subskrybcja: Posty | Komentarze

jestem w ciągu!

32 komentarze
jestem w ciągu!

Siedzę sobie tak oto, około północy i zerkam wokół. W korytarzu kolejne rozerwane kartony. Wszędzie coś, tu łyżeczka a tam but. Jestem w ciągu. Nadchodzi nowa pora roku, nowy sezon, nowe kolekcje, nowe piękności. Kupuję, dostaję, oglądam. Krytycyzm w wyborach naciągnęłam aż pęka. Bo inaczej puściłabym z dymem cały ten dom, tak pełny wybranych, wyselekcjonowanych popierdółek, które sprawiają, że jest mi błogo. Obecnie – jestem w ciągu.

Obiecałam sobie i Wam, że KiK trochę zwolni. Że jak coś tu się pojawi to dlatego, że mam to uczucie z początku bloga – tak, tak! Chcę to pokazać, wykrzyczeć, zaczepić inne mamy i potrząsnąć – patrz, patrzy Kobieto jakie to piękne! Przecież to był powód dla którego założyłam tego bloga – na boga. [ 😀 ]

I dziś właśnie, spontanicznie, przed północą złapałam aparat, wojowałam ze światłem i nic nie przestawiałam, nie układałam. To i to i to – patrzcie Kobiety! Jakie to piękne! I mimo, że zdjęcia robione na niepoważnym iso, mimo, że nie miałam chęci niczego ruszyć ani o milimetr, to myślę, że poniższe fotografie są miłe dla oka. I zadziałają tak, że wyobrazicie sobie, że kłuje was palcem pod łopatką i szepczę do ucha [bo noc jest!]: patrz, patrz Kobieto…

Na początek poruszę sprawę, które pewnie walnie we mnie rykoszetem bo trochę tu nabrużdżę polskim 'scandi' sklepom. Ale tylko 'kuchennie'. Jestem pewna, że 80% moich czytelniczek lubuje się w melaminie, ceramice minimalistycznej, pograniczu dziecinności i dorosłości w markach takich jak Rice czy Bloomingville… W naszych netowych, rodzimych sklepach można wynaleźć cudne cudności z tejże półki. I tak żem i ja robiła. Denerwowało mnie jedynie, że oglądając katalog Bloomingville na przykład, pragnęłam stu rzeczy, których akurat dany sklep nie sprowadził, nie zamówił. Albo jeśli już to sztuk jeden czy dwa… Specjalnie nad tym się nie zastanawiałam dopóki nie zaczęłam poszukiwać gara. Gara z kamionki. Jednego mam i odkąd go mam to innych [oprócz blaszaków, to też moja nowa miłość i mimo, że parzą ucha to nic tak szybko nie zagotowuje wody czy nie podgrzewa porcji zupy…] nie używam. Jeden do piekarnika i na gaz. Jeden do mięsa i na rosół. Jeden ale wielki. Ciężki tak, że nie mam mowy żeby coś kipiało bo po prostu pokrywa jest tak ciężka, że para nie daje rady jej podnieść. LOW!

Jeden. Wielki. Potrzebowałam drugi, mniejszy, płytszy, coby posłużył też za patelnię. W PL sklepach nikuku. Nikuku bo kolory nie takie… ok, tu nie chcę wchodzić w szczegóły ważności koloru gara dla mnie. Chociaż czuję, że wiele z was mnie rozumie… Tak czy siak – w PL czerwienie i brązy. E tam. I tak odkryłam sklep niemiecki, wysyłający do Polski za parę euro DHLem, w ciągu 2 dni paczka była u mnie.

No i ten sklep… to jest raj dla fanów marek Rice, Bloomingville, Ferm Living, Handed By, IB Laursen, Nicolas Vahe… itd itd..

EMIL&PAULA – odlatuję tam, od razu uprzedzam, odpalcie sobie lampkę wina zamin wejdziecie, bo to silna i długotrwała przyjemność…

Kurde…oni nawet te dzyngielki styropianowe serwują pod kolor!

Wszystko co zobaczycie na zdjęciach kuchennego – jest od Emila i Pauli 🙂

IMG_5206_filtered IMG_5210_filtered IMG_5213_filtered IMG_5215_filtered

Ale też – kosze. Holenderskie. Handed By. Jestem nimi oczarowana odkąd u jednej z moich bliskich mam zobaczyłam taki biały. Na wyjazd zabrała w nim pieluchy. Zawsze mnie rozwala i rozczula i zaskakuje jak mała rzecz, jakiś detal, coś niepozornego ale pięknego zmienia wnętrze. Albo chociaż jego kawałek. Ten kosz obok maty i kilkumiesięcznej dziewuszki wyglądał przeuroczo. Zapragnęłam tych koszy silnie. Oczywiście jak popatrzycie na PL oferty to smutek. U Emila jest full wybór, a kosz na zakupy już całkiem mnie podbił.

IMG_5218_filtered IMG_5219_filtered IMG_5224_filtered

Co tam jeszcze widać… tak patrzę co nacykałam 🙂 Ciuchy. Tak. W ciągu jestem. Czekam na kolejne kolekcje. Nosweet, jak co sezon, wysysa ze mnie i naszego konta ostatnie soki. Ubóstwiam ich za jakość, printy [tym razem nie podeszły mi arbuzy ale ukochałam ich za robaczkowe, drobne printy…], które noszę sama i przede wszystkim za to, że oprócz sukienek wszystko jest I DLA CHŁOPCA.

I buty. Te buty…. co zrobili dla Mrugały. Szlag jakie piękne. Tak sobie je oglądam i macam. Mięta i szarości, zamsz, leciutkie. Ten oldschoolowy klimacik… Zupełnie mam w nosie, że na sznurówkę! Aha … aha… ej hej! A dla dużych to nie łaska?! Nosiłabym…

Patrzę, patrzę.. plasterki. U was też to ważny towar? No Rice u Emila takie rozdaje…

IMG_5227_filtered IMG_5236_filtered IMG_5238_filtered IMG_5243_filtered

I jeszcze wracając do ciuchów muszę – bo się uduszę. Zapewne znacie Kaszkę. Zaglądam na jej blog zupełnie bez sensu, bo u niej te 3 dziewczyny, piękne, dziewuszkowe, tylko mi zawsze smutno, że te brudne róże i zgaszone fiolety to na sukienkach są… Ale, ponownie ta mama od kosza na pieluchy, pokazała mi coś fantastycznego. Legginsy. Niemożliwe w dotyku. Bawełna tak gładka, tak miękka, tak… no jak zamsz trochę. Te legginsy, w tym pięknym zgaszonym różu. Ja smuteczek a ona – czekaj czekaj ale chyba mają niebieski z bordo!

I tak poznałam Girls on Tiptoes. Dzieło Kaszki. Nic tam dla mojego Bola nie ma oprócz tych niebieskich legginsów, niestety. To sklep tak dziewczęcy, że aż pachnie wanilią i stokrotkami. Ale jestem nim tak zachwycona, pomysłem, kolorystyką, materiałem… że polecam każdej mamie dziewczynki, a każdej mamie chłopca – prawie, że wrzeszczę o tych niebieskich legginsach.

Jestem w ciągu.

IMG_5253_filtered IMG_5259_filtered


Świąteczne Inspiracje – Mood4Wood

21 komentarzy
Świąteczne Inspiracje – Mood4Wood

To taki post bez tysiąca słów, z setką obrazów i pragnieniem – ach, żeby udało mi się pokazać to tak, jak widzę te piękności. Wyjątkowości…

Na pewno, Matuszki, kojarzycie i macie dość popularne od 2-3 lat – stemple do ciastek. Czy to Duka czy Empik czy mega design'erskie marki w scandisklepach – jest dość monotematycznie. Home made, Serce, Merry Christmas czy With Love… Ja też je mam. I uwielbiam z nich korzystać. Wycinane ciastka czy pierniczki nabierają charakteru ale przede wszystkim – radość wielką ma to Małe…

Jednak odkryłam coś co deklasuje te stemple o lata świetlne. Wałki. Do malowania po cieście.

 

 

dobryIMG_1151_filtered dobryIMG_1153_filtered dobryIMG_1161_filtered dobryIMG_1164_filtered

Gdy pierwszy raz zobaczyłam ofertę Mood for Wood przyświecała mi tylko jedna myśl. Jakim, ja się pytam JAKIM!? sposobem mam wybrać tylko jeden? Oczyma wyobraźni już widziałam siebie wraz synkiem, odciskających przeróżne wzory na kruchych ciasteczkach czy [już zaraz!] na pierniczkach. A przecież, każdy to wie, każdy znaczek, wzór czy napis smakuje inaczej! Uśmiechy, podjadanie, nosy w mące, i ku uciesze Taty dwie dłonie, odbite na biało, na moich tyłach…

Oczywistością jest to, że patrzycie na wałków kilka. A kilka jeszcze nadal do mnie woła rzewnie [na przykład ty … tyyy folkowy]. Oczywistością jest też to, że patrzycie na wałek MÓJ, KiKowy! Myślę, że rozumiecie mój zawał i wylew gdy go zobaczyłam. Jest przepiękny. PRZE!

dobryIMG_1166_filtered dobryIMG_1174_filtered dobryIMG_1179_filtered dobryIMG_1180_filtered

I tu dochodzę do sedna. Możecie mieć jakikolwiek wałek chcecie! Z imieniem dziecka. Z datą. Z grafiką. Z dowolnym napisem. Dowolnym projektem. Coś wspaniałego. Wierzcie mi, że ta mieszanina masła, cukru, wanilii i jajka jeszcze nigdy nie smakowała tak pysznie.

'Mamo! Jeszcze tylko serduszkowe dobrze? Bo serduszkowego jeszcze nie jadłem!' – wiem, rozumiem. Też tak mam. I ostatnie, naprawdę ostatnie kotkowe. Bo chyba smaczniejsze niż gruszkowe… Nie muszę chyba opisywać ile magii jest w 'malowaniu wałkiem' wraz z dzieckiem. Chociaż przyznaję, że czasem chciałabym siama!

dobryIMG_1183_filtered dobryIMG_1186_filtered dobryIMG_1192_filtered

Polecam te ciężkie, przepiękne, perfekcyjne wałki jak dzieła sztuki kuchennej. Na prezent. Chociaż ostrzegam, że jak ta wspaniałość zawita w waszym domu będzie ją bardzo ale to bardzo ciężko oddać innym, nawet ukochanym…

[moja koleżanka zaplanowała wałek z ulubionym bohaterem bajki swojej córeczki, ciężki przypadek niejadka… teraz tym wałkiem odciskają nawet chleb … tak pisałam – każdy wzór smakuje inaczej 😀 ]

MOOD FOR WOOD TU KLIK albo TU KLIK /bożżż jak mnie kusi ten z reniferami jeszcze …. /

dobryIMG_1199_filtered dobryIMG_1203_filtered dobryIMG_1213_filtered


o jabłkach

20 komentarzy
o jabłkach

Mogłabym napisać zalaną miodem recenzję. Mogłabym napisać tekst wielbiący. Mogłabym paść na kolana i pochylić w pokorze głowę. I to wszystko byłoby prawdziwe. Ale zamiast tego sama opowiem Wam… o jabłkach.

Ten post, jak i kilka moich ostatnich dni, jest do granic wytrzymałości inspirowany dziełem Elizy Mórawskiej 'O jabłkach'. To księga ciepła, pachnąca wspomnieniami. To wibrujący smakami dzieciństwa przewodnik. To jabłkowa perełka. Wreszcie… to fotograficzna uczta. Pochłaniam te fotografie niczym najpyszniejsze dania. Podziwiam i wzdycham aż do poczucia omdlenia. To musi być miłość, bardzo zmysłowa miłość. Ślinianki pracują. W salonie pachnie kuchnią babci, a w głowie malują się obrazy. Dzieciństwa swego i dzieciństwa mego dziecka.

Jabłka. Eliza pisze, że to jej ulubione owoce. Że jakby miała wybrać jeden jedyny owoc, to byłoby to właśnie jabłko. O chwileczkę… jakże to tak? Też? Jakże to? Gdy mam gotować z serca, z potrzeby ukochania daniem bliskich to jakie to smaki, zapachy i faktury wydobywam z zakamarków spiżarni? Wanilia. Mleko. Miód. Czekolada. Cynamon. Orzechy. Jabłka. Gdyby nie, pierwotna wręcz chęć 'wgryzienia' się czasem w mięso, mogłabym żyć i bazować na tych 7 składnikach. Najpiękniej pachną, najpiękniej smakują. Są moimi złotymi produktami, i gdy poszukuję nowych przepisów lub/i obmyślam własne, powyższe rozkosze, w dużej przewadze swą rolę w nich odbyć muszą…

'O jabłkach'… pisałam TU i TU chyba… a może tylko je fotografowałam… Bo jest w tych owocach coś tak romantycznego, silnie przyciągającego. Delikatnego i intensywnego zarazem. Jaką ilość nostalgii i wspomnień niosą za sobą te kuliste, pachnące domem owoce. Jakże to jest, że chyba każda z nas pamięta nasze babcie, mamy czy ciotki, sąsiadki i baby z okolicy… każda jedna z nich racuchy z jabłkami robiła. Po swojemu. Jedna drożdżowe, inna na maślance, trzecia z bitą pianą… I każda miała swoją najulubieńszą odmianę jabłek… do racuchów takie, a do szarlotki takie… na kompot tylko te! a do gryzienia … do gryzienia to najlepiej te małe, w stu kolorach, od sąsiada, z jego działeczki trzy metry na dwa, co to jedna jabłonka jest. Ale płodna skubaniutka! że hoho pani, w tym roku słodycz aż po nadgarstkach spływa. I nawet jak nie spływała to dziś myślę, że za każdym razem, gdy wgryzałam się w jabłko z działeczki, z tej jednej samotnej, dzielnej jabłonki to ten sok, gęsty od cukru płynął aż po łokcie…

I co w tych owocach takiego, że, jak zauważyła Eliza, to pierwszy owoc jaki dajemy naszemu dziecku. To też owoc jaki podajemy w chorobie. To także owoc, który towarzyszy nam zawsze i wszędzie. W podróży, w pracy, w szkole… Nie jesz śniadania córcia! Weź chociaż jabłko! – krzyczała mama w progu, gdy ja biegłam do szkoły a raczej do przyjaciół. Łapałam dorodne jabłko w drzwiach, wrzucałam do plecaka. Zawsze, okazywało się przydatne. I pyszne.

A powiedzenie – jedno jabłko dziennie utrzyma lekarza z daleka.. [one apple a day keeps a doctor away…] Proste, zdrowe. To takie jedzenie pierwotne. Najczystsze. Gdy byłam w ciąży jadłam jabłka kilogramami. To one uratowały mnie przed płaczem w toalecie. To one ratowały mnie gdy ogień zalewał mi krtań. W końcu nic innego jak jabłko, tarte, z masłem, wanilią, cynamonem i miodem, duszone, na paćkę, nie koi mojej histerycznej czasem potrzeby na 'coś słodkiego'…

O jabłkach. Mój syn, gdy spontanicznie, raz dwa, zabieram się za placuszki z jabłkami, wchodzi do kuchni i mówi: Mamo, tu pachnie jak w chmurach. I ja się z nim zgadzam. Tak musi pachnieć niebo. Błogość i poczucie… że wszystko jest w porządku. Tak pachnie spokój i miłość. Tak pachnie dom, zakochana i kochana kobieta tak pachnie, małe raczki obejmujące ją, lepkie jeszcze, do oblizania… tak pachnie dzieciństwo moje, jego, nasze. Rodzina pachnie pięknie. Jak w chmurach.

——————-

przepis na nasze placuszki idealne – oczywiście to przepis Elizy, stosujemy go od daaawna, bo jest genialny do zapamiętania – wszystko z jedynką! patrzcie:

100g mąki [może być pełnoziarnista]

100 ml tłustego mleka

1 jajko

1 łyżeczka sody

1 szczypta soli

1 łyżka miodu

1 łyżeczka pasty waniliowej /nie rezygnujcie z niej, naprawdę robi magię KLIK/

1 duże jabłko

wszystko mieszamy byle jak i smażymy na maśle z oliwa na złoto, odsączamy, sypiemy cynamonem, ew cukrem z wanilia i karmelem.. chciałabym umieć wklejać do postu zapachy… i chciałabym mieć podgląd jak omdlewacie…

książka Elizy 'O jabłkach' TU KLIK /to uczta, jeśli kochasz piękno, słowa, obrazu, zapachu i smaku, a jeszcze jeśli jesteś dzieckiem lat 70-80… to poproś o nią Mikołaja, to kup ją dla kogoś kogo kochasz, to miej ją, nie jako książkę kucharską, to wartość dodana, miej ją, bo to piękna księga po prostu…/

IMG_9722_filtered IMG_9724_filtered IMG_9741_filtered IMG_9744_filtered IMG_9756_filtered IMG_9774_filtered IMG_9775_filtered IMG_9793_filtered IMG_9803_filtered IMG_9806_filtered IMG_9809_filtered IMG_9823_filtered


chrupki je!

22 komentarze
chrupki je!

Co ja wiem o glutenie? Niewiele. Wiem, że to białko roślinne, że wprowadza się je dziecku po 4 mż i że to jest [taak…] wielka sprawa. Aha… i jeszcze wiem, że można być na nie poważnie uczulonym. Tak jak troje dzieci naszych znajomych.

Ale od początku. Nestlé zaprosiło nas do kampanii promującej płatki kukurydziane, wiecie, te kultowe Corn Flakes. Serio, pomyślałam? Trzeba je promować? Toż to kupowane płatki na tony w prawie każdym znanym mi domu. Jedzą je na sucho, jedzą je mlekiem, z jogurtem, dodają do granoli, do deserów, panierują w nich mięso, ba… karmią nimi jakąś dziwną rasę nibypsów nawet, a to poważne zaufanie do marki jest… No cornflejki są wszędzie!

Poznałam je jeszcze w latach 80tych, gdy na 4 lata zamieszkaliśmy w Toronto. Mój tata, według prawie-proamerykańskiej modły zdrowotnej, zmienił całkowicie swoje nawyki żywieniowe. Gdy dołączyłyśmy do niego po kilku miesiącach rozłąki [moja mama musiała urodzić siostrę, nie mogła lecieć w 7 miesiącu ciąży, bo nie daj boże, urodziłaby w samolocie i ciocia Asia miałaby podwójne obywatelstwo…nołłej – powiedziała Kanada] byłyśmy zszokowane. Wiecie, my z szarej [ale i tak kochanej] Peelki, nauczone, że śniadanie to kajzerka z serem i jajko na miękko, patrzyłyśmy na tego dojrzałego faceta jakby całkiem ogłupiał od tej Zagranicy. Siadał do śniadania z sokiem pomarańczowym [!!! a gdzie herbata?! kawa?!] i płatkami kukurydzianymi, z ciepłym mlekiem i miodem. Popitoliło kolesia, myślałyśmy. Stary facet chrupki je…

Po kilku miesiącach [przypominam, że to była końcówka lat 80tych] cała nasza rodzina pałaszowała cornflejki, każdego dnia, tata na ciepło, ja na zimno, a mama z jogurtem. Kurduplowata ma siostra z przyjemnością chrupała je tak, jak dziś nasze dzieci chrupią biszkopty, paluszki czy inne 'niemowlęce' smakołyki.

Dziadek Bola, a mój Tata, nadal, po ponad 20 latach je identyczne śniadania. Płatki kukurydziane Nestlé. I co mu zrobisz? Nie do ruszenia.

U nas w domu też są obecne, z reguły. Często robimy z nich przekąski [np pyszne kąski kurczaka, pieczone w chrupiącej panierce] i domowe słodycze.

Domowe słodycze. Tu dochodzę do meritum wpisu. Pamiętacie? Pisałam, że w naszym gronie jest kilkoro dzieciaków – bezglutenowców. Jest to ogromny problem, gdy zapraszamy te maluchy do nas, na imprezy i spotkania. Smakowe me serce krwawi. Zamiast naszych super ciastek z mąki orkiszowej muszę serwować im nijakie [wg mnie] i niesmaczne ciastka bezglutenowe, które kupuję specjalnie na tę okazję w jakiś ekosklepach, żeby chociaż mieć poczucie jakości. Czasem coś dla nich piekę. Bez glutenu. I nie wiem czy ja nie mam do tego serca i dlatego wychodzi to słabe czy po prostu gluten, który nadaje sprężystości i chrupkości jest mi potrzebny do szczęścia – ale te bezglutenowe słodycze są niedobre.

A tu Nestle pisze do nas – zrobiliśmy bezglutenowe cornflejki! i smakują tak samo! Aha, aha… pomyślałam, że wiele mam ucieszy się z tego faktu, że wiele dzieci z nietolerancją glutenu, z przyjemnością pochrupie sobie te kultowe 'chrupki'. A potem ciach, radość! Oho! Już wiem, co przygotuję dla Zośki, Stasia czy Werki, ludzi niewielkich, acz wspaniałych, których gościć mamy zaszczyt dość często. Orzechowe kulki! Nasz przepis od 'imprez' wielu, pychotki, które wciągają duzi i mali. Co lepsze – można je robić z Kurduplem. Takie przepisy uwielbiamy. Polecamy a instrukcja poniżej. [przepis jest autorstwa mojewypieki.com]

I jeszcze słówko od Nestlé, w końcu to oni sponsorują to nasze bezglutenowe gotowanie 🙂

'Ta wiadomość z pewnością ucieszy osoby cierpiące na nietolerancję glutenu oraz tych, którzy stosują dietę bezglutenową z konieczności lub z wyboru. Bezglutenowe Nestle Corn Flakes to ten sam tradycyjny smak płatków kukurydzianych i ta sama cena. Bezglutenowe Nestlé Corn Flakes dostępne będą zarówno w lokalnych sklepach spożywczych, jak i hipermarketach, na tych samych półkach, co ich klasyczny poprzednik. Nowa wersja znanych płatków kukurydzianych Nestlé CORN FLAKES teraz bez glutenu.'

Składniki na około 20 sztuk ORZECHOWYCH KULEK:

  • pół szklanki zmielonych (na pył) orzechów włoskich lub laskowych (około 60 g)
  • 5 czubatych łyżek masła + 1 łyżeczka dodatkowo
  • pół szklanki śniadaniowych płatków kukurydzianych [Nestle bezglutenowych!]
  • 1 szklanka pełnego mleka w proszku
  • 1/3 szklanki cukru pudru

Orzechy zmielić lub kupić już zmielone. Na patelni rozgrzać 1 łyżeczkę masła, wsypać zmielone orzechy i smażyć, cały czas mieszając, około 3 minut, do przyrumienienia (uwaga: szybko się przypalają!). Odstawić do ostygnięcia.

Płatki kukurydziane zmielić lub pokruszyć na proszek.

Zmiksować masło, ostudzone orzechy i cukier puder. Dodać płatki śniadaniowe i mleko w proszku, zagnieść. Otrzymana masa powinna być zwarta. Ulepić kuleczki, schłodzić.

Przed podaniem można otoczyć je w cukrze pudrze, w kakao, w zmielonych orzechach. Przechowywać w lodówce.

Smacznego 🙂

IMG_9300_filtered

IMG_9311_filtered

IMG_9321_filtered

IMG_9335_filtered

IMG_9336_filtered

IMG_9345_filtered


bo my kochamy jeść!

11 komentarzy
bo my kochamy jeść!

Kwaśne jabłka. Masło. Cukier trzcinowy. Maślanka. I rewelacyjny magazyn kulinarny. Dodatek 'Rodzina', nie traktujący nas, matek, jak zdesperowanych kucht: a może to zje, a może to…i to może..  co tam, że ręce mam umordowane od tego tarcia, co tam, że sprzątać potem trzeba pół dnia, co tam, że zjadł tylko dwie łyżki… urobię się, zarobię, dla dziecka swego nagotuję… Nie znajdziecie tu przepisów na hiper zdrowe kaszki z aronią czy trzykrotnie przemielone zupy z karczocha. Znajdziecie coś dużo lepszego, piękniejszego i łatwiejszego.

KukbuK. Rodzina. To niemalże 150 stron absolutnie przepięknych zdjęć. Takich w jakie lubię wpatrywać się przez czas długi, i wracać do nich. Bo w swej aranżacji są naturalne. To nie jest typowa fotografia kulinarna. To fotografia rodzinna, kulinariów. To reportaże, opowieści rodzinne, okraszone przepisami wprost z kuchni Ewki czy Zośki czy Agi… Wprost do brzuchów małych i dużych. To takie uczucie zaglądania do czyiś domów, kuchni, spiżarni, podglądanie innego stylu życia, słuchanie o innych smakach, innych lub często bardzo podobnych pomysłach na jedzenie. To ogrom inspiracji czerpany od niezwykłych w swej zwykłości rodzin. Nie znajdziecie tu przepisu Steczkowskiej na mielonego i Hani Lis na 'mermeladę babci'…

filtrIMG_7993_filtered

Są dwa reportaże, które szczególnie ujęły me kulinarno-fotograficzno-literackie serce. Na tyle, że mój KukbuK Rodzina leży przy mnie wieczorami a ja od czasu do czasu wracam, zerkam, oglądam. Planuję smakołyki na dzień kolejny. Pierwszy za zdjęcia – Mali Odkrywcy. Fotografie… każda opowiada, każda potrzebna, łączą się wszystkie w całość. A pomiędzy ślinka cieknie. Szybkie, proste przepisy. Na krem z marchwi i frytki z batatów, na 'Kociołek Odkrywcy' i na podpłomyki gryczane. A każdy przepis to mocne, krótkie składy. Dwa zdania o przygotowaniu.

filtrIMG_8015_filtered

filtrIMG_8019_filtered

Drugi reportaż to oczywiście….'Nasz świat na Kabatach'. Sto tysięcy razy pisałam, że mam za sobą życie w wielu, pięknych zresztą, miejscach na świecie. Ale mój dom to Kabaty. Wygrywają z Barceloną i Paryżem. Z Toronto i Bostonem. Ten reportaż jest prawie o nas, z wyjątkiem takim, że nie posiadamy dorastającej córki i nie mamy restauracji w centrum. Ale jemy to samo. Mieszkamy i myślimy podobnie. Tu przepisy na trzy słowa i cztery składniki: Kogel-mogel zapiekany z truskawkami czy stek na rukoli…

filtrIMG_8000_filtered

W innych reportażach znajdziemy wege burgery na które serio, jako mięsożerca, mam ochotę, ryżowe chrupki, ciepłe lody, lizaki biszkoptowe… bajka. Wszystkie przepisy są 'pod dzieciaki' ale nie są idiotycznie infantylne, nie są też przesadnie ekofiko a jednak ukierunkowują na zdrowe, świeże, mało przetworzone jedzenie… nade wszystko ma być smacznie i pięknie. Nastrajają na gotowanie razem z dzieciakiem, bo każdy z tych przepisów nadaje się do tego aby przygotować go wspólnie, choćby z 3 latkiem.

Chcemy jeść. Pierożki z porem, serem i miodem, paluchy rybne, placki z kaszki kukurydzianej z nadzieniem z ziemniaków. Chcemy jeść. Pieczone warzywa z kaszą jaglaną, bezę cytrynową, trufle z masłem orzechowym i domowe galaretki… Chcemy jeść!

KukbuK Rodzina. Możecie kupić online. 28 zł. To prawie książka kucharska, prawie bo to znacznie więcej. To wielkoformatowe doznania, które uwielbiam. Łączy piękne obrazy, ciekawe słowa, masę inspiracji sprawiającej 'że nagle mi się chce!', i tonę przepisów z głową. Z sensem. Do zrobienia. Do jedzenia.  My dziś robiliśmy Cobbler z jabłkami i owsianką. OMG! Tyle powiem… i zjem kolejną porcję.

filtrIMG_7990_filtered

filtrIMG_7994_filtered

filtrIMG_7997_filtered

filtrIMG_8001_filtered

filtrIMG_8002_filtered

filtrIMG_8023_filtered 


…cukru w cukrze

9 komentarzy
…cukru w cukrze

…bo wena to kapryśna … i tu powinnam, jak na blogerkę przystało, wstawić soczyste rzeczowniki poparte dużo bardziej siarczystymi przymiotnikami niż ten 'kapryśny'. Ale, że nie lubię 'powinnam' i nie lubię 'muszę' i kocham blogowanie za to właśnie, że nic [!] nie muszę, to powiem Wam po prostu prawdę. Nie mam, chwilowo, nic głębokiego, mocnego, wzruszającego do powiedzenia. A, że najmocniej na świecie wierzę w to, że jak się nie ma nic do powiedzenia to lepiej milczeć – to milczę.

Bloger to taki twór i stwór, który całą swą pasję, pracę i wenę opiera na własnym życiu, na swej codzienności /czasem bardziej niezwykłej niż przeciętnego Maliniaka ale nadal to codzienność/ na doświadczeniach, na obserwacjach… Dobry bloger dodaje do tego szczyptę wyobraźni, warsztatu, odrobinę albo całą tonę swej charyzmy, oblepia całością swoje ego i bum. Mamy świetny post.

A ja, tymczasem nie mam nic do opowiedzenia – powiedziałam pani pediatrze, przy kawie, smęcąc o tej kapryśnej dziwce czyli wenie… Nic, Pani Kasiu, nic do opowiedzenia. No co się stało? Nic mnie chwilowo nie inspiruje na tyle, żeby zarwać noc i pisać z tym rozdygotanym sercem. Po prostu idę spać i snem niewinnego chrapię do rana. Ludzie wokół mnie – jakby zbledli, jakby przestali być fascynujący, każdy w swej niezwykłości stał się podobny. Zlali się jakoś  jedno… a dzieci. Pani Doktor, no też mi afera. Dzieci są, były, będą… nad czym tu kwilić, wzdychać, gadać… o czym. Bo mam wrażenie, że już wszystko powiedziano… no do przedszkola stada blogerskie teraz idą, to co, napisać post o kapciach?…

I tak jej jęczę, stękam, marudzę na tę dziwkę, wenę cholerną. A Pani Kasia, mądra i wyważona osoba zerka na mój glukometr leżący na stole, potem na ciastka, które obie opędzlowujemy w zawrotnym tempie i pyta: Oj, problemy z cukrem?

I już wiedziałam co Wam opowiem.

Dwa miesiące temu mój ginekolog oznajmił, że czas na kompleksowy przegląd i zlecił mi kilka stron badań. Serio. Wszystko, od morfologii przez wątrobę, krzepliwość, lipidogram, hormony, cholesterole, po, oczywiście, cukier. Plus sto innych dziwności. Wszystko wyszło cacy oprócz cukru, po obciążeniu. Przekroczył 160. Źle.

Może to insuliooporność, może już cukrzyca. Trzeba zbadać dalej, potwierdzić, wykluczyć…Diabetolog. Dostałam glukometr i kilka razy dziennie kłułam się w palce, zapisywałam wyniki i okoliczności. To było 2 miesiące temu i dziś mogę Wam powiedzieć, że jestem zdrowa, z moim cukrem jest wszystko w porządku. Za to przez ten okres dużo bardziej zaczęłam się przyglądać temu co wkładam do paszczy, tym samym, co proponuję paszczy mniejszej… I dużo się nauczyłam.

Wszystko to, niby, każdy oczytany człowiek wie. Wie i tyle. Paszczy nadal to samo i tak samo.

Naocznie i 'cyferkowo' przekonałam się, że po węglowodanach cukier leci pod sufit a po białku prawie nie drga. Że czekolada gorzka nierówna jest czekoladzie mlecznej jak niebo i ziemia a makaron, wieczorem, jest cukrowym dramatem. Że wysiłek zbija cukier do normy w 20 minut, że jak się nawpierdzielasz i czujesz senność to zapewne cukier w tobie dostał świra..

Jednak, jak wiele razy pisałam na KiKu razowe mąki i inne stewie średnio mnie kręcą, zawsze je wyczuję, i zawsze, w mojej opinii, mocno zmieniają smak na niekorzyść. A smak to dla mnie sprawa ważna, jednak to jedna z największych frajd w życiu. Smakowanie. I tak, biorąc pod uwagę wszystko co napisałam powyżej i dodając info, że od ponad miesiąca nie ma w naszym domu innych słodyczy jak domowe, dochodzę do momentu ogłoszenia: opracowałam ciasteczka /Chocolate Chip Cookies/ bez kompromisów smakowych, które sprawiają, że cukier w organizmie ma się cudnie. I są one naszym stałym podwieczorkiem od wielu tygodni.

IMG_5920_filtered

Ale zanim reszta – fakty. Zrobiłam eksperyment. Zrobiłam ciasteczka w wersji 'białej' i w wersji 'zdrowej'. Za każdym razem startując z cukru na poziomie 105-110 zjadałam 3 ciastka popijając kawą. Po 2 h badałam cukier ponownie. W wersji 'białej' był on na poziomie 138 /jeszcze w normie ale wysoko/ – po wersji 'zdrowej' – wynik był 108. Przy czym w obu przypadkach zachowywałam się podobnie [nie ćwiczyłam, nie byłam na spacerze, nie goniłam dziecka ani męża..] i 'badania' odbyły się o podobnej porze.

IMG_5915_filtered_filtered

Teraz co do przepisu. Sam w sobie jest genialny! I należy do Liski. Znam go na pamięć i robię z nim wszelakie modyfikacje trzymając się 'rdzenia' i proporcji. A więc robiłam te ciastka z M&Msami, z kokosem i bez, z prażonym i nieprażonym, z orzechami, bez dodatków, z mąki pszennej i orkiszowej, z cukru brązowego, białego, muscavado, cukru kokosowego, z dropsami z mlecznej i gorzkiej czekolady, z dodatkiem masła orzechowego i bez, z dodatkiem kremu nugatowego i z dodatkiem obu kremu… Ciastka zawsze są idealne, lekko 'gumiaste' w środku i chrupiące na zewnątrz. Są przepyszne. I w tej 'opracowanej wersji' naprawdę zdrowe, pożywne i pyszne!

IMG_5925_filtered

Najpierw wersja GRUBA czyli ta od glukozy 139…

120 g masła
160 g cukru trzcinowego
1 jajko
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka naturalnego ekstraktu z wanilii
160 g mąki pszennej
5 łyżek wiórków kokosowych
3 łyżki kremu czekoladowego [ew nugatowego ]
1/2 łyżeczki sody
garść posiekanej czekolady mlecznej albo np M&Msów..

I wersja ZDROWA czyli ta od glukozy 108…

120 g masła
160 g cukru kokosowego /wygląda i smakuje jak trzcinowy, do dostania w zdrowych sklepach/
1 jajko
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka naturalnego ekstraktu z wanilii
160 g mąki orkiszowej
5 łyżek wiórków kokosowych
3 łyżki niesolonego masła orzechowego
1/2 łyżeczki sody
ok 150 g dropsów z ciemnej czeko /ja kupuję 'czekoladę do picia' w formie 'kropek', zdjęcie poniżej/

WYKONANIE /w obu przypadkach identyczne/

Masło utrzeć z cukrem. Po ok. 5 minutach ucierania dodać jajko, sól i wanilię.
Dodać mąkę z sodą, kremy czeko/masła orzechowe, ew wiórki kokosowe. Na końcu wmieszać 'dropsy' lub inne dodatki.
Masę wstawić do lodówki na pół godziny [niekoniecznie]
Dużą blachę z piekarnika wyłożyć papierem do pieczenia (wszystkie ciasteczka nie zmieszczą się na jednej, będziemy piec 2-3 blachy).
Przy pomocy 2 małych łyżeczek nakładać na blachę porcje masy, zostawiając pomiędzy nimi 4-5 cm odstępy. Piekarnik (z termoobiegiem) nagrzać do 160 st C. Wstawić blachę, piec ok. 14-16 minut. Gotowe ciasteczka są miękkie, ale stwardnieją podczas stygnięcia.
Smacznego!

Obie wersje można dowolnie mieszać ale szczerze polecam tę zdrowszą… Mam tak, że 'liczby' zawsze mnie mocno przekonują i naprawdę przyjemnie mi na duszy, że każdego dnia zajadamy zdrowy i pyszny podwieczorek. Który najczęściej przygotowujemy razem z Bolem. Inna sprawa, że ten przepis mamy opanowany do perfekcji i ciacha ukręcamy w czasie krótszym niż jeden odcinek Tomka… serio.

—————–

Wracając do wątku weny, tej dziwki kapryśnej. Wróci, zawsze wraca. Czasem z fochem, czasem z przeprosinami ale wraca zawsze…

IMG_5918_filtered

IMG_5927_filtered

IMG_5943_filtered_filtered

IMG_5948_filtered_filtered

IMG_5966_filtered

IMG_5969_filtered

IMG_5971_filtered_filtered