subskrybcja: Posty | Komentarze

pod rozwagę…

13 komentarzy
pod rozwagę…

Zielona szkoła. Ja, nauczycielka z niewielkim stażem, wielką wiarą w ludzi i idee. Pod moją opieką grupa dzieci. Szkoła prywatna. Z kilkunastu uczniów dwoje ma wypadek. Jeden spada z konia i mimo ochrony boli go głowa. Drugi spada ze schodów. Boli go głowa.

Pierwszy, oprócz ubezpieczania podstawowego i NNW ma jeszcze 'jakieś'. Drugi ma tylko 'bazę'. Z jednym i drugim spędzam czas na SORze. Z pierwszym jednak to czas krótki i konkretny. Krew. Omacanie przez chirurga. Badanie neurologiczne. Tomografia głowy. Do domu. Drugi – spędziłby w szpitalu 2 dni 'na obserwacji' z zaleceniem wykonania tomografii w 'domu' oraz wizyty u neurologa 'w rejonie'. [spędziłby, bo oczywiście rodzice go odebrali asap…]

To był pierwszy raz, kiedy pomyślałam, że te 'dodatkowe ubezpieczenia' może i mają sens. Jako typowy, szczególnie młody Polak myślałam – raz: mnie to nie dotyczy, jakie są szanse, że coś mi się stanie… a dwa: płacę do cholery wielkie składki na ZUS, czemu mam jeszcze coś dopłacać….

Potem przyszedł czas podróżowania po EU. O boże. Komplikacji tysiąc. W kwestii ubezpieczeń zdrowotnych oczywiście. Generalnie jeśli nie umierasz to możesz sobie pójść do lekarza w Polsce, za miesiąc, czy dwa… To był kolejny raz kiedy pomyślałam o dodatkowym ubezpieczeniu, takim, który pozwoli mi z bólem brzucha pójść po prostu do lekarza, który w razie czego wykona np usg…

Powoli stawałam się 'fanką' ubezpieczeń bo mimo, że czasami formalności albo 'zwroty' spędzały sen z powiek to suma summarum koszta się zwracały a ja nie miałam poczucia, że być może kipnę w jakimś hotelu na rozlany wyrostek.

Potem przyszedł czas 'rodziny'. Gdy pojawia się dziecko nasze mózgi zaczynają pracę na full obrotach pt.: 'co będzie jeśli…'… do tego dochodzą wszędobylskie tragedie, a te dotyczące dzieci najmocniej zapadają nam w pamięć. Zaczynamy myśleć – boże, nie daj boże!, ale przecież to może spotkać i nas! I to małe toto co właśnie zjeżdża na jabłuszku… Dalszy ciąg każdy zna. Był wypadek. Nie ma pieniędzy. Nie ma miejsc, poza tymi na II kwartał 2016 roku. Nie ma naturalnego dostępu do badań obrazowych, które jako nie ingerujące powinny być podstawowe [usg, rtg, tomo, RM…] A nie. Przepraszam. Dostęp jest. Za 400 zł to na jutro termin jest. A RM prywatnie w Wawie to i 1000 zł kosztuje…

Zawsze. Wszędzie. Kurna. Ale rozchodzi się o kasę. A gdy chodzi o zdrowie dziecka i 'rozchodzenie się o kasę' to moja psychika siada albo wrzeszczy. Nie ma we mnie zgody na to, żeby dziecko nie miało 100% dostępu do badań i leczenia bo… pieniądze. Jakiekolwiek dziecko. Niestety Polska nasza o to nie zadba. Ja o to nie zadbam. Ani Bóg Święty.

Tylko my. Wy. Rodzice. Możemy postarać się o bezpieczeństwo finansowe i względy spokój w obliczu wypadku. Żeby móc głaskać obolały łokieć i czytać bajki dla ukojenia obitej główki. A nie biegać po rodzinie z prośbą o parę stówek, nie żeby biegać po placówkach z prośbą o wciśnięcie w grafik. Żeby nie biegać wcale. Żeby być obok, we wględnym spokoju ducha, z siłą na uśmiech i pocieszenie. Z siłą na opowieść, na grę, na kołysankę. A nie bez sił, które zostały zmarnowane na formalności, walki, kłótnie i przyziemności czy na koncie coś jeszcze zostało…

Kiedyś Wam opiszę wszystkie ubezpieczenia jakie mamy. Może to i dużo. Ale wierzcie mi, że te parę setek miesięcznie [w sumie] daje mi spokojny sen a w poniższym wypadku – absolutnie rozkoszne wakacje. Chcę zwrócić waszą uwagę na jedno z ubezpieczeń, które do mnie bardzo przemawia. Jest to tekst sponsorowany. Jak wszędzie przecież – rozchodzi się o kasę… ale możecie być pewni, że piszę ten tekst z najgłębszego przekonania o jego słuszności.

IMG_2927_filtered

Ubezpieczenie to, przede wszystkim, obejmuje opiekę podczas amatorskiego uprawiania sportów – narty [!!!], sanki, ale i rower czy jogging [!!!]. Po drugie obejmuje całą rodzinę. Ale wiadomo, przede wszystkim dzieci. Opiewa na rok. Trwają ferie. To ubezpieczenie idealne. Nie ma doskonalszego momentu na podjęcie takiej decyzji.

Trochę konkretów, które mnie silnie przekonują do pakietu MediPlan od AXA Assistance:

– cena ubezpieczenia rodzinnego jest stała niezależnie od liczby jej członków

– formularz jest banalny i w opcji rodzinnej podajemy dane tylko jednej osoby

– płatności można dokonać elektronicznie, a dokumenty potwierdzające zawarcie umowy otrzymujemy na wskazanego maila

– nie musicie być małżeństwem aby wybrać opcję rodzinną

– wreszcie, pakiety startują od śmiesznej ceny rocznej 51 zł do równie radosnej kwoty [max] 258 zł/rok/cała rodzina

OPCJE I PAKIETY TU KLIK

[ubezpieczenie obejmuje wypadki na terenie Polski]

I coś bardzo bardzo ważnego – nie ponosisz kosztów umówionych wizyt lekarskich oraz niezbędnych badań specjalistycznych w przeciwieństwie do ubezpieczeń NNW (następstw nieszczęśliwych wypadków) oferowanych przez towarzystwa ubezpieczeniowe. W przypadku standardowego ubezpieczenia NNW samodzielnie organizujesz leczenie i pokrywasz jego koszty, a następnie domagasz się odszkodowania od ubezpieczyciela. Tutaj nic 'nie wykładasz' i nie czekasz na zwroty.

 

Wszystkie szczegóły przeczytacie TU KLIK [mają sens i nie czyta się ich jak przez ‚szklankę’].

Szczerze życzę sobie i wam abyśmy nigdy nie musieli 'ściągać' ze stoku połamańca. Abyśmy nigdy nie musieli mieć pękniętych serc bo nasze małe cierpi. Ale jeśli już wypadek, który chodzi po ludziach, dotrze i do nas, to chociaż miejmy tę błogość finansową. Miejmy 'gdzie' zadzwonić i 'na kogo' się zdać.

Daję pod rozwagę…

AXA-Assistance-Polska-Logo-Mini


Facebook na OIOMie

10 komentarzy
Facebook na OIOMie

Jak się postarasz. Jak będziesz wybiórczy. Jak będziesz uważny. Jak będziesz czytał zdania a nie słowa. To nawet na Facebooku znajdziesz coś wartościowego. To nie świat stał się byle jaki. To my byle jak na niego patrzymy.

———————————————-

Mam najwspanialszą rodzinę na świecie, piękne i mądre dzieci, szczęśliwą żonę i uroczego wnuka, dzięki ci boże za to szczęście. Postarzałem się już, zdziadziałem nawet ale niespodzianki wam jeszcze szykuję…

Hej człowieki ja nigdy kasy nigdzie nie wpłacam bo mi się kodów odczytywać nie chce. Ale ja pierdolę, 3 latek z guzem mózgu mnie przerasta. Gość dwa razy powiedział "ała" a mu rdzeń gula rozsadzała. Dwa razy. Wpłać kumplu, wujku i nieznajomy polaku z Hiszpanii. Nie linkuję bo nie przeczytacie. A tak gdy przeczytacie to napiszcie na pw. Mały fajterze, stoję z tobą ramię w ramię. Skopmy dupę tej zarazie.

Jestem taka smutna. 243 osób mam. Tu w komputerze. I ani pół obok.

Polsko! Zohydzisz wszystko. Nawet dziecięcy OIOM cały w serduszkach.

Nie zabierajcie nam autorytetów! My, dzisiejsi 30-40 latkowie mamy ich już tak niewiele.

To uczucie gdy na żywo poznajesz gwiazdę rocka, kolana ci miękną, przyjmujesz pozycję prawie, że horyzontalną i słyszysz: Cieść rozkośna, jestem Simon z Bzieścia…

22 grudnia nagle przestał padać deszcze, moja żona umarła na moich kolanach. Była mi muzą i pięknem całego świata, silna i mądra, mądra i skromna, moja podpora i moje zjawisko … dlaczego ten deszcz musiał tak nagle przestać padać?

Dzisiaj, zaraz po skończonym obiedzie zadzwonił telefon i dowiedziałam się, że urodziłam dziecko. Moja Lila narodziła się dziś dla nas, dziś odbieramy ją z domu dziecka, dziś przyjedzie nareszcie do swojego domu, do mnie, do mamy. Wiedziałam, że urodzić dziecko musi być wspaniałym uczuciem … adopcja zakończona.

———————————

Ola lat 34. Zbychu lat 78. Tomek lat 23. Magda lat 37. Janka lat 50. Asia lat 26. Kazik lat 49.
Wszyscy jesteśmy blogerami.
/wszystkie teksty są parafrazą statusów na Facebooku, z wyjątkiem podlinkowanego/

 


Brzydkie słowa.

51 komentarzy
Brzydkie słowa.

Nie lubię podsumowań. Ani w życiu ani w blogowaniu. Zresztą, serio, kogo to obchodzi? Poza tym, na 2015 rok wymyśliłam nowy nurt – slow blogging. Zapewne było tak, że gdzieś o tym czytałam ale moje ego stwierdziło – idealne dla Kredki. Więc biorę. I wychodzę poza [niekoniecznie przed] szereg. Slow, slow, powoli…

10882166_596371953826641_2740959366399080939_n

obrazek Alan Hermanek

 

Tymczasem tekst wyłącznie dla nieprzypadkowych czytelników KiKa… Taki świąteczny i noworoczny…

Babcia dawno nie widziała Bola. Bolo czaruś, kocham cię babciu! Tęskniłem! I zaczyna swoje gwiazdorzenie. Babcia i dziadek wzruszeni siedzą, oczy się szklą, Bolo myśli, że śpiewa skrzecząc jakieś piosenki: choinka, choinka… mikołaju, mikołaaju… Babcia – wnusiu! Jaki ty cudny, łaadny, mądry! No to Bolo leci z wierszykami, ach wnuczeńku Kochany! Więc Bolo już cały na adrenalinie zaczyna opowiadać bajkę. Oho…Ja z tatą Bola – czapka w czoło, słyszymy jak zaczyna zmyślać: I Babciu był laaaas! Glooźny glooźny las wiesz? I w nim mieszkał ptaszek, malutki taki, i nagle przyszła burza i jak piorun WYPIERDOLIŁ ptaszka w kosmos to był koniec bajki, wiesz Babuniu?…

Babunia zassała grzyba z zupy tak, że jej wypadł nosem.


Duchy dzieciństwa

17 komentarzy
Duchy dzieciństwa

Babcia Irenka. Póki żyła była spoiwem bliższych i dalszych ludzi z rodziny. Wigilia zawsze na starym Grochowie, w starym poniemieckim domu, na dwustuletnim stole, który mógł pomieścić dwadzieścia dorosłych i siedmioro dzieci…

Nie wiem jak i kiedy ktoś to policzył. Dziś myśląc o tym nie mogę oprzeć się wrażeniu, że te siedmioro dzieci to po prostu była ilość jaką dorośli mogli zdzierżyć na raz. Pamiętam swój stres, gdy w jedne święta przyjechała 'dodatkowa rodzina' z 'dodatkowym, ósmym dzieckiem'. Nie mogłam spać martwiąc się, które z nas nie usiądzie przy stole wigilijnym. W tamte święta okazało się jednak, że te wyliczenia, prawie sto lat temu zrobił Dziadek Fijałkiewicz i zwyczajnie nie przewidział cudownego wynalazku PRLu. Taboretów.

Dziadek Fijałkiewcz. To najgroźniejszy i najbarwniejszy duch mojego dzieciństwa. Moich świąt. Nigdy go nie poznałam ale duch jego, jakże silny w domu na Grochowie, żyje, nawet tu, na Kabatach, do dziś. Przyblakł, czasem staje się przeźroczysty ale zawsze, w każdą Wigilię ja kurczę się do rozmiaru dziecka na babcinym taborecie i trochę z trwogą a trochę z rozbawieniem słucham historii o Dziadku Fijałkiewiczu. Tylko, że teraz słucham własnego głosu, a dorośli, którym to sporo brakuje aby dobić do dwudziestu, dzieci, które teraz już mają pełnoprawne krzesła, stół, który ma rok i może pomieścić garstkę – słuchają wraz ze mną.

Nie wiadomo skąd się wziął Dziadek Fijałkiewcz. Najczęstsza historia głosi, że zobaczył moja prababcię, wiosną, w oknie. Była prawie naga! Miała na sobie staniki, halki, majtki do kolan, tonę koronek i szlafrok. Sami rozumiecie. Naga! Stary Fijałkiewicz miał zawsze niezdrową chrapkę na dziewczyny, więc podkradł się do okna, wysokiego parteru, jak to w poniemieckim budownictwie i zaczął. ćwierkać. Historia w dalszej części głosi, że sąsiedzi posłali po Władzę, bo wariat jakiś siedział pod oknem Pani Anuszki i ćwierkał. No świr. Trzeba zamknąć.

Pani Anuszka, moja prababcia, matka nastoletniej już babci Irenki i wdowa po Dziadku Jerzym, usłyszała zamieszanie w ogrodzie. Pędem ubrała się, uczesała, wymalowała, pończochy wciągnęła, buty zasznurowała, walerianę powąchała i – pędem… po pół godzinie – wybiegła głodna sensacji do ogrodu, i na ulicę. Sąsiedzi łapali się za głowy. Boże boże, wariat i zboczeniec w dzielnicy, takiej porządnej, wie Pani Anuszka, ten mały taki, zasuszony, sto lat chyba ma, wie Anuszka który? Noo… to siedział pod oknem waszym i ćwierkał! Gwałcić chciał!

Anuszka, porządna wdowa, z nastoletnim dzieckiem zalała się rumieńcem – jak głosi historia – oburzenie swe wyraziła silne, oznajmiła, że teraz położyć się musi, waleriany więcej nawdychać, melisy napić i w ogóle to ona chyba teraz nie zaśnie pięć dni! Tak, tak, kiwali z przejęciem sąsiedzi. Niech Anuszka uważa bo Fijałkiewicz zbiegł Władzy, widziano jak umyka w stronę Wiatracznej… Anuszka nakazała córce swej, Irence, zapinać ostatnie całkiem maleńkie guziczki pod szyją, które ją gryzły i uwierały. Kazała zakładać dwie pary majtek, a na to jeszcze kalesony. Pod sukienki. Żeby przestępca miał utrudnioną drogę przestępstwa moralnego, a ona, żeby w razie czego miała więcej czasu na krzyki.

Historia głosi jednocześnie, że Anuszka sama podwójnych majtek nie zakładała. Powietrze prawie, że letnie przyduszało ją więc musiała wręcz odpinać te maleńkie guziczki przy szyi, czasem aż nieprzyzwoicie głęboko, odsłaniając obojczyk ale każdy rozumiał, że dla zdrowia mus taki. Kalesonów nie zakładała a nawet! Nawet zdarzyło jej się, przez nieuwagę oczywiście, zmęczenie, wiatry gorące, wybiec raz po pranie do ogrodu, całkiem boso…

Tymczasem nikt Fijałkiewicza nie widział, czasem tylko ćwierkanie słyszano, spod okna Pani Anuszki, ale ona, zarzekała się, że to wróble.

—————–

Nim lato minęło, jesień przeszła, zima i Święta nastały, Anuszka rumieńców nabrała. Tłuszczyku tu i ówdzie także. Jak dobrze, mówiono w okolicy, taka wdóweczka drobna była, smutna i szara a teraz patrzcie! Piękna, dorodna, całkiem jeszcze użyteczna dama! Nim lato minęło, jesień przeszła, zima i Święta nastały, Anuszka rumieńców nabrała a do stołu wigilijnego posadziła stuletniego chyba już, zasuszonego, maleńkiego Fijałkiewicza.

Zgłupiała całkiem, rodzina opowiada. Chichranie przy barszczu? Bo ten stary dureń co rusz szepty jej do uszka strzelał. Nogę na nogę zamieniała tak zamaszyście, że wiatr się robił i choinką bujał. Staruch puszczał jej całuski przy makowcu i podszczypywał na drugi dzień przy krojeniu gęsi. Wstyd na cały Grochów!

—————–

Tak w naszej rodzinie nastał Dziadek Fijałkiewicz. Żył chyba 200 lat. Tego nie wie nikt, ale nawet, gdy Anuszka już odeszła, jakże młodsza od niego – ten żył nadal i to pełnią życia. Ledwo chodził ale ćwierkać chciał nadal. Fascynację kobietami przeniósł na inne panny z rodziny. Z opowieści wiem, że dom na Grochowie pełen był niepokojącego wzroku Dziadka Fijałkiewicza, który ledwo ze schodów sam schodził, ale gdy która gorset sznurowała to migusiem jakoś pojawiał się w pobliżu. Stary piernik, gdy już na oczy całkiem nie widział, to specyficzne ruchy powietrza wyczuwał i gdy moja mama, młodziutka dzierlatka, zakładała pończochy ćwierkał, dureń jeden, aż uszy bolały. A raz nawet, gdy kąpała się w wannie, takiej co to jak wejdziesz to tylko czubek nosa wystaje, Dziadek Fijałkiewcz wpadł do łazienki na tym Grochowie , z lupą wielką do nosa przystawioną szukając dziewczęcego wstydu. Potknął się jednak, a że miał przecież już mocno ponad 200 lat, umarł. Od potknięcia.

————–

Duch Dziadka Fijałkiewicza jest nami często. W święta, daję słowo, przy ubieraniu się do kolacji, słyszę ciche ćwierkanie, jakby zza mgły, i obecność mocną i dziwną… Chcąc nie chcąc, 'duch' uderza mi do głowy i ubieram się tak, aby zasłonić wszystkie intymne części ciała. Ćwierkanie cichnie, a ja zasiadam do swego barszczu, znad którego i mi się zdarza chichrać. A tę nogę na nogę… zarzucam całkiem nieodpowiednio, za wysoko i jakoś tak zbyt w kierunku oczu męża mojego…

IMG_1792_filtered_filtered


Księżyc raz odwiedził staw…

13 komentarzy
Księżyc raz odwiedził staw…

Sprzątamy z mężem, uwijamy się, bez słów rozumiemy. Ciach ciach. Zrobione. On mi całusa, ja mu buziaka. Niezła z nas para – mówi On. Patrzę na synka. Siedzi na skraju kanapy, zaraz tą chudą pupiną spadnie, głowa spuszczona. Widzę, że jeden słony groch już kapnął na spodnie. Ramionka opadłe, plecki zgarbione. Kupka nieszczęścia.

Podchodzę do tego Smuteczka i pytam: Syniu, co się stało? Nic Mamusiu. I grochy nowe poturlały się, i kolejne… Synku, widzę, że jesteś bardzo smutny, dlaczego? Tak Mamusiu, jestem. Tu wielki wdech i wiecie… ten wydech na sto razy, grochy kapią jak szalone: Boo… boo…booo ja jestem nie do pary!

———————

Mamo, kogo masz w sercu?

Was Kochanie, Ciebie i Tatę, całą naszą rodzinkę i przyjaciół, i Babcię Niebkową, i Deksika…

A ja Mamo też ich tam trzymam i Ciebie ale wiesz co… robi się ciasno.

Oł! Ciasno? Wiesz, serduszka są taaaak pojemne, tak ogromne, że są w stanie pomieścić nawet miłość mamy i taty do dziecka, a taka miłość jest taaak wielka jak kosmos albo nawet większa…

Mamo! Ja to wiem! Ale ja tam włożyłem jeszcze dinozaury!

Oh.. aha.. hmm… dinozaury mówisz…

Tak Mamo! Bo przecież one wyginęły, są tylko w bajkach, i w naszych historyjkach i na naszych rysunkach. A miały gloooźne zęby i nikt ich nie kochał! Więc nikt ich do serduszek swoich nie włożył! A one te zęby miały żeby mogły obiad Mamo zjeść! Więc ja je włożyłem do swojego serduszka… tylko teraz tam tak ciasno.

—————————-

Posłuchaj: Księżyc raz odwiedził staw, bo miał dużo ważnych spraw…

Oooo! Uwielbiam! Śpiewam z tobą! – zawołałam uradowana.

Mamo! Cisza! To jest utwór dla ciebie!

Oj, ok. – siadam zawstydzona, słucham…

Księżyc raz odwiedził staw, bo miał dużo ważnych spraw… zobaczyły go szczupaki, kto to taki, kto to taki?

Księżyc na to odparł szybko – jestem sobie Złotą Mamą! Słysząc taką pogawędkę, rybak złowił go na wędkę.

Dusił całą noc w śmietanie, nie zjadł wcale na śniadanie, bo uratowałem Mamę, moja złotą Mamę Agę!

————————–

Tato, ja już jestem duży i wszystko umiem, ty już jesteś duży i wszystko umiesz a Mama jest dziewczyną. Ehh.

————————-

Kupujemy kaszki, pieluchy, chusteczki dla bardzo chorego chłopczyka. Nie znamy go ale nasze przedszkole chce mu zrobić świąteczną paczkę. Bolo pakuje do wózka, z przejęciem, każdą rzecz z listy… proszek do prania, szampon, podkłady… i nagle pyta: Mamo – czy mogę sam coś wybrać dla tego Kubusia? Możesz… mówię ciut niepewnie, nie wiedząc czego się spodziewać.

Bolo przynosi: czekoladę, szokobony, kredki i książkę o literkach.

Patrzę, i choć wiem, że to moja /durna/ dorosłość /durnie/ wyrywa się mówię: Ojej, myślisz, że to jest potrzebne?

Moje dziecko spojrzało na mnie tak, że nigdy tego nie zapomnę.

Mamo, przecież ten Kuba jest dzieckiem, prawda?

———————-

I cytat z mojej /mądrej i dobrej/ koleżanki po rozmowie o listach do Mikołaja na różnych portalach: 'Serce pęka jak widzi się jak jedna dziesięciolatka prosi o Samsung Galaxy Ace 3 mini, furby boom, 2 bilety na koncert Violetty w Łodzi ze spotkaniem na żywo z aktorami, perfumy, zestaw kosmetyków a druga o opał. leki i jedzenie dla rodzeństwa. Wszystkie dzieci powinny marzyć o zabawkach i słodyczach, a nie o rzeczach, które powinny być zmartwieniem dorosłych'

IMG_9396_filtered


Sześć Zakochań

33 komentarzy
Sześć Zakochań

Starowinka 'nasza' [znacie ją z KiKa… co to zawsze ze szczypiorkiem, koperkiem czy konwaliami przy chodniku siedzi…] woła:
"Bolesławku mój piękny! Opowiedz mi o świecie."
– a on mędrkuje z przejęciem –
'Pani Babuleńko, chmury to taka puchatość niebna jest…'

I Babuleńka potem mówi: widziałam was we trójkę, ileż to zakochania na raz! Policzyłam, że sześć zakochań. Stoję, liczę, no sześć jak nic wychodzi…

Czy zakochani? Na pewno kochani. I to kochanie liczę, i liczę, wychodzi dziewięć. Bo samych siebie też uczymy się kochać. I dziecko nasze. Szanuj, kochaj, wierz w siebie Kruszku, wypracuj to jako normę bo świat i tak w dupę daje. A tym niekochanym najmocniej.

Warszawski Barbakan, tlenione me włosy, cytryną… do dziś nie wiem czy to działało naprawdę. On mówiący o moich rzęsach, ja zarumieniona bo wstyd taki, on myśli, że prawdziwe… gdy pierwszy raz spojrzał – zawładnął, potem mówił, że wtedy już wiedział, że będę jego. E tam chłopaku przepiękny… co ty możesz wiedzieć na życie całe, jak siedemnaście lat masz… wiedział… wyskoczył i zniknął na chwilę, zaraz wrócił z gitarą, taki cały jak …. jak mój od razu. Zagrał i zaśpiewał. Pocałował. Czy mając szesnaście lat nie uwierzysz? Uwierzyłam, na życie. Miał rację. Do dziś intymnie słuchamy Morrisona razem, do dziś to jedyny mężczyzna wielbiony przeze mnie jawnie, u Niego bez zazdrości, bo będąc hetero do szpiku tę fascynację podziela, i jego dotyk nigdy nie smakuje tak dobrze jak wespół z Jimem…

Cała w koralikach byłam. Od mamy dostawałam, mojej mamy najukochańszej, takiej co z każdej delegacji przywoziła kolorowe pierdołki nastoletniej wariatce. A ja tańczyłam wtedy wokół niej taka szczęśliwa. Ona mówiła z uśmiechem i smutkiem czającym się gdzieś za plecami: pamiętaj Aduchna, proste radości to magia na co dzień, tańcz dla mnie kochanie, szybciej, wyżej, skacz dziecko, a potem tańcz dla swoich miłości, i patrz jak tańczą dla ciebie…

Czy płaczę jak mój syn woła: Mamooo potańczę dla ciebie ok? Ok, mówię, głos mi się łamie, na wpół ze wzruszenia i tęsknoty za mamą, na wpół ze śmiechu, bo łamańce są dramatyczne, poczucie rytmu gdzieś w pokoju obok, a mina jakby w balecie rosyjskim staż dostał… Tańcz Syniu dla mnie, to prosta radość, magia taka zwykła, jak pyszna pralinka włożona do ust po wypowiedzeniu: zamknij oczy otwórz buzię! Babcia niebkowa tak mówiła mamuś?… tak maluchu, nasz aniołek waleczny…

To wtedy, naście lat, taka fiku miku, fiu bździu w głowie a ja wiedziałam jaka będę. Zawsze wiedziałam, że będę wiecznie szukać. Doznań, ekscytacji, rumieńców. Zawsze też wiedziałam, że w domu, jasnym i ciepłym całować tupoczące stópki będę i wtulać się w ramiona szerokie i akceptujące. Wtedy, naście lat mieliśmy i uchwaliliśmy, że dom, że dzieci, że rodzina… Taka miałam być. Szczęśliwa, dobra i mądra.
 
Na pewno nie miałam przykupywać Kinderkiem, włączać bajek na godzinę, mówić ciągle, że za chwilę i, że później, irytować się z samego faktu niemożności pobycia samej. Miałam nie spać razem z dzieckiem, jeść pizzy na obiad nie miałam, przytyć nie miałam i odrostów też nie miałam mieć…
 
Taka miałam być jasna i cudna i pewna jak wtedy, na Barbakanie siedząc. Podeszła do nas kobieta. Przepraszam, zagaiła, jestem fotografką. Pokazała na zawieszony sprzęt na szyi, cała była zagraniczna i artystyczna, w sukni w róże i na turkusowych koturnach. Przepraszam, czy mogę was obfotografować? Jesteście tacy piękni, tacy idealni, zakochani… Popiłam jego kefir, on dojadł moją bułkę. Tyle szczęścia. Ze zwykłego faktu, że się jest.

Pamiętam jak lulałam – a miałam nie lulać – małego, 60 centymetrowego człowieczka i myślałam, że to ciepło, słodycz, spełnienia, to uczucie, że tak, to o to chodzi w tym całym pędzie, w marzeniach, w życiu… a potem on wydzierał twarz i bańka pękała wraz moją głową. A ja szeptałam 'ja pierdolę, znowu? serio mały człowieku?'… Miałam nigdy tak nie pomyśleć, nigdy tak nie szeptać.

Miałam nie robić ciast z proszku, miałam myć piekarnik częściej niż raz na rok… miałam stać na straży zaklętym słowom złego świata: 'nie lubię cię, nie chcę się z tobą bawić, odejdź, ciebie tu nie chcemy..' poległam niedawno, a te wielkie oczy pytają dlaczego nie lubi, dlaczego nie chce, dlaczego ma odejść.

Miałam być gotowa na te pytania, i na te jeszcze trudniejsze – mamusiu czy ja też pójdę do nieba? A ty mamo? Ty nie idź dobrze? – prosi łamanym głosem… Cholera. Do czterech dych prosty zjazd a ja mam ochotę wykrzyczeć: ciebie to nie dotyczy, nas to nie dotyczy! I beczę potem, bo bezradnie wiem, że dotyczy, nic w nas wyjątkowego, nieskończonego… sama myśl, kłuje, niewygodnie w duszy robi, do okna dziecinnie szepcę – mamo, chroń nas, moją rodzinę chroń, niech nas to nie dotyczy…

Miałam nie dawać lizaka na powitanie, miałam nie ulegać próżnym prośbom, miałam nie widzieć w swym dziecku cudu.

Ale widzę. W naszych dziewięciu kochaniach widzę.