subskrybcja: Posty | Komentarze

Gen strachu

28 komentarzy
Gen strachu

Cholera, myślałam, że to ja. Że ze mną coś się stało. Że 'coś' odpaliło potworny atak strachu, lęku, zagubienia. Cholera. Myślałam, że tylko ja straciłam siłę by powstać i moc, by odpędzić cienie. Może po prostu, gdzieś w codziennej drodze, zawieruszył się spokój. Ale to nie ja. Nie tylko. Matki. Matki zaczęły poddawać się strachowi. Irracjonalnemu lękowi. Nakarmiłyśmy go niczym innym, jak nieposegregowaną wiedzą.

Wiedza. Od kilku dni mam nieodparte wrażenie, że szlag ją winien trafić. Że matki nasze i babki spały spokojniej. A jak nie spały to miały ku temu sensowny powód. Ich zmartwienia miały podłoże bytowe. Skąd na mąkę. Czym za gaz. Jak do lekarza. Gdzie. Czy dostanę numerek… Jednak gdy tę mąkę miały, i gaz opłacony był i numerek do lekarza zdobyty, to nie zamartwiały się czy ta mąka to aby zdrowa, czy aby ten gaz to nie szkodzi na płuca a ten lekarz… może opłacony przez koncern farmaceutyczny, i ten syrop dał dlatego… Nie szukały godzinami w necie 'opinii' o tym i o tamtym. Nie czytały potwornych 'historii prawdziwych', nie konsultowały się z setką innych matek na temat psikacza do gardła, nie kwestionowały, nie doszukiwały się drugiego i trzeciego dna. W końcu – nie edukowały się choćby ze składu szczepionek…

Powiecie – ALEŻ! Ileż 'wtedy' szkód wyrządzono, ileż szkodliwości matki nieświadomie [!] dzieciom podawały. I rację mieć będziecie. Ale wiecie co… zazdroszczę im tego spokoju. Tego odczucia – wszystko jest w porządku. Gdy każdy jeden dzieciak na gardło dostawał ‚chlorochinaldin’ a na grypę pyralginę. I zawsze obowiązkowo witaminę C i rutinoscorbin… Gdy mąka była jedna i po prostu ‚piekło’ się z… mąki poznańskiej. Kropka. Ważne aby w ogóle była. Gdy ulga w domu, bo lekarz zbadał i przepisał leki, zwolnienie dał. I powiedział, że za 5 dni będzie lepiej. I było. ALEŻ! powiecie… teraz tyle nowego dobra [?], teraz mamy wybór, teraz możemy decydować, teraz wiemy co jemy, jak jemy, co wdychamy, co wąchamy, czym psikamy i co ssiemy.. No wiemy i co? I dno.

Każda z nas [napisałam każda relatywnie, bo większość matek w moim otoczeniu…] jest jednym wielkim zmartwieniem. Jedną wielką wątpliwością. Czy postępuje dobrze. Czy słusznie. Czy najlepiej jak może. Czy ten Neosine to podać? Czy ten Pulmeo to podać? Czy to już czas na wziewne sterydy czy nie? Czy ten katar to bakteryjny i na antybiotyk czy nie? Dali antybiotyk ale teraz to dają na wszystko, więc czy podać czy nie? Czy pójść na wymaz czy nie? I dalej… czy ta żywność, czy to powietrze, czy ten sposób ogrzewania, ubierania, szczepienia… czy .. czy … CZY!

Zwariować można. Bo ostatecznie decyzja jest MOJA. Matki. Jeśli po szczepionce odpali się gen padaczki to kto, at the end, zdecydował ją podać? No matka! Jeśli po Pulneo [hit! zawiera syf nie dla dzieci, donoszą media amatorskie, robią śledztwa, a dwa dni później widzę reklamę w TV, że taki i taki nowy [!!] i inny syrop tego właśnie syfu nie zawiera… wspaniale zgrane w czasie] dziecko dostanie wstrząsu anafilaktycznego to czyja to będzie wina, tak nie na chwilę a na życie… no matki! To ona, ostatecznie i fizycznie go podała. Czy jeśli karmić dziecko będziemy białą mąką i białym cukrem i białą solą, całą tą białą śmiercią a ono w wieku lat nastu zachoruje na cukrzycę to czyja to wina będzie? A jeśli czasem nakarmimy mąką orkiszową? Albo w ogóle mąkę wyeliminujemy? To co z tego! W przedszkolu i tak zje białe buły i biały makaron. Zapije kolorowym sokiem [tfu] owocowym. No ale kto do tego przedszkola je posłał… i tak w kółko, to się nie kończy.

Kilka spraw nałożyło się w moim życiu, że odpalił się mój gen. Tyle, że strachu. Im więcej wiem, im więcej czytam, im więcej słucham – tym robię się mniejsza. Bliskie mi kobiety, matki lękają się żywności, leków, lekarzy, szczepień, własnych decyzji i nie ufają już własnym osądom. Bo ich nie mają. Nie mamy na czym ich budować. Co się stało. Za dużo wiemy. Za mocno dyskutujemy, drążymy może? Mamy dostęp do zbyt wielu informacji i szczegółów? Chciałabym móc napisać, że to jest wina wiedzy. Ale wiedza z założenia jest dobra.

To nie wiedza jest winna.

Myślę, że winny jest brak autorytetów. Bo te nasze matki i babcie wierzyły, że skoro ktoś o takiej i takiej pozycji, choćby lekarza, mówi tak – to tak właśnie jest. Jeśli urząd taki i komisja taka ustaliła tak, to tak widocznie jest [lub musi być]. I choć byście argumentowały teraz, że wiele z tego było złe, krzywdzące czy niezdrowe to na dziś – im zazdroszczę. Moje autorytety poumierały w ciągu ostatniego dziesięciolecia. Nowych nie ma wcale. Nie ma kogo słuchać. Nie ma komu [czasem nawet ślepo, gdy tego potrzebujemy] wierzyć. Nie ma komu zaufać w tej najważniejszej dla nas przecież kwestii. Zdrowie i szczęście naszych dzieci. Więc szalejemy. I oszalejemy.

  1. To ja właśnie dziś tak oszalałam.

    Przedszkole. Panie. Lekarz. Dom.

    Totalny zwrót głowy… i to wieczne "CZY"… wydaje mi się, że słyszę je w nocy jak śpię…

    Kredko Serdecznie pozdrawiam!

  2. Dokladnie, oszalec mozna. I wlasnie Ty mi uswiadomilas, ze ja swoj autorytet znalazlam w dziedzinie leczenia. I jego sie trzymam jak niepewnam dzwonie i pytam, nie szukam po internetach. I mi z tym dobrze. I wierze, bo zaufalam. A co do jedzenia, tez nie panikuje, nie przesadzam, ale i nie olwam, znalazlam umiar i mi z tym dobrze. Tak wielu rzeczy dowiedzialam sie z internetu, ale czy je stosuje to juz inna sprawa, czy slucham kazdego – niekoniecznie. I jest cos czego sie nie wstydze, nie wierze w reklamy. W ogole zadziwiajace jest ( nie ogladam za duzo telewizji, ale jak juz to sie i zdarzy blok reklamowy), ze w Szwajcarii, gdzie mieszkam jest malutki ulamek reklam lekarstw, a w PL po prostu zatrzesienie. W Szwajcarii szybciej zobaczy sie lekarame jakiejs profilaktyki chorobowej niz preparatu na gardlo. Fajnie to dziala, na psychike. Tak to wazne, aby miec autorytet – ciesze sie, ze mam fajnego lekarza i homeopatke pod reka, oni za mnie decyduja i oni mnie ucza jak mam postepowac w lzejszych przypadkach i powoli zadne przeziebienie nie jest mi straszne, a nawet radze sobie z nim beszstresowo 🙂 Dziekuje i pozdrawiam Edyta

  3. i czy to wirusowe, czy bakteryjne, czy alergiczne. i czy pasożyty w brzuchu czy może w łóżku pierze, roztocza czy Bóg wie co? i który to syropek wybrać, tyle ładnych opakowań a pani w aptece poleca każdy, bo każdy dobry przecież skoro w aptece. Oszaleć można. Zwariować i dostać ataku, niekoniecznie padaczki. Kredko, my matki mamy prze****ne, za przeproszeniem. A jeszcze gorsze jest to,  że każdy lekarz mówi co innego, zapisuje co innego i nie zgadza się z przedmówcą. Szaleństwo, bo ja pamiętam zastrzyki w dupsko i to w dużej częstotliwości. Bo nic innego nie było chyba.  CZY… !?

  4. Przez cały czas moich lat nastu miałam takiego lekarza, który na WSZYSTKO przepisywał mi jeden, ten sam antybiotyk… Rozbudził tym we mnie, jako osobie rozumnej, głód wiedzy, zaczęłam czytać, szukać… i lekarza w Toruniu dla Małej szukałam już w połowie ciąży. Udało się, bo trafiłam do jednego z najlepszych lekarzy w województwie, który przede wszystkim, na pierwszej wizycie oduczył mnie panikowania. Zawsze, nim zjawię się z Małą w przychodni najpierw dzwonię i konsultuję – okazuje się, że w 90 % przypadków nawet przychodzić nie musimy, chyba , że by się pogorszyło ofc. Zawsze też pyta mnie, co mam w domu i jeśli mam coś co pomaga to najpierw zaleca podać zapas z apteczki  i dopisuje dodatkowo tylko to, co niezbędne. 

    Wydaje mi się, że często niepotrzebnie właśnie panikujemy (niestety, ja wciąż też ;)). Jeśli chcę, by moje dziecko zdrowo jadło, ruszało się, mniej chorowało to po prostu kupuję zdrowsze rzeczy i tak też gotuję, daję przykład i aktywnie razem spędzamy czas. Jeśli chcę by czytało, daję przykład czytając choćby codziennie na dobranoc… i w sumie tak w kółko. Nie rozczulam się nad tym, nie przeżywam tylko robię z tego normalny tryb życia, a przynajmniej się staram 😉

     

  5. Nasz pediatra trzymamnie za rękę i dosłownie i w przenośni. I nie tylko ja mu ufam. On mi też. Że głowy nie zawrócę głupotą. Że kiedt trzeba (choćby dla mojego spokoju!) to przyjdę. Że jak powiem, żeby Pulneo nie dawac bo u nas nie działa to nie daje. Że naturalne i ziołowe leki działają – on wierzy. Ja nie żyję w (aż tak dużym) strachu. Przez lata poznałam moje dziecko i swoje reakcje. Tv nie oglądam, w internetach poczytam, ale przesieje przez sitko własnego doświadczenia. Każde dziecko jest inne. A ja jako matka odpowiadam za to moje konkretne jedyne. I wiem że mu soczek ulepek nie zaszkodzi bo z róną pasją wciącgnie za chwilę kaszę jaglaną, szpinak czy pstrąga. Że zje białą mąkę z cukrem i solą, ale zaraz wybiega to na powietrzu za piłką, wypływa w basenie. Że gdyby nie – to może bym częściej zmieniła mąkę na amarantus, cukier na miód czy stewię. Ale znam nas, a jesteśmy jedyni w swoim rodzaju 🙂 I tak – odpowiadam za to wszystko, bo jestem mamą. taka moja rola – na całe życie. Ja nie chcę przeżyć całego życia w strachu.

  6. rozumiem tak dobrze, bo czułam podobnie, długi czas, w końcu nie mogąć wytrzymać natłoku informacji i mojego narastającego lęku- ucięłam…ucięłam sobie dostęp do informacji, nie czytam, nie oglądam, nie radzę się… taki okresowy detoks informacyjny… i powoli… wracam do siebie… zaczyna mi być znów dobrze, pojawia się spokój… to nie do końca jest ignoracja… czy decydowanie się na brak tej wiedzy… to raczej szukanie jej w sobie, tak jak nasze 'babki', które myślę, że bardziej niż owym autorytetom- ufały sobie… 

  7. Znowu masz rację. No, masz rację. Wokół mnie mamy niejadków. Moje jedzą aż miło popatrzeć, babcia chwali, pani w przedszkolu chwali, sąsiadka… A ja i tak się zamartwiam: czy nie za dużo mięsa? A może cukru za dużo? A ten jogurt z syropem glukozowo-fruktozowym? 

    Taka karma 😉

  8. Ci lekarze, temat-rzeka. Pierwsza lekarka wrzeszczała, że przekarmiam moje piersiowe, jedzące co 2,5 godziny dziecko. Wysłała z drowym, 6-tygodniowym niemowlakiem, do szpitala. Gdzie złapał infekcję. Druga z miejsca pchała antybiotyk. trzecia wmawiała, ze dziecko ma tachykardię i wysłała do szpitala. Czwarta, szpitalna, bez mojej zgody, a wręcz pomimo zakazu, podała antybiotyk bez badań.

    Piąta. Piąta stała się autorytetem. Nigdy się nie bałam. nigdy nie sprawdzałam czy na pewno, czy wie co robi. Powierzyłam jej dwoje swoich dzieci, a ona raz po raz wracała im zdrowie i mi spokój – a było i tak, że syn w kilka godzin od zdrowego dziecka doszedł do stadium, gdzie nie wiedziałam, czy zdążę go dowieźć żywego do szpitala. Zawsze spokojna, rzeczowa, ciepła i uśmiechnięta. Pamiętająca nie tylko imiona, które ma przecież na karcie dzieci, ale też ich upodobania, pierwsze słowa i tym podobne. Jest warta swojej wagi z złocie. Albo w brylantach. Co tam drożej wyjdzie.

    Kiedy przeprowadzaliśmy się na drugi koniec Polski nie bałam się niczego, prócz zmiany lekarza.

    Mam szczęście, bo znalazłam po raz kolejny. Będę się jej trzymać.

    Autorytety są potrzebne. Wiara w czyjąś mądrość i zaufanie do niej ratuje od szaleństwa.

  9. Odpalmy gen (po przodkach) rozsądku – od razu będzie lepiej 🙂

  10. ja szalałam jak synek był malutki ale zobaczyłam i sprawdziłam że w moim przypadku najważniejsza jest moja intuicja. Przestałam słuchać "dobrych" rad sąsiadów i koleżanek, przestałam panikowac z byle kataru z byle alergi i wysypki, a syn jest uczulony na konserwanty i barwniki, a więc na wszystko co w chwili obecnej jest w sklepach. Na pytanie co może jeść zawsze odpowiadam że wszystko tylko po niektórych rzeczach go wysypie 🙂 To wszystko ta panika jest niepotrzebna bo najważniejsze jest super przeżyte dzieciństwo mojego synka które ma tylko jedno :). Syn ma astmę, AZS uczulenie j.w. , a je wszystko, biega że hoho , chodzi na do szkoły tańca, itd…. do wsztstkiego trzeba podchodzić z przymrużeniem oka i nie zabierac dzieciom dzieciństwa 🙂 jak chce latem pobiegac po kałużach niech biega, aż mu woda z kaloszy wycieka, lizak dopiero co zaczęty upadnie na chodnik – cóż trzeba podnieść przecież długo nie leżał i zjeć dalej ….. nie zadawać sobie putań czy aby od tej wody w kaloszach sie nie przeziębi, czy od tego lizaka z ziemi sie nie rozchoruje , czy ….. Tak rozchoruje sie od nadgorliwości i trzymania pod kloszem bo przeciez dorośnie i z pod tego klosza będzie musiał wyjść i sobie radzić sam. KONIEC z CZY !!!

  11. Jajć! Normalnie o mnie. Szlag! Matka się na kawałki rozrywa od tych wątpliwości codziennie.

    Ale wiesz co, ja się parę razy przekonałam, że istnieje matczyna intuicja. Za każdym razem, kiedy coś mi wewnątrz podpowiadało cichutko, że "nie, lepiej nie", a ja za tym głosem nie poszłam, to ostatecznie się okazywało, że miał rację. Obiecałam sobie bardziej go słuchać. Może warto odkurzyć i wzmocnić ten głos w sobie? Może intuicja będzie bronią matki w tym natłoku informacji, który zalewa ją dzień w dzień?

    P.S. Czasami zazdroszczę mojej babci, która z całym przekonaniem mówi:"ale w telewizji powiedzieli, że to czy tamto i to musi być prawda, bo przecież w telewizji idotów nie puszczają i nie kłamią". Zwykle się śmieję, jak tak mówi, ale czasem zazdroszczę…

  12. Chyba dlatego najlepiej znaleźć kogoś, kto może autorytetem nie będzie, ale komu będzięmy ufać: zaufanego pediatrę, psychologa, przyjaciółkę, piekarza itp. A potem spać spokojnie. Według mnie lepsza spokojna mama, która karmi dziecko glutenem niż mama kłębek nerwów;) I nie dajmy sobie wmówić, że jako na matkach spoczywa na nas odpowiedzialność za wszystko.

  13. I ja za to kocham angielskich lekarzy, bo oni nie daja nic niepotrzebnie. Nie ma syropkow, psikaczy, antybiotyk to juz jak naprawde jest zle, a jezeli juz przepisany to za darmo. Nie martwie sie, ze jezeli moje dziecko bedzie potrzebowalo wizyty u neurlologa to bede czekala 4 miesiace w kolejce, a o szczepieniach nie czytam, bo gdzie by ludzkosc dzisiaj byla gdyby nie te szczepienia?

    I staram sie wierzyc sobie, wlasnej intuicji, a jak juz ona nie wiem to pytam siostry 😉

    • To lepiej poczytać o szczepieniach… Ludziom się wmawia, że to szczepienia uratowaly ludzkosć. A prawda jest taka, że zaczęto szczepić wiele lat po tym, jak  samoistnie zanikły choroby, a raczej z powodu wzrostu higieny i dostępu do czystej wody.  Szczepionki powodują  wiele niewidocznych na pierwszy rzut oka skutków ubocznych, objawiających się po latach w postaci przeróżnych alergii, ADHD, nadpobudliwosci, problemów z koncentracją, dysleksji, autyzmu i tym podobnych. Nie zastanawiają się państwo skąd teraz tyle tych problemów  neurologicznych? Dzieci kiedys nie wymagały rehabilitacji, a teraz ciągle jakies dziecko znajomych wymaga jakichs ćwiczeń.  

      Przyczyna jest prosta: szczepienia. 

      Ktos powie: ale kiedys nas zaszczepiono i wyroslismy na ludzi!

       Na ludzi z których wiekszosc umrze na nowotwór… 

      Ja nie szczepię i moje 2, 5 letnie dziecko nie choruje prawie wcale. Chorował dwa razy: miał trzydniowa gorączkę i zapalenie ucha. Pozatym  jest grzecznym, pogodnym chłopczykiem i patrzac na niego cieszę się, że go nie okaleczyłam tymi szczepieniami. 

      Firmom farmaucetycznym nie zależy na tym abysmy byli zdrowi… dlatego produkuja szczepionki…

  14. :< ja juz sie wszystkiego boje… bo jestem ten typ, co o wszystko bedzie miec do siebie zal, nawet jak cos nie bylo moja decyzja, moim wyborem.. nawet jak komus doniczka zleci z balkonu pod moje nogi, to wina bedzie moja, bo po cholere tamtedy lazłam? Było iść inną drogą…

    Obecnie jestem na etapie, ze wieczorami drze ze strachu i smarkam w rękaw, nawilzam poduszkę, a w dzien łapie mnie ogromny wk*rw, ze mimo iż decyzje zapadaja we mnie, w mojej glowie, to tak naprawde mam gowniany wybór. Jesli na targu, gdzie bym nie kupila, maja marchewke pryskana tak, ze po 2 dniach w mieszkaniu ona czernieje? To moja wina, ja kupilam. Ale to ktos pozwolił ją tak sypac nawozami. A swojej nie mam. A na ekologiczną mnie nie stac (a jak sie kiedys szarpnełam to się okazało, że ona tez czernieje, wiecie?).

    Szczepionki nie podałam, bo się boje ze bedzie zapalnikiem jakiegos autyzmu, zespołu Aspergera czy innej cholery, ze moje dziecko się wycofa jak po ostatnim szczepieniu…a to taka zdolna, kochana istotka co liczy po angielsku do 10ciu i o poranku mowi mi "Heloł mami" – gdzież ja bym mogla jej to zabrac wszystko? Ale…a jak złapie odre w przedszkolu, na dworzu, w markecie, w autobusie?? Nigdy sobie nie wybacze…

     

    To chyba w dzisiejszym świecie los matki. Ze albo ma wylane i niech sie dzieje wola nieba (i nie pisze tego zlosliwie, bo chcialabym sobie tak odpuscic, skoro nie mam wplywu w duzej mierze na to co będzie), albo sie zadrecza byle pierdołą, bo dla dziecka gotowa oddać życie, byleby ono miało zdrowie i ciepło i miłosc wokoł siebie (i tu znow – jak oddam za nie życie, to czy nie będzie ono złamane, bo od małego spędzone bez kochanej – tak, jestem kochana – mamy?

     

    I co? wieczora nie ma a ja wyje… nie w rekaw, bo mam krotki. pociagam nosem i maseczke solną wlasnej roboty wylewam na poliki.

     

  15. A mi sie wydaje,ze to jednak ta wiedza,to jej"wina"tzn.w ogromnej mierze.ile my wiecej wiemy niz nasze mamy,jaki postep,jaki dostep do..wszystkiego!bo pampersy i słoiczki to jedno,ale internet-potega,a ksiazki,a portale,fora,a "kolezanka w Szwajcarii mieszka i powiedziala,ze  oni tam to robia tak i tak"a lekarzy sie narobilo na peczki-tylko w peczku moze..jeden powinien nim byc.

    Informacje,100sposobow na to i na tamto tez,newsy same z kazdej strony atakuja nas i krzycza-Szczepić!-balsamem smarowac!-antybiotyk brac!-nie brac!-nie wolno szczepic!smarowac?lepiej nie….glowa moze eksplodowac..czego sama czesto doswiadczam.i tak mysle,w tym przypadku powiedzenie"mniej wiesz-lepiej spisz"ma swoje odniesienie.przeciez nasze mamy calkiem dobrze nasz wychowaly,a spiny takiej jaka ja miewam czasem,raczej nie doswiadczaly.nie AZ TAK wielkiej.rzecz jasna-jestesmy madrymi mamami,chcemy wiedziec,ale kluczem do sukcesu jest odnalezienie w sobie dystansu do tego wszystkiego czym nas"karmia".ale moze to przychodzi z czasem?…

    ja wciaz czekam:)

    pozdrawiam Cie Kredko,i wszystkie mamy czekajace:)))

  16. A kiedyś nie było internetu i aż dziw, że i nasze, i wcześniejsze pokolenia się jakoś uchowały, prawda? W ciąży planowałam sobie różne rzeczy: karmienie piersią, nie będę podawać dziecku smoczka, zero słodyczy i tym podobne piękne ortodoksyjne idee. No i co? Piersią nie karmiłam, smoczek dziecko dostało w trzecim tygodniu życia, słodycze… no, tu z umiarem na szczęście. I wiecie co, myślę sobie, że najważniejszy jest złoty środek i zdrowy rozsądek. Nasze pokolenie piło farbowaną oranżadę z woreczka, o ekspozycji na gluten nikt nie słyszał, szczepionki były te same dla wszystkich i nikomu się nie śniło, że można nie wyrazić zgody na zaszczepienie dziecka. I patrzcie – żyjemy, dobrze się mamy, nie padliśmy trupem od cukru i sztucznych barwników, i nawet dzieci nam się udało wydać na ten świat. 

    Oczywiście, coś może pójść nie tak. Ale pamiętajmy, że normą jest, że raczej będzie OK… Tak więc wyluzujcie, matki, bo zwariujecie.

  17. Ale świetnie to napisałaś. Jakbym czytała samą siebie, tyle że ja sama nie ubralabym tego w tak piękne słowa.
    I co tu robić dalej? Nigdy nie znajdziemy kompromisu.

  18. droga Kredko,co jest nie tak z moim drugim komentarzem?

    pozdrawiam,Ewa

  19. A mnie się wydaje że te pretensje do siebie są zupełnie niepotrzebne, bo my rodzice robimy co możemy, żeby nasze dzieci były szczęśliwe,  zdrowe, mądre , zadbane, żeby niczego im nie brakowało i żeby "miały" lepiej niż my.

    Podejmujemy wybory zawsze w dobrej wierze ( co nie zwalnia nas z odpowiedzialnosci, ale jednocześnie daje nam spokój ducha – mnie daje)

    Wiem, że każda moja decyzja wynika z troski i miłości do dziecka. Zdaję sobie równiez sprawe z tego, że popełniam błędy ( wtedy próbuję je naprawić, lub wyciągnąć z nich wnioski na przyszłość)

    Trudno jest w dzisiejszym swiecie ( którym rządzi pieniądz i chęć władzy)  znaleźć godny zaufania autorytet. Dlatego powinniśmy bardziej zaufać sobie.

    Ja jestem szczęściarą, bo mam blisko osobę kochającą, mądrą, doświadczoną  i godną zaufania, której rady i opinie są dla mnie bardzo cenne. To mama mojego męża – jeśli potrzebuję wsparcia w różnych dziedzinach życia to zawsze wiem do kogo zadzwonić.

     

  20. Odpuść Matka, bo oszalejesz całkowicie. Co za różnica jak bardzo będziesz szaleć i  really zdrowo trzymać dziecko, jak w wieku 40. zejdzie na zawał z nadmiaru stresu… Serio Mamuśki, luzu więcej! I logiki własnej, nie osądów innych ludzi z for. NIe czytać, nie zaglądać, dbać o własne serducho, bo tym dzieciom to jeszcze trochę będziemy potrzebne. I je tego uczyć, bo świat oszalał już dawno.

    Buźka i zdrówka, co by chociaż o tych lekach nie rozważać za i przeciw 😉

  21. Od jakiegoś czasu mam podobnie… Dodaj do tego jeszcze słowa, które mówisz lub ni e mówisz do lub przy dziecku, postawy i zachowania, które moga je zranić. Ech, błogosławiona niewiedza 🙂 

  22. Mój komentarz czeka na moderację:( Ten a'propos wpisu "Gen strachu" kilku wpisów też:( Czy mamy szansę? 🙂

  23. Mi się też uaktywnia… Mieszkamy pod warszawą, a w weekendy często chodzimy do Teatru Małego Widza, który jest na Warszawskiej starówce (jedyny taki dla najmłodszych dzieci, dlatego taki kawał jeździmy) i często przed spektaklem spacerujemy sobie po Starym Mieście, a ja zamiast cieszyć się spacerem, karmić gołębie itp. ciągle panikuję, że mała się w tłumie zgubi.,.. nie wypuszczam jej ręki ze swojej. Wiem, że to chorę ale tyle się naczytałam o zaginięciach…

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *