koniec cuuuuuuuuuuuudo!. Naczynka Maileg. Z mojej ukochanej melaminy. Ciężkie jak porcelana. Masywne. I przeurocze. Ale to wszystko nie jest tak ważne jak… jak grzybek! Jak muchomorek. Magiczna sprawa. Muchomorek jest kubkiem, jest podstawką na jajko. Ale nóżka jest też 'miseczką' na paluszki a daszek na prażoną pszenicę… Całość jest zapakowana w piękne, kartonowe pudełko, ideał na prezent. Jedno jest jest dla mnie pewne, nie sądzę aby było dziecko, które nie 'odleci' na temat tego grzybka… Jest genialny. Naczynka z królikiem wersja zielona KLIK i wersja czerwona KLIK.

IMG_2576_filtered

IMG_2578_filtered

IMG_2582_filtered

IMG_2591_filtered

IMG_2600_filtered

IMG_2603_filtered